Ekstraklasa taktycznie – nowe role, nowe trendy?

Niejako w cieniu dyskusji o sensie reformy systemu rozgrywek Ekstraklasy, o wzroście lub spadku atrakcyjności spotkań pozostaje rozmowa o tym, jak na zmiany zareagowali piłkarze i trenerzy – pod względem taktycznym. Chociaż mecze mistrza kraju w europejskich pucharach dobitnie pokazały, jak wiele wciąż Polskę dzieli od nawet przeciętnych rywali, to jesienią kibice mogli zaobserwować kilka ciekawych i względnie nowych w Ekstraklasie trendów. Wciąż jednak głównie ograniczających się do indywidualności i poszczególnych pozycji.


Lepsze czasy napastników

Latem kluby Ekstraklasy przeszły istną rewolucję. Na pierwszy rzut oka nie jest ona oczywista, ani zauważalna, ale liczby nie kłamią – z dziesięciu czołowych strzelców poprzedniego sezonu, tylko Wladimir Dwaliszwili dotrzymuje kroku najlepszym w obecnych rozgrywkach.

Zmiany w większości przypadków wyszły klubom na dobre. Pogoń potrzebowała silnego napastnika, w Wisłę szybko wpasował się Paweł Brożek, bez Marco Paixao Śląsk byłby w strefie spadkowej, a dla Łukasza Teodorczyka był to ostatni moment by odpalić. Także Górnik po półrocznym bezkrólewiu dopasował do swojego systemu Mateusza Zacharę. Razem z Dwaliszwilim strzelili oni już 59 goli w tym sezonie – zaledwie jedenaście mniej niż najlepsza szóstka w całym poprzednim.

Kluczem są stwarzane im sytuacje. Zdecydowana większość zdobytych przez nich goli jest efektem zagrań w strefę największego zagrożenia – prostokąt pomiędzy słupkami bramki sięgający aż jedenastego metra. Tylko trzy gole były efektem strzałów spoza pola karnego, a osiem to „jedenastki”. To wykorzystanie napastników nie ogranicza się do ich podstawowej zdolności – najskuteczniejsza szóstka już zebrała tyle asyst (24) co najlepsi napastnicy w całym poprzednim sezonie.

Paweł Brożek świetnie współpracuje z Chrapkiem i Gargułą, a inteligentne i dynamiczne rajdy Zachary stwarzają więcej miejsca Nakoulmie. Paixao, Robak i Teodorczyk są dla swoich drużyn nieocenieni w utrzymywaniu piłki w strefie ataku, nawet krytykowany Dwaliszwili jest bardziej aktywny i pożyteczny w Ekstraklasie niż jest w Europie. W każdym wypadku ci napastnicy nie są jednak finalnym elementem trenerskich układanek, ale jednym z najważniejszych.

Skąd te „dziesiątki”?

Jak wyliczył serwis „Sportowe Fakty”, z 407 goli z gry aż 85,75 proc. padło po strzałach z pola karnego. Co ciekawe, porównując tabele strzelców z poprzedniego i obecnego sezonu, podobne wnioski można wyciągnąć o asystentach. Z czołówki, która zaliczyła przynajmniej pięć podań skutecznie wykańczanych przez napastników, tylko Starzyński, Brzyski i Golański utrzymali formę i swoją pozycję. Pomimo mniejszej liczby rozegranych kolejek, grono asystentów też się poszerzyło – poprzedni sezon kończyło w niej siedemnastu piłkarzy, teraz jest ich już dwudziestu.

Z „dziesiątek” z poprzedniego sezonu w czołówce nie utrzymał się nikt oprócz Starzyńskiego, który zresztą w Ruchu Chorzów raczej gra inaczej – spełniając rolę dynamicznego środkowego pomocnika, który jest odpowiednio ubezpieczany przez kolegów, więc może na więcej pozwolić sobie w ofensywie. Jednak w porównaniu choćby z Quintaną, Akahoshim czy Hamalainenem różnią go walory i bliżej mu do stylu gry Mateusza Klicha.

Stąd można powiedzieć, że Ekstraklasa doczekała się wreszcie zawodników na miarę tej pozycji. Oczywiście Sebastian Mila i Miroslav Radović także wyrastali ponad poziom, lecz gdy jednego cechował brak dynamiki, drugiemu można było zarzucić zbytnią samolubność. Tymczasem ci, którzy ich zastąpili spełniają inne wymagania.

Przede wszystkim każdy z nich – a wymieńmy Gargułę, Akahoshiego, Hamalainena, Quintanę i Batrovicia, by podliczyć tylko tych z przynajmniej pięcioma asystami – jest przygotowany na grę ryzykowną. Tak jak rozgrywający Wisły, który w moment po przejęciu piłki w meczu z Legią, zagrał prostopadle do Pawła Brożka. Jak Japończyk, który długim podaniem świetnie znalazł Jacka Bąka w meczu z Koroną Kielce.

Oczywiście ich walory są dostosowane do stylu gry drużyny. I tak Quintana jest zawsze otoczony piłkarzami dynamicznymi, których rajdy bez piłki pozwalają mu na zdobycie odpowiedniej przestrzeni. Przy tak świetnym, prawdopodobnie najlepszym w Ekstraklasie pierwszym kontakcie z piłką, Hiszpan zawsze ma możliwość na znalezienie podaniem tego najlepiej ustawionego.

Podobnie jest z Gargułą, który może liczyć na ruch Chrapka i skrzydłowych. Z kolei Hamalainen i Akahosi chętnie schodzą do skrzydeł i tam szukają gry na dwa kontakty, na popularną „klepkę”, wprowadzając skrzydłowych do środka pola. Do ich stylu upodabnia się Masłowski z Zawiszy, który potrafi łączyć tę umiejętność z dobrze wyczutymi rajdami w pole karne rywala, gdy jest poza akcją w bocznej strefie.

Ciekawym przypadkiem jest oczywiście Batrović, który notorycznie notuje mniej niż połowę podań celnych. Wynika to z dwóch rzeczy – kiepskiej jakości jego kolegów z drużyny oraz małej liczby atakujących Widzewa, oraz pewnej niecierpliwości. Często zawodzi go pierwszy kontakt, niepotrzebnie wdaje się w dryblingi (lecz w jego zespole każdy z zawodników ofensywnych musi „robić różnicę” indywidualnie), ale jego instynkt do takich zagrań pokazała pierwsza część rundy. Miał więcej miejsca, rywale nie atakowali go agresywnie i częściej znajdował się w dogodnych pozycjach do rozegrania akcji – odtąd jego zagrożenie neutralizuje się w pierwszym kwadransie faulami lub po prostu ostrzejszym odbiorem piłki.

Przy tak popularnym ustawieniu 4-2-3-1 było oczywiste, że prędzej czy później połączenie odpowiednio wypracowanej taktyki z doborem piłkarzy na pozycje „dziesiątki” zdominuje ligę w której wciąż odległości między liniami obrony i pomocy są problemem. Pomimo wciąż dominującego trendu gry skrzydłami, ciężar gry powoli jest także przenoszony na strefę środkową.

„Fałszywi” skrzydłowi

Niektórzy powiedzą, że ta powyższa nazwa jest nieadekwatna, bo przecież już istnieje funkcja tzw. „odwróconego skrzydłowego” (z ang. inverted winger). Jednak w Ekstraklasie od pewnego czasu da się zauważyć bardziej ryzykowną rolę dla wysoko ustawionych bocznych pomocników – ich zaangażowanie w akcje środkiem.

Wśród zawodników, którzy dotychczas w tym sezonie osiągnęli przynajmniej dziesięć punktów w klasyfikacji kanadyjskiej jest trzech skrzydłowych, którzy mogą sygnalizować tę zmianę. Zarówno Dawid Plizga, Prejuce Nakoulma i Gergo Lovrencsics to piłkarze, którzy nie po raz pierwszy zachwycają, ale golami i asystami osiągają wreszcie satysfakcjonujące indywidualne wyniki.

Przede wszystkim ta nowość w lidze polega na rajdach do środka pola bez piłki – nawet gdy akcja idzie ich skrzydłem. Gol Dawida Plizgi z Wisłą, Nakoulma będący liderem pod względem naliczonych mu spalonych (25!) czy Lovrencsics, który czasami praktycznie spełnia rolę drugiego napastnika przy Teodorczyku – to tylko dowody na zachowania, które tym zawodnikom zostały wszczepione. Wcześniej każdy z nich był wyróżniającym się skrzydłowym, ale bardziej za to co potrafili robić z piłką – teraz równie groźne są ich schematyczne rajdy bez, które dają im lepszą pozycję do strzelenia gola czy zaliczenia asysty.

Podobnie gra Luis Carlos, który lubi wychodzić na prostopadłe podania i przejawia zachowania napastnika (gole z Legią i Śląskiem), ale też Sebino Plaku, którego jednak zawodzą umiejętności i brak „dziesiątki” w drużynie (kontuzja i słaby sezon Mili). Jednak, co równie ważne, ruchy tych piłkarzy są zsynchronizowane z innymi piłkarzami – więc łatwo o konkluzję, że nawet jeśli wymienieni piłkarze są pod względem statystycznym liderami zespołów, to są tylko jednym trybikiem w maszynie.

Tak Plizga wykorzystuje Quintanę, który cofa się w głąb pola, Lovrencsics ma od tego Hamalainena, a w przypadku Nakoulmy i Górnika tym, który koledze ustępuje pola jest Zachara. Wciąż oczywiście są świetnie działające współprace na bokach, te bardziej schematyczne i klasyczne w taktycznym rozumieniu (Wójcicki-Lewczuk w Zawiszy, Brzyski z jednym ze skrzydłowych Legii, Bunoza-Guerrier w Wiśle, jedna z kombinacji personalnych z Golańskim w Koronie), ale przy umiejętnym zabezpieczeniu tych stref i dyscyplinie w defensywie, wreszcie skrzydłowych wykorzystuje się nie tylko przez ich umiejętność szybkiego rajdu, krótkiego dryblingu i dośrodkowania.

Witajcie, zadaniowcy!

Jednak ofensywna to nie wszystko. W Ekstraklasie więc postawiono w kilku klubach wyraźnie na zawodników od brudnej roboty – defensywnych pomocników. Ktoś powiedziałby, że taka pozycja to nic nowego, lecz kwestią są zadania. W tym wypadku w zespołach nawet ustawiających się w 4-2-3-1, drużyny wolą postawić na jednego zawodnika o typowo defensywnych walorach i o mniejszym zaangażowaniu ofensywnym. Jednym – nie dwóch.

To żaden przełom, ale pewien trend – weźmy Stjepanovicia w Wiśle, Pazdana w Jagiellonii, Jodłowca w Legii, Surmę w Ruchu, Goulona w Zawiszy, Sobolewskiego w Górniku oraz Dawidowicza w Lechii. W każdym wypadku w większości spotkań ci piłkarze mają przydzielone indywidualne zadania skierowane na najgroźniejszy schemat rywala lub najlepszego zawodnika. Najbardziej wyrazista jest to rola tego pierwszego, który zabezpiecza obronę „Białej Gwiazdy” wobec ofensywnej gry Chrapka i Garguły.

Ograniczanie ich roli do zwykłego odbierania piłki byłoby więc naprawdę niesłuszne. W niektórych zespołach są oni wręcz „wysuniętymi stoperami”, którzy niekoniecznie są przydzieleni do indywidualnego krycia, ale robią przewagę w tej strefie, która akurat tego potrzebuje. W wypadku Surmy i Sobolewskiego polega to na wykorzystaniu bardziej doświadczenia niż dynamiki i odpowiedniego ustawiania się – obaj najlepiej zabezpieczają przestrzenie między obrońcami, ale niekoniecznie samą strefę między defensywą i pomocą.

Z kolei Goulon w Zawiszy spełnia rolę typowego walczaka oraz rozgrywającego – w zależności od słabości rywala to on nadaje kierunek akcji drużyny, wybierając opcje pierwszym podaniem. Jodłowiec często włącza się do ataku (musi, bo rywale często przeciwko Legii tylko się bronią), ale to jego gra w defensywie go wyróżnia – oferuje zespołowi to, czego ani Furman czy Vrdoljak nie potrafią: udany odbiór, wygrany pojedynek główkowy, zastąpienie stopera.

Najlepszym dowodem jest jednak… Adam Nawałka. Selekcjoner w wywiadach wychwalał „zadaniowców”, a na pierwsze zgrupowanie powołał Jodłowca i Pazdana, którzy w Ekstraklasie są najbliżsi tego wyznaczonego wzorca. Nie bez przypadku to właśnie oni byli pośród najlepszych reprezentantów w meczach ze Słowacją i Irlandią, nawet jeśli jest to wątpliwy zaszczyt.

Po Pazdanie było widać jak rozwija się z każdym spotkaniem i coraz lepiej radzi sobie w rozgrywaniu piłki. Z kolei po dyskusjach o nominalnej pozycji Jodłowca zwalniano już trenerów (w Polonii), ale teraz już takie dylematy rozwiał sam piłkarz. Oczywiście żaden z nich nie jest wirtuozem ani wielką nadzieją polskiego futbolu – w końcu ich walory w gruncie rzeczy ograniczają się do wypełniania wyznaczonych ich zadań. Jednak sam fakt, że ich rola wreszcie doczekała się wyróżnienia niech świadczy o tym, że i pod tym względem Ekstraklasa wreszcie poczyniła postęp.

Żadna z tych ról w piłkarsko lepszym świecie nie jest nowa, jednak ich stopniowe wprowadzanie w Polsce wreszcie daje wymierne efekty – nie tylko pod kątem wyników drużyn czy kształtu tabeli. Bo krok po kroku, pozycja po pozycji, Ekstraklasa taktycznie stara się nadążyć za Europą.

Reklama