PSG Unaia Emery’ego – analiza

Pierwsze mecze 1/8 finału Champions League coraz bliżej. Los po raz kolejny skojarzył Barcelonę z Paris Saint-Germain. Tym razem jednak będzie to o tyle wyjątkowy pojedynek, że na ławce Paryżan zasiądzie Unai Emery – człowiek, któremu Duma Katalonii wybitnie nie leży. Jako szkoleniowiec Almerii, Valencii, Spartaka Moskwa i Sevilli wygrał z tym przeciwnikiem zaledwie raz – w 7. kolejce poprzedniego sezonu La Liga, kiedy prowadzona przez niego Sevilla pokonała na własnym stadionie Katalończyków 2:1. Tamten mecz zapewne doskonale pamięta Grzegorz Krychowiak, który podobnie jak Emery po zeszłorocznych Mistrzostwach Europy zamienił słoneczną Andaluzję na europejską stolicę mody. Szanse na występ przeciwko Barcelonie ma jednak znikome.


 

Zarys ustawienia

Letnie sparingi w trakcie presezonu sugerowały zmianę praktykowanego przez Laurenta Blanca ustawienia 4-3-3 na preferowane przez Unaia 4-2-3-1. Wszystko zresztą składało się w spójną, logiczną całość. Takim ustawieniem Emery posługiwał się w Sevilli, doprowadzając klub do sukcesów w Lidze Europy. Takie ustawienie znał też jego podopieczny z Hiszpanii i to w nim Krychowiak doskonale się odnajdywał i uzupełniał z N’Zonzim. Tutaj co prawda rosłego Francuza już nie miał, ale mógł liczyć na kilku innych utalentowanych piłkarzy, z Marco Verrattim, Adrienem Rabiotem i Thiago Mottą na czele. Między tą czwórką graczy toczyć się miała walka o dwa miejsca we wspomnianym systemie. W razie czego hiszpański szkoleniowiec posiadał kilku zdolnych pomocników ze szkółki, których zabrał z zespołem za Ocean na International Cup – mowa tu o Lorenzo Callegarim i Christopherze Nkunku. Najmniej do tego systemu czysto teoretycznie pasowałby Blaise Matuidi, o którego akurat mocno zabiegał wówczas Juventus, a sam Francuz rzekomo chciał trafić do Turynu. Był to kolejny puzel w układance prowadzącej do 4-2-3-1. Ostatnim wydawał się zestaw ofensywnych pomocników/skrzydłowych. Praktycznie każdy z czwórki Di Maria, Lucas, Pastore, Ben Arfa (a później także Jese) mógł operować na każdej z trzech pozycji za plecami środkowego napastnika. 4-3-3 zmusiłoby do posadzenia na ławce dwóch z nich, najpewniej Ben Arfę i Pastore. Ostatecznie jednak głównym ustawieniem pozostało 4-3-3, być może z racji tego, że Matuidi koniec końców pozostał w klubie, Pastore wypadł z rotacji, a Ben Arfa i Di Maria nie imponowali formą. Niekiedy dochodziło wręcz do paradoksów, że mimo tylu skrzydłowych, na lewej stronie Emery ustawiał Matuidiego, a w środku trójkę z czwórki (później piątki) Verratti, Motta, Krychowiak, Rabiot (Nkunku).

Zmiany kadrowe

Nowy trener, nowe porządki. Trudno mówić o wielkiej rewolucji, ale nie da się ukryć, że w Paryżu doszło do pewnych przetasowań. Pomijając odejście Zlatana, trzon drużyny pozostał nietknięty. Za duże pieniądze do Chelsea wrócił David Luiz, czego nie należy raczej traktować w kategorii osłabienia, biorąc pod uwagę liczne błędy Brazylijczyka. W jego miejsce do jedenastki wskoczył Marquinhos (którym wg mediów kilkukrotnie interesowała się Barcelona) i jak dotąd jest pewniejszym, a przede wszystkim równiejszym punktem defensywy. Jeśli chodzi o inne znane nazwiska, które pożegnały się z klubem za kadencji Emery’ego to można jeszcze wymienić Lucasa Digne (notabene trafił do Barcelony), Gregory’ego Van der Wiela (odszedł do Fenerbahce), Benjamina Stambouliego (obecnie niemieckie Schalke) oraz Salvatore Sirigu (runda jesienna spędzona na ławce w Sevilli, od lutego będzie starał się pomóc Osasunie w walce o utrzymanie w La Liga). Cała wymieniona czwórka w przypadku pozostania w klubie w najlepszym wypadku pełniłaby rolę głębokich rezerwowych z końca ławki. Z kolei kompletnym niewypałem okazał się transfer Jese, który po rozegraniu raptem 260 minut w Ligue 1 został właśnie oddany na wypożyczenie do Las Palmas.

Poza wspomnianym Krychowiakiem Paryżanie wzmocnili konkurencję na skrzydłach. O ile Jese nie sprawdził się kompletnie, o tyle Ben Arfa po trudnym początku miewał przebłyski dobrej gry (i, co może nawet ważniejsze, nauczył się grać bardziej pod zespół) i prawdopodobnie dlatego wciąż jest w klubie. Chimerycznego Lucasa i będącego cieniem samego siebie sprzed sezonu Di Marię odciążać będą Julian Draxler (ex-Wolfsburg) oraz Gonçalo Guedes (sprowadzony z Benfiki). Niemiec swoje pierwsze występy ma za sobą. Z pewnością wypadł obiecująco i pokazał w nich namiastkę swoich możliwości. Guedes zadebiutował w ostatniej kolejce ligowej, wchodząc na ostatnie kilka minut spotkania z Monaco. Portugalczyk, wobec braku zmiennika na środku ataku dla Cavaniego, może okazjonalnie występować w roli fałszywej 9-tki. Taką rolę spełniał w tym sezonie w Benfice, gdzie musiał zastępować kontuzjowanego Jonasa (z tą różnicą, że w systemie 4-4-2 Orłów zawsze miał obok siebie klasyczną 9-tkę – Mitroglou bądź Raula Jimeneza). W każdym razie Guedesa należy rozpatrywać w kategorii wzmocnienia na krajowym podwórku, gdyż do Champions League nie może zostać zgłoszony z racji tego, że występował w tych rozgrywkach ze swoim poprzednim klubem. Trzecim wzmocnieniem PSG w zimowym okienku transferowym został argentyński pomocnik, Giovani Lo Celso, którego zespół ze stolicy Francji kupił latem, lecz do końca roku grał on na zasadzie wypożyczenie w swoim macierzystym klubie, Rosario Central. Kadrę domknęli wracający z owocnego wypożyczenia do Villarrealu Alphonse Areola oraz belgijski prawy obrońca, Thomas Meunier, sprowadzony z Club Brugge.

Dyspozycja

Ocena na podstawie ostatnich kilku tygodni (stan na 3.02.), mniej więcej od połowy grudnia. Branie pod uwagę całej rundy w kontekście dwumeczu w LM mija się z celem, gdyż np. ktoś mógł mieć znakomity wrzesień i październik, a później stopniowo spuścić z tonu, stąd mówienie w takim przypadku przed bezpośrednim starciem z Barceloną, że ten ktoś jest w dobrej dyspozycji, byłoby sporym przekłamaniem i nadużyciem.

+ Marquinhos/Thiago Silva – wyróżnienie w duecie, bo niewielka liczba straconych bramek w lidze (drugie miejsce pod tym względem z 16 straconymi, jednym więcej od Nicei) to w dużej mierze ich zasługa. Od przegranej z Guingamp w połowie grudnia PSG straciło w sześciu spotkaniach (w pięciu grała ta dwójka na środku obrony) tylko jednego gola – w ostatniej kolejce z Monaco. Ale nawet w tym pojedynku, przeciwko drużynie, która w tym sezonie gromi każdego kolejnego przeciwnika, nie pozwolili piłkarzom z Księstwa na stworzenie dogodnych okazji bramkowych, a sam gol padł po „strzale rozpaczy” Bernardo Silvy z dystansu w doliczonym czasie gry. Thiago Silva został zresztą wybrany najlepszym graczem meczu przez oficjalną stronę ligi. Obaj grają bardzo równo, są bardzo skuteczni w pojedynkach 1 na 1, świetnie asekurują i siebie wzajemnie, i bocznych obrońców. Jak na stoperów obaj są bardzo szybcy, sprawni nie tylko w powietrzu, ale i na ziemi. Jeden i drugi (ze wskazaniem na Silvę) bardzo dobrze operują piłką, pomagają w budowaniu ataku pozycyjnego w bronionej tercji. Dodatkowo starszy z Brazylijczyków dokłada w tym sezonie zagrożenie przy stałych fragmentach. Łącznie we wszystkich rozgrywkach ma już na koncie pięć goli – najwięcej odkąd trafił do Europy. Ten duet gwarantuje jakość, której nie zapewniał na dłuższą metę David Luiz.

+ Thomas Meunier – mało kto spodziewał się pewnie, że rosły Belg wygryzie ze składu Serge’a Auriera. I w gruncie rzeczy go nie wygryzł, ale prawie 300 rozegranych minut więcej od Iworyjczyka, nawet jeśli ten ze względu na udział w PNE był przez pewien czas niedostępny, nie wzięło się znikąd. Na ten moment były piłkarz Club Brugge ma takie same szanse na występ przeciwko Barcelonie co Aurier, a co równie ważne, wydaje się być po prostu w lepszej dyspozycji. Przede wszystkim Belg potrafi zachować pełną koncentrację i „chłodną głowę” przez pełne 90 minut, podczas gdy jego koledze z drużyny przydarzają się niezrozumiałe zachowania, odpuszczanie krycia czy powrotu do defensywy, głupie faule, nadmierna agresja etc. Może nie oferuje aż takiej dynamiki, siły i umiejętności gry na małej przestrzeni, ale z pewnością jest bardziej „elastyczny”, świadomy taktycznie. Umie balansować grę ofensywną z defensywną. Z przodu potrafi podłączyć się w odpowiednim czasie np. ruszając na obiegnięcie i dograć piłkę z bocznego sektora w miejsce, które chce. Przy czym zawsze stara się wcześniej ocenić pozycje partnerów w obrębie szesnastki by nie centrować na oślep/na pamięć. Taką jedną akcję miał choćby przeciwko Amiens, gdzie w tempo otrzymał piłkę w polu karnym, popatrzył, zauważył uwalniający ruch Augustina do tyłu i wyłożył mu idealną piłkę, lecz strzał został zablokowany. Tych zalet ma jeszcze kilka, począwszy od skuteczności w pojedynkach obronnych, przez grę w powietrzu, na mocnym uderzeniu z dystansu kończąc. Generalnie w moim mniemaniu ugruntował swoją pozycję w zespole, ale nie jest powiedziane, że Emery nie będzie kierował się „nazwiskiem” i postawi jednak na Auriera.

+ Marco Verratti – tutaj nie będę się rozwlekał, bo Verratti to Verratti – nie bez przyczyny wielu widziałoby go w Barcelonie. Wrócił do gry po operacji, która uniemożliwiła mu udział w Mistrzostwach Europy we Francji na pierwszą kolejkę sezonu. Mimo bramki już w drugiej serii spotkań jego gra, delikatnie mówiąc, nie porywała. Brakowało mu czucia piłki, balansu ciałem, wygrywania pojedynków, pojawiło się więcej strat. Rozpędzał się mozolnie, ale jak już odpalił w grudniu to ponownie można było (a wręcz należało) się zachwycać. Gigantyczny wpływ na grę, mnóstwo wykreowanych sytuacji, wyjścia obronną ręką z sytuacji, w której 99% piłkarzy na bank straciło by piłkę. Rozdzielał futbolówkę, dryblował, podłączał się do akcji ofensywnych szukając miejsca na otrzymanie podania między liniami, miał swój udział w build-upie, rządził w destrukcji (szerzej o Marco tutaj: http://sportandenergy.blogspot.com/2015/10/marco-verratti-vs-szachtar-300915.html). Tuż przed hitowym meczem z Monaco nabawił się urazu łydki, który wstępnie miał go wykluczyć na około 2 tygodnie. Na Barcelonę powinien więc się wykurować. Niewiadomą pozostanie jedynie, czy wróci w równie wysokiej dyspozycji.

+ Adrien Rabiot – ostatni piłkarz, do którego za tę rundę w Paryżu nie można mieć zastrzeżeń. Zaczął fantastycznie. Był najlepszym piłkarzem PSG w pierwszej fazie sezonu. To zaowocowało powołaniem do dorosłej reprezentacji i debiutem. Feralnym debiutem, bo przeciwko Wybrzeżu Kości Słoniowej naderwał mięsień w udzie i wypadł z gry na przeszło miesiąc. Wrócił do gry w nowym roku i choć łącznie nie uzbierał nadzwyczaj dużo minut, to zdążył pokazać, że do tamtej dyspozycji brakuje mu bardzo niewiele. Bardzo inteligentny bez piłki, bardzo dobry w grze kombinacyjnej krótkimi podaniami i ataku pozycyjnym, obdarzony świetną techniką użytkową, wysokim boiskowym IQ i świadomością taktyczną (szerzej o Rabiocie tutaj: http://sportandenergy.blogspot.com/2015/12/adrien-rabiot-vs-olympique-lyon-13122015.html). Trzeba jednocześnie nadmienić, że od tamtego czasu na pewnych płaszczyznach zrobił spory progres. W obecnej formie (tym bardziej w skali całego sezonu) bardziej zasługuje na miejsce w składzie niż Matuidi. Podobnie jak w przypadku Auriera i Meuniera pojawia się pytanie czy Unai w kluczowych meczach nie postawi jednak na nazwisko i doświadczenie.

Alphonse Areola/Kevin Trapp – spośród obu bramkarzy bardziej rozczarowuje Areola, choć Trapp też nie zapewnia pewności. Z bramkarza, który w Villarrealu notował mnóstwo kapitalnych interwencji zostało niewiele. Może nie robi spektakularnych błędów, może nie puszcza co rusz jakiegoś „babola”, ale też nie daje nic „ekstra”, nie potrafi w tym sezonie, a szczególnie od przełomu listopada i grudnia wybronić coś ponad stan. Miał nawet taki okres jak Claudio Bravo, że niemal 100% celnych strzałów rywali wpadało do siatki. I nawet jeśli nie miał w tych sytuacjach nic do powiedzenia, to jednak statystyka ta wygląda zatrważająco słabo. Możliwe, że wpływ na przeciętną dyspozycję obu bramkarzy miał sam Unai, nie ustalając jasnych reguł kto jest pierwszym golkiperem, a kto zmiennikiem. Bo o ile w Champions League grał tylko Areola, o tyle w Ligue 1 bronił seriami raz jeden, raz drugi. Przeciwko Monaco kontuzja uniemożliwiła Trappowi kontynuowanie gry. Zmienił go Areola i w końcówce dał się pokonać Bernardo Silvie. To nie wpłynie dobrze na jego morale, tym bardziej, że nie był to strzał z kategorii nie do obrony. Z drugiej strony Niemiec ma być poza grą przez około dwa tygodnie, więc może nieco większy komfort psychiczny pomoże francuskiemu bramkarzowi wrócić do dyspozycji, którą prezentował w Hiszpanii.

Blaise Matuidi – cień piłkarza z poprzedniego sezonu czy sprzed dwóch lat. Jak początkowo formę Francuza można było jeszcze tłumaczyć Euro (gdzie z Les Blues dotarł do finału) i brakiem pełnego okresu przygotowawczego w klubie, tudzież rozpoczęciem go później od kolegów, tak „utrzymanie” wyjątkowo słabej formy aż do grudnia i stycznia każe sądzić, że problem leży głębiej. Nie wiadomo, na ile czarnoskóry pomocnik jest zmotywowany do dalszej gry w Paryżu, skoro na krajowym zgarnął już wszystkie możliwe trofea. Zależało mu na transferze do Juventusu i z perspektywy czasu takie rozwiązanie mogło przynieść korzyści wszystkim stronom. Oczywiście nie jest powiedziane, że Blaise w drugiej części sezonu nie przebudzi się i nie zacznie grać na poziomie, do którego przyzwyczaił kibiców. Na ten moment jednak ma niewiele do zaoferowania. Nie jest tak wydany w grze kombinacyjnej, często traci piłkę w prosty sposób, mając problemy  z jego przyjęciem czy opanowaniem, w defensywie nie stanowi wartości dodanej poza dużą liczbą fauli. Zjazd Francuza widoczny jest zresztą w statystykach (wszystkie dane dotyczą tylko występów w Ligue 1). Po raz pierwszy od sezonu 12/13 jego skuteczność podań spadła poniżej 90%, do 89.5%, przy czym niekoniecznie jest to spowodowane większym ryzykiem w grze. Dla przykładu, notuje 0.5 podania kluczowego na mecz, gdzie w sezonie 13/14 wskaźnik ten wynosił 0.7, w 14/15 0.6, a w minionej kampanii notował 0.9 key pass na jedno spotkanie. Jak dotąd zaliczył zaledwie jedną asystę, podczas gdy w ostatnich trzech sezonach uzbierał kolejno 2, 2 i 6 asyst. Na gola wciąż czeka, podczas gdy od sezonu 13/14 do 15/16 uzbierał w sumie 9 ligowych trafień. Spadek widoczny jest również w statystykach defensywnych. Biorąc pod uwagę tylko trzy ostatnie sezony, z trwającym włącznie (czyli 14/15, 15/16 i 16/17 – w takiej też kolejności przedstawiane będą liczby), można zauważyć mniej lub bardziej wyraźny regres. Ilość skutecznych odbiorów na mecz: 1.8, 2.4, 1.6. Ilość przechwytów na mecz: 1.2, 1.5, 1. Popełnione faule na mecz: 1.1, 1.4, 1.5. Z Barceloną, wobec nieobecności Thiago Motty, pauzującego za trzy żółte kartki z fazy grupowej, Matuidi wydaje się pewniakiem do gry obok Rabiota i Verrattiego. Rzecz w tym, że w obecnej dyspozycji nie będzie on wielkim wzmocnieniem Les Parisiens.

Angel Di Maria – poprzedni sezon w wykonaniu Argentyńczyka był kosmiczny i nic go tak na dobrą sprawę nie zapowiadało, bo miał za sobą nieudaną przygodę z Manchesterem United, a także mocno przeciętne Copa America. Sam nigdy nie byłem jego fanem, ale oglądając go w zeszłej kampanii po prostu nie dało się nie być pod wrażeniem jego gry. Zupełnie inne odczucia towarzyszą wszystkim obserwującym go kibicom w tym sezonie. Wrócił Di Maria np. ze wspomnianej Copy, gdzie raził fatalną decyzyjnością i grą „pod siebie”, wikłaniem się w niepotrzebne dryblingi etc. To samo robi obecnie. Nie dostrzega kolegów (poniżej kilka przykładów), wybiera rozwiązania nie przynoszące korzyści drużynie, nie jest tak kreatywny jak rok wcześniej, a do tego miewa nawet problemy natury technicznej, co w przypadku Argentyńczyka wydawało się niemożliwe. Koniec końców, począwszy od grudniowego meczu z Guingamp, Angel trafił na ławkę, a w wyjściowym składzie pojawił się tylko raz – w Pucharze Ligi przeciwko Metz, asystując przy obu golach Thiago Silvy (oba po dośrodkowaniach z rzutów rożnych – jedynie na tej płaszczyźnie Di Maria nie zaliczył spektakularnego zjazdu). W pozostałych spotkaniach, w tym także hitowym przeciwko Monaco, zasiadał na ławce rezerwowych. I podobnie jak w przypadku Matuidiego, słabsza postawa na murawie znajduje swoje odbicie w liczbach. Skuteczność podań Di Marii (mowa tylko o Ligue 1) spadła z 80.5% do 75.8%. Wyraźny regres widać jeśli chodzi o kluczowe podania, których Di Maria zagrywa o blisko jedno mniej na mecz – z 3.4 do 2.6. Rzadziej notuje także skuteczne dryblingi – ten wskaźnik wynosi 1.3 wobec 1.9 w sezonie 15/16. Strzela na bramkę częściej (2.7 na mecz vs 2.4), ale nie przekłada się to na liczby. Poprzednie rozgrywki zakończył z 10 golami, podczas gdy na półmetku trwającej kampanii ma na koncie raptem jedno trafienie. Także 5 asyst przy 18 z poprzedniego sezonu wygląda blado. Przez pryzmat tego, jak zdecydowanie Emery wprowadza do zespołu Draxlera, należy spodziewać się, że Di Maria będzie walczył o miejsce w składzie z Lucasem Mourą na prawej flance. I na tę chwilę to Brazylijczyk wydaje się być bliższym celu, o czym świadczy choćby fakt, że to on wyszedł w pierwszej jedenastce na ważny pojedynek z Monaco. I choć Lucas jest chimeryczny, to miewał w tym sezonie naprawdę świetne mecze. O Di Marii tak powiedzieć nie można. Poniżej dwa przykłady tego, jak decyzyjność Argentyńczyka poszła w dół (tudzież wróciła do stanu sprzed co najmniej dwóch lat). Strzałki obrazują możliwe, niespecjalnie trudne do wykonania podania otwierające w danych sytuacjach. W obu Di Maria wybierał jednak uderzenie na bramkę i w obu przypadkach zostało ono zablokowane.

Taktyka

Jak wspomniano, bazowym ustawieniem PSG Emery’ego jest 4-3-3. Poza presezonem 4-2-3-1 stosował jedynie okazjonalnie. Należy przy tym pamiętać, że ustawienie nie gra, tylko piłkarze, a ci nieustannie zmieniają swoje położenie na placu gry, więc w praktyce mówimy o czymś elastycznym, czego nie da się uchwycić w sztywne ramy i jednoznacznie zdefiniować za pomocą kilku cyfr oznaczających formację. Choć oczywiście stanowi ono jakiś zarys kształtu, który na boisku będzie przybierać drużyna.

Filozofia Emery’ego opiera się na posiadaniu piłki. Przy czym nie chodzi w niej o posiadanie dla samego posiadania, utrzymywanie się przy piłce tylko po to, by nie miał jej przeciwnik. Unai wprowadza do Les Parisiens więcej elastyczności. Jego zespół potrafi oddać piłkę i odpuścić wysoki pressing, by np. skupić się na jej odbiorze w najistotniejszych z punktu widzenia kontrataku sektorach boiska bądź w miejscach, gdzie jest on ułatwiony. W zależności od wyniku, sytuacji, rywala, jego atutom etc. PSG Unai’a stara się grać w jak najkorzystniejszy dla siebie sposób. W niektórych meczach bądź fragmentach znakomicie operujący piłką stoperzy czy głębiej operujący pomocnicy/pomocnik zamiast przesuwać grę krótkimi podaniami przez drugą linię decydują się na bezpośrednie piłki na wolne pole w kierunku napastnika bądź schodzących skrzydłowych albo też crossowe, kilkudziesięciometrowe przerzuty na flanki, mające wykreować błyskawiczną sytuację 1 na 1. Zdarzają się więc spotkania, w których posiadanie piłki nie przekracza 55-60%, co za Laurenta Blanca praktycznie nie miało miejsca.

Styl gry zespołu oparty jest na płynności i symultanicznych zachowaniach piłkarzy. Ruch gracza X w danym kierunku skutkuje przesunięciem się gracza Y w inną stronę, gracza Z w kolejny sektor etc. Synchronizacja ruchów musi prowadzić do utrzymania odpowiedniej struktury pozycyjnej dla dalszej cyrkulacji piłki (w fazie ataku) i zachowania kompaktowości ustawienia celem wyeliminowania przestrzeni, które mógłby wykorzystać przeciwnik (w fazie obrony). To prowadzi do podstawowego założenia, którym jest dążenie do uzyskania i/lub utrzymania przewagi w każdym sektorze boiska. Jedną z najważniejszych ról sprawuje defensywny pomocnik. Od niego wymaga się wysokiej boiskowej inteligencji, umiejętności technicznych i gry pod presją, świadomości taktycznej, czytania gry, swobodnego operowania piłką, przeglądu pola i wiele więcej. W pierwszej fazie budowania ataku pozycyjnego defensywny pomocnik schodzi głębiej między stoperów. Tym samym pozwala im operować szerzej, w pół-przestrzeniach, zapewnia przewagę liczebną przy wyprowadzaniu piłki i tworzy trzyosobowy blok, który może pokryć szersze pole gry. Natomiast w przypadku straty daje stabilność i większe zabezpieczenie na wypadek kontr przez boczne sektory (szerzej operujący stoperzy mogą większą uwagę poświęcić flankom bez obawy, że ich przesunięcie w stronę linii bocznej stworzy między nimi ogromną przestrzeń do wykorzystania przez rywala). Wejście w linię z obrońcami skutkuje przesunięciem wyżej bocznych obrońców. Ci z kolei „zmuszają” skrzydłowych/skrajnych napastników do zajęcia pozycji w centralnej strefie boiska. W ten sposób drużyna ma zapewnioną asekurację (2 stoperów + DM), szerokość (2 bocznych obrońców), a także przewagę w środku boiska (2 środkowych pomocników, schodzący skrzydłowi oraz środkowy napastnik), co pozwala przeprowadzać zróżnicowane ataki przez różne sektory boiska (skrzydłami, środkiem pola, bezpośrednio). Krótkie wyprowadzanie piłki z własnej połowy (które preferuje Emery, aczkolwiek nie jest pod tym względem aż tak ortodoksyjny jak np. Guardiola), szczególnie pod pressingiem ze strony rywala, wymaga inteligencji ze strony środkowych pomocników, którzy ruchem bez piłki starają się czy to zgubić krycie, czy to wyciągać przeciwników tak, by otworzyć przestrzeń partnerom. Jednocześnie muszą stanowić opcję do kontynowania gry w wyższych częściach boiska, zapewniać odpowiednią strukturę pozycyjną i łączność między poszczególnymi piłkarzami – tak horyzontalną i wertykalną, jak i diagonalną. O ile początkowo hiszpański szkoleniowiec miewał kłopoty z uzyskaniem tego elementu, o tyle mniej więcej wraz z powrotem do wysokiej dyspozycji Marco Verrattiego struktura pozycyjna i spacing PSG wyglądają co najmniej poprawnie.

Poza Verrattim, szalenie istotnym dla Emery’ego piłkarzem jest Thiago Motta. Brazylijczyk z włoskim paszportem spełnia się w opisanej powyżej roli cofniętego rozgrywającego, łączącego obowiązki defensywne z budowaniem ataku pozycyjnego poprzez penetrujące zagrania między liniami czy „domykanie” trójkątów w sytuacjach pressingu. I choć pomocnikowi Paryżan brakuje szybkości i dynamiki, to potrafi doskonale te braki zamaskować topowym off the ball movementem, ustawianiem się, przeglądem pola, umiejętnością gry na jeden kontakt i ogromnym doświadczeniem. Bramkarze PSG pod presją szukają krzyżowych podań górą w stronę bocznych obrońców – po pierwsze, ze względu na bezpieczeństwo (rywal nawet po odbiorze ma dłuższą drogę do bramki niż ze środka pola, jest tez ograniczony linią boczną, a przy utrzymaniu kompaktowości przestrzennej mogą zostać momentalnie „zkontrpressowani”), po drugie – ze względu na wysokich, silnych i skutecznych w powietrzu bocznych obrońców, którzy dodatkowo potrafią skutecznie osłonić piłkę. Zazwyczaj właśnie któryś ze środkowych pomocników lub defensywny pomocnik w momencie odbioru piłki przez full-backa oferują mu w bliższej pół-przestrzeni opcję do podania, a dzięki tzw. pressing-resistance (umiejętność utrzymania posiadania piłki będąc naciskanym – może dotyczyć pojedynczych graczy, jak i całego/części zespołu) są w stanie utrzymać piłkę w posiadaniu i wygrać pojedynek, wywalczyć faul bądź przesunąć grę w inny sektor boiska.

Początkowo dużym problemem dla Emery’ego stanowiła penetracja środkiem pola. O ile miał w zespole zawodników do posyłania wertykalnych piłek w wolne korytarze w środkowej strefie (Motta, Verratti, Rabiot czy nawet Thiago Silva), o tyle po kontuzji Pastore stracił gracza, który mógłby te piłki między liniami przejmować. Dodatkowo sporo czasu zajęło Unaiowi wdrażanie synchronizacji w bocznych sektorach między skrajnym obrońcą a skrzydłowym. Początkowo boczni obrońcy w pierwszej fazie ataku pozycyjnego ustawiali się za głęboko, niemal w linii ze stoperami. Szerokość musieli tym samym zapewniać skrzydłowi, nie mieli więc sposobności, by schodzić dostatecznie często w pół-przestrzenie i szukać miejsca między formacją obrony a pomocy rywala. Dlatego też piłka krążyła wyłącznie po obwodzie, a brakowało penetracji, momentu przeniesienia gry do środka, przedostania się do strefy nr 14. W efekcie tego passmapy z pierwszych meczów pod wodzą Hiszpana dawały tzw. U-shape, czyli taką mapę podań, gdzie piłka wędruje w największym stopniu od jednego bocznego obrońcy, przez obu stoperów, po drugiego bocznego obrońcę, z dala od bramki rywala i od piłkarzy pierwszej linii, którzy są odizolowani od gry. Poniżej przykład (choć akurat nie PSG).

Z biegiem czasu w grze PSG ten problem został zmarginalizowany. Lucas i przede wszystkim Draxler (wcześniej Di Maria) dzięki „wygonieniu” wyżej full-backów otrzymali więcej swobody w poruszaniu się bez piłki, poszukiwaniu korytarzy, którymi mogłaby do nich zostać dostarczona futbolówka, a także szukania wyjść na wolne pole. Szczególnie Niemiec potrafi doskonale wykorzystać miejsce w pół-przestrzeniach i między liniami i w dalszej fazie sezonu, kiedy w pełni zaadaptuje się w nowej drużynie, powinien pełnić niezmiernie istotną rolę w ofensywie klubu ze stolicy Francji. Oprócz tego, Emery przesunął nieco wyżej Marco Verrattiego. Włoski pomocnik zamiast operować głęboko w pobliżu Motty i pomagać mu bezpośrednio wprowadzać piłkę w środkową i ostatnią tercję częściej okupuje przestrzenie między liniami. Stamtąd ma okazje do akcji kombinacyjnych, przerzutów na drugą stronę boiska czy prób otwierających podań. Jego skuteczność podań ze względu na większe ryzyko w operowaniu piłką spadła po raz pierwszy (licząc od przybycia do Francji) poniżej 90%, ale z drugiej strony zyskał najwyższy w karierze wskaźnik kluczowych podań oraz prostopadłych piłek na mecz (kolejno, 1.3 i 0.5). Jednym z pomysłów na wykorzystanie walorów Włocha – w tym przypadku świetnego podania na wolne pole – jest pozwolenie mu na szukanie długich piłek za plecy obrońców do ścinających ze skrzydeł szybkich bocznych napastników/skrzydłowych. W ten sposób padła np. bramka Lucasa przeciwko Lorient.

Przede wszystkim jednak, najważniejszym zadaniem graczy drugiej linii jest otwieranie korytarzy w środku pola dla penetrujących piłek. Wbrew pozorom osiągnięcie tego celu nie spoczywa tylko na graczach drugiej linii. Bez kolektywnego i zsynchronizowanego działania wszystkich formacji zmuszenie przeciwnika do popełnienia błędu byłoby niemożliwe. Dla przykładu: zawodnicy pierwszej linii poza szukaniem gry i pokazywaniem się w pół-przestrzeniach celem otrzymania podania muszą również manewrować linią obrony – poprzez swoje wysokie i szerokie (w przypadku skrzydłowych) ustawienie trzymać ją z dala od drugiej linii, by stworzyć miejsce między formacjami, a także maksymalnie ją rozciągnąć. Stoperzy poza umiejętnością gry piłką powinni utrzymywać optymalne pozycje dla poprawnej cyrkulacji futbolówki (np. rozciągnąć formację w razie zejścia defensywnego pomocnika między nich), a kiedy nadarzy się okazja do progresji z piłką, ruszyć z nią do przodu. Dopiero kombinacja tych wszystkich elementów (w tym także inteligentna gra bez piłki pomocników, tworzenie trójkątów i połączeń, etc.) może skutkować popełnieniem przez rywala błędu w ustawieniu, który w konsekwencji może zostać wykorzystany wertykalnym podaniem po kombinacji na małej przestrzeni, przeładowaniu, dezorientacji krycia etc. Poniżej kilka przykładów, jak PSG przedostaje się do ostatniej tercji rywali środkiem pola.

Innym sposobem konstruowania ataku pozycyjnego przez mistrza Francji jest przeładowanie pół-przestrzeni, najczęściej lewej, i szybkie przesunięcie gry do przeciwległej, niedociążonej pół-przestrzeni. Przy skupieniu uwagi rywala na danym sektorze i odpowiedniej szybkości przesunięcia przeciwnik może nie zdążyć przenieść formacji w kierunku piłki, co daje szanse na stworzenie przewagi liczebnej, równowagi bądź pojedynków 1 na 1 na dużej przestrzeni. To idealna sytuacja dla piłkarzy dynamicznych, perfekcyjnie kontrolujących piłkę, z dobrym dryblingiem i umiejętnością gry na 1-2 kontakty. Ewentualnym innym wariantem jest wykorzystanie bocznego obrońcy i zagranie na obieg zakończone dograniem w pole karne czy też przed szesnastkę. Taki manewr Paryżanie stosują nieraz w kontratakach (screen nizej). Dodatkowym utrudnieniem dla obrony przy „switchowaniu” między pół-przestrzeniami są diagonalne piłki. Korzystając z podań po przekątnej – nawet do tyłu – drużyna będąca w posiadaniu piłki zmusza wszystkie formacje rywala do przesuwania się jednocześnie w dwóch kierunkach – horyzontalnie (prawo-lewo) i wertykalnie (przód-tyło). Wobec tego, co zrozumiałe, łatwiej o pojedynczy błąd, powstanie „wyrwy” w szykach obronnych, którą można wykorzystać.

Z drugiej strony, niekiedy podopieczni Unaia Emery’ego zostają z piłką w przeładowanej pół-przestrzeni i starają się nią przebić poprzez wykorzystanie „małej gry”, krótkich podań na 1-2 kontakty ze zmianą pozycji. Mają do tego odpowiednio zaawansowanych technicznie i koordynacyjnie piłkarzy, stąd takie próby nie dziwią. Pozostałością po Blancu można z kolei nazwać wejścia w pierwszą linię Matudiego między prawego obrońcę a prawego stopera. Taki penetracyjny ruch ze strony Francuza widoczny był za kadencji poprzedniego szkoleniowca i Blaise w dalszym ciągu go praktykuje. Tego typu zachowanie połączone z wertykalną piłką z lewej pół-przestrzeni od Thiago Motty przyniosły PSG gola w spotkaniu z Arsenalem na Emirates (screen poniżej).

Co Emery zmienił w grze PSG to z pewnością szafowanie pressingiem i kontrpressingiem. Kiedy szansa na szybkie odzyskanie piłki jest nikła, Les Parisiens odpuszczają atak na przeciwnika i zabranie mu opcji do podania kosztem przejścia do defensywy i odbudowania formacji. Ten kontrpressing zresztą pojawiał się w pierwszych meczach sezonu, ale nie przynosił oczekiwanych rezultatów. Rywal zbyt łatwo znajdował rozwiązanie, dodatkową opcję podania i wymykał się PSG tworząc przewagę za linią piłki i groźne kontry. M.in. dlatego też obecnie mistrzowie Francji zachowują większy balans między pressingiem w ostatniej tercji a przejściem do zorganizowanej, głębszej defensywy w trzech zwartych liniach. Hiszpański szkoleniowiec stara się zaszczepić w swoim zespole więcej elastyczności i pod tym względem z meczu na mecz jest lepiej. Przykładowo, w ligowym spotkaniu przeciwko Rennes Paryżanie do przerwy dominowali na boisku, dłużej utrzymywali się przy piłce, zamykali przeciwnika na własnej połowie, stwarzali sytuacje (niewiele, ale stosunkowo klarowne), spośród których jedną Draxler zamienił na gola. W drugich 45 minutach, mając korzystny wynik, PSG oddało piłkę, cofnęło się głębiej, zablokowali środek pola i nastawili się na kontry. W ostatecznym rozrachunku piłkarze Rennes w tym czasie wykreowali raptem jedną sensowną okazję, podczas gdy goście mieli ich znacznie więcej grając głównie z kontry.

Kiedy zatem podopieczni Emery’ego najczęściej przechodzą do pressingu i w którym sektorze boiska? Zdarza się, szczególnie przeciwko słabszym, gorzej zorganizowanym i słabiej wyszkolonym technicznie rywalom, Paryżanie stosują pressing już w tercji obronnej oponenta. Częściej jednak wyczekują na odpowiedni moment do jego założenia. Z reguły jest to wysoki pressing w środkowej tercji, nieco rzadziej niski pressing w atakowanej tercji. Piłkarze mistrza Francji starają się zmusić do rozgrywania piłki na swojej połowie między obrońcami, uniemożliwiając penetrację. W chwili, gdy stoper wykonuje podanie do bocznego obrońcy, środkowy napastnik (czyli na ogół Cavani) wchodzi między defensorów blokując poprzez cover shadow linię podania zwrotnego. Skrzydłowy robi to samo, stopując opcję do wertykalnego zagrania wzdłuż linii, a najbliższy środkowy pomocnik zamyka diagonalną i/lub horyzontalną ścieżkę zagrania do środka/pół-przestrzeni. Jeśli zawodnik z piłką długo ją przytrzymuje nie mając przy tym wariantu podania, może także doskoczyć i podwoić. Reszta zespołu w najbliższym otoczeniu piłki nastawia się wówczas na krycie indywidualne. Przy tym wszystkim, priorytetem dla Emery’ego jest – o czym była mowa wcześniej – uzyskanie przeładowania w przestrzeni wokół piłki, a tym samym po ewentualnym odbiorze/przechwycie/odzyskaniu piłki posiadanie przewagi liczebnej, co zapewnia kilka opcji do podania i w konsekwencji prowadzi do większego prawdopodobieństwa utrzymania futbolówki i przegrania jej w inny, mniej obciążony sektor.

Przy pressingu czy też w chwili, kiedy to przeciwnik ma piłkę i buduje atak pozycyjny od tyłu, Les Parisiens stawiają na krycie indywidualne w środku pola. To pozwala przeciwko słabszym rywalom, którzy nie mają zdolności do wygrywania pojedynków 1 na 1, gubienia krycia poprzez zamianę pozycji z kolegą z zespołu czy otwierania przestrzeni ruchem bez piłki (którym można „wyciągnąć” kryjącego piłkarza z priorytetowej strefy) na kontrolowanie ich poczynań ofensywnych i maksymalne ograniczenie opcji podania. Natomiast z silniejszymi rywalami PSG stosuje szerszą gamę pomysłów obronnych, mix krycia indywidualnego, strefowego i strefowego zorientowanego na przeciwnika.

W przypadku przejścia do głębszej defensywy (choć oczywiście nie tylko – ten element Paryżanie starają się utrzymać przez jak najdłuższy okres czasu, nie tylko w destrukcji, ale również w ofensywie, przejściach, pressingu i kilku innych sytuacjach meczowych) podstawowym celem staje się utrzymanie kompaktowości ustawienia. Chodzi o to, by odległość między najdalszymi graczami – tak w pionie (wertykalnie), jak i w poziomie (horyzontalnie) – była jak najmniejsza. Poszczególne formacje operują więc blisko siebie, a odstępy pomiędzy piłkarzami mają być niewielkie. W ten sposób zespół niweluje kanały i przestrzenie do zagranie „przez niego”, tj. penetrację przez środek, złamanie linii podaniem w lukę między dwoma zawodnikami etc. Przedarcie się środkiem jest mocno utrudnione (co logiczne, ochrona tej strefy dla działań defensywnych jest priorytetowa), a rywal jest zmuszony do atakowania mniej efektywnymi z punktu widzenia ofensywy, skrzydłami. Kompaktowość powinna zostać zachowana również w momencie przesuwania się formacji za piłką, by nie otworzyć oponentowi przestrzeni do przedostania się w obręb bramki. Istotną rolę odgrywa więc wspomniana wcześniej synchronizacja i współpraca, a także wzajemne zrozumienie oraz świadomość taktyczna poszczególnych graczy. I na tej płaszczyźnie podopieczni hiszpańskiego szkoleniowca w porównaniu do początku sezonu poczynili spory progres. Coraz rzadziej Les Parisiens pozwalają przeciwnikom na przedostanie się do strefy 14, wykreowanie stuprocentowej czy chociaż bardzo dogodnej sytuacji strzeleckiej. Współpraca w obronie między poszczególnymi graczami i formacjami także uległa poprawie.

Choć może styl gry zespołu nie jest tak efektowny jak w poprzednim sezonie za Laurenta Blanca, to widać systematyczny progres na wielu płaszczyznach oraz kilka własnych pomysłów i rozwiązań. Emery buduje drużynę na swoją modłę, dokonuje krok po kroku coraz więcej roszad personalnych i taktycznych. W kontekście dwumeczu z Barceloną może się okazać, że większa elastyczność, zdolność dopasowania i dostosowania się do rywala, będzie tym czynnikiem, który pozwoli nawiązać Paryżanom bardziej wyrównaną walkę niż to miało miejsce choćby w sezonie 2014/15, kiedy losy ćwierćfinału Duma Katalonii rozstrzygnęła w zasadzie już na Parc des Princes. Należy także pamiętać przy ocenianiu dotychczasowej pracy Emery’ego, że za nim dopiero pół roku w klubie. Tym bardziej nieadekwatne stają się wszelakie porównania obecnego PSG do tego sprzed roku, który był przecież trzecim na ławce trenerskiej dla Laurenta Blanca (oczywiście w tym klubie, nie w całej karierze). Należałoby raczej przywołać pierwszy sezon pracy Francuza w stolicy kraju, a w nim np. Les Parisiens odpadli wcześnie z Pucharu Francji. Obecnie są wciąż w grze o wszystkie trofea. Przynajmniej do początku marca, kiedy odbędzie się rewanż z Barceloną oraz ćwierćfinał krajowego pucharu. Prawdziwa weryfikacja dopiero przed byłym szkoleniowcem Sevilli.

 

Reklama