Taktyczny miniprzegląd Ekstraklasy: 19. kolejka

Po meczach 19. kolejki prezentujemy krótki przegląd wydarzeń z pięciu meczów: Jagiellonia – Polonia, Legia – Górnik, Korona – Ruch, Widzew – Zagłebie oraz Lech – Bełchatów. Tym razem nie obrodziło golami, nowinek taktycznych też nie uświadczyliśmy, ale kilku piłkarzy potrafiło nas zaskoczyć. Bohaterem kolejki już został obwołany bramkarz GKS Bełchatów, a jego zespół zanotował czwarty z rzędu bezbramkowy remis, co bez wątpienia jest również zasługą wspomnianego Zubasa.


Jagiellonia Białystok 2-0 Polonia Warszawa

Obydwa zespoły rozpoczęły mecz dość aktywnie, ale bardzo szybko zdobyty gol ułatwił grę Jagiellonii – od tego momentu piłkarze Hajty byli raczej przyczajeni, natomiast Polonia korzystając z zalet swojego ustawienia wypchnęła swoich wing-backów do przodu naciskając bocznych obrońców Jagi. Jednak Plizga i Gajos dobrze spisywali się w defensywie, a w ataku bardzo umiejętnie wymieniali pozycje z Quintaną, który jak zwykle nadawał ton grze białostocczan. Hiszpan ma unikalną na polskich boiskach zaletę – drybluje po to, by celnie podać lub strzelić, a nie po to, by zdobywać teren, co jest nagminne u naszych ligowców. Piotr Stokowiec już po 30. minutach gry wpuścił na boisko Kiełba za Szymanka, co spowodowało przesunięcia, Todorovski schodzi głębiej i przesuwa Barana do środka defensywy, Wszołek zostaje wing-backiem, a Kiełb zajmuje jego pozycję jako ofensywny pomocnik. To była dobra zmiana, ale nie udało się jej wykorzystać, po części przez brak zdecydowania w końcowej fazie ataków. Z dobrej strony pokazał się Przybecki tym razem zaskakując udanym strzałem z półobrotu. Drugiego gola załatwił Jagiellonii Todorovski kiwając „na ostatniego”, co skrzętnie wykorzystał Plizga. Plizga, który gra chyba najlepszy futbol w karierze, co wydaje się lekko zasmucające biorąc pod uwagę, jaki miał potencjał. Ewidentną słabością Polonii w tym meczu były braki w środku pola – Hołota z Piątkiem często wbiegali (i słusznie) w pole karne, gdy piłka była na skrzydle, wymuszając niejako dośrodkowanie, ale bramki z tego nie padały, a okazji do kontrataków Jagiellonia miała mnóstwo. Co prawda, szybko stracony gol sugerował, że ostrożną grę należy porzucić i skupić się na próbach strzelenia gola. Bramki można jednak również zdobywać po długim ataku pozycyjnym – trener Stokowiec jednak uznał, że raczej nie warto.

 Legia Warszawa 3-0 Górnik Zabrze

Legia pokazała swoją siłę demolując Górnika, jednak przez większość meczu gra była dość wyrównana, a Górnik potrafił dłużej przytrzymać piłkę. Legia miała jednak zdecydowaną przewagę na skrzydłach, a mający wykorzystywać wolne miejsce Olkowski został powstrzymany przez Koseckiego. Wysoka linia obrony ograniczyła miejsce pomocnikom Górnika, a Łukasik z Vrdoljakiem posyłali piłki do skrzydeł, czego Iwan z Przybylskim za bardzo nie mogli zrobić – Zahorski wchodził w linię obrony, a Mączyński podchodził do krótkiego rozegrania. Szeweluchin do drugiego gola dobrze sobie radził z Ljuboją, ale jego rolę przejął Radović posyłając umiejętne podania do Saganowskiego. Jedyny pamiętny moment Kwieka to dobrze wykonany bezpośredni rzut wolny. Tym razem obrona Legii nie popełniała błędów, ale Górnik nie zmusił jej do tego – gra w ofensywie była zbyt prosta i czasami za bardzo pasywna. Po zmianach przeprowadzonych przez Adama Nawałkę gra Górnika stała się rwana i zbyt indywidualna, co skrzętnie wykorzystali gospodarze wyprowadzając kilka groźnych kontrataków. Ostatecznie dobił ich Dwaliszwili oszukując uprzednio Dancha, który rozegrał chyba swój najgorszy mecz w sezonie (a warto pamiętać, że całą jesień był zdecydowanie w czołówce obrońców). Pełna analiza meczu znajduje się pod tym adresem.

 Korona Kielce 2-1 Ruch Chorzów

Ruch Chorzów nadal znajduje się w ogromnym dołku i nie poradził sobie z typowym nastawieniem Korony, która jednak musiała sobie radzić w tym meczu bez swojego kapitana Kuzery. Zastąpił go Tomasz Foszmańczyk i pokazał się z dobrej strony, choć wydaje się, że przy rzucie karnym „pomógł” sędziemu podjąć właściwą decyzję. Korzym zagrał na lewej pomocy, ale jego obowiązki defensywne były minimalne, co pozwoliło mu na wchodzenie w pole karne. Tak jak powinien grać Zahorski, tak w tym meczu zagrał Korzym. Ten manewr jest co prawda od dawna stosowany przez Leszka Ojrzyńskiego, ale wciąż przynosi korzyści. Miejsce pozostawione przez Korzyma często zajmował Janota wyciągając któregoś ze środkowych pomocników i zostawiając sporą lukę swoim kolegom. Już w 5. minucie Marek Zieńczuk został zastąpiony przez Šultesa, który w drugiej połowie zanotował asystę wypuszczając dobrym prostopadłym podaniem Starzyńskiego. Ruch grał jednak statycznie, przewidywalnie, a Starzyński ciągle zawodzi jako konstruktor akcji – albo nie jest tak dobry, jak się wydaje, albo nie ma odpowiednich partnerów do gry. Większość zawodników Ruchu nie pokazała za wiele poza determinacją, przy czym Đokić zaprezentował raczej bezmyślną agresję w typowym dla siebie stylu drwala. Można pomstować też na agresywny styl Korony, ale w tym meczu piłkarze z Kielc pokazali nie tylko serce do gry, ale też większe umiejętności i lepszą dyscyplinę na boisku. Trener Ojrzyński umiejętnie korzysta z posiadanych zasobów i jest w stanie się dostosować do każdego rywala, co pozwala mu na umiarkowane sukcesy. Zastanawiać może mizerny dorobek Janoty, który samym poruszaniem się po boisku (nie wspominając o technice) przewyższa każdego ze swoich kolegów o kilka klas, ale zbyt rzadko przekłada to na gole i asysty.

 Widzew Łódź 0-0 Zagłębie Lubin

Zdecydowanie najsłabszy z dotychczasowych meczów kolejki. Gra Widzewa zawierała jednak kilka ciekawych elementów. Z dobrej strony pokazał się odważnie i umiejętnie dryblujący Pawłowski (Bartłomiej, nie Szymon), co ciekawe, pokazując rzadką w polskiej lidze skłonność do biegania z piłką w wolniejszym tempie, ale za to z lepszą kontrolą nad piłką. Nie udało mu się jednak oddawać równie dobrych strzałów, a podania były marnowane przez partnerów. Bardzo słabo zagrali chwaleni w sierpniu Rybicki i Stępiński, którzy praktycznie zostali nakryci czapką przez stoperów Zagłębia. W pierwszej połowie trio Jež-Hanzel-Bílek wspomagane przez Lirę opanowało kompletnie środek pola i tylko brak zdecydowania oraz nieudane zagrania aktywnego Abwo powstrzymały Zagłębie od zdobycia bramki. Widząc problemy nawet z rozpoczynaniem ataków Dudek zaczął cofać się pomiędzy stoperów, by pomóc w rozegraniu, ale Widzew nie potrafił tego wykorzystać – co prawda Broź chętnie atakował swoim skrzydłem, ale grający pierwszy oficjalny mecz od ponad roku Płotka był bardzo pasywny i niemal nie opuszczał swojej połowy. W drugiej połowie Zagłębie wyraźnie spuściło z tonu, natomiast Widzew zareagował pozytywnie (m.in. zamiana pozycji Alexa z Rybickim), ale nie dało to żadnych efektów. Wchodzący z ławki Batrović i Błąd mieli przebłyski, ale nic więcej.

Lech Poznań 0-0 GKS Bełchatów

Wicelider jako czwarta z kolei drużyna nie potrafił strzelić gola czerwonej latarni naszej ligi. To nie pozwala myśleć zbyt optymistycznie o szansach na występy w następnej edycji Ligi Mistrzów. Przede wszystkim obydwa zespoły grały dość ostrożnie i w pierwszej połowie to raczej Bełchatów potrafił zaskoczyć Lecha kilkoma atakami. Mateusz Mak szukał sobie miejsca pomiędzy obrońcami, ale wiedząc, że raczej nie może liczyć na prostopadłe podanie szukał od razu podania zwrotnego – jego kombinacje z Żurkiem czy Madejem robiły dobre wrażenie. Można jednak było odnieść wrażenie, że przede wszystkim to Lech nie ma pomysłu na grę, a Teodorczyk czy Hamalainen zbyt często decydowali się na indywidualne próby pokonania defensywy Bełchatowa. Szybki Fin był jednak znacznie bardziej pożyteczny, gdy zaczął więcej schodzić do skrzydeł, zwłaszcza że na prawej pomocy grał Linetty, którego raczej ciągnęło do środka. Hamalainen umiał pociągnąć z piłką, ale gdy należało wykorzystać setkę stworzoną przez Tonewa, zawiódł. W miejsce Linetty’ego wchodził Ceesay, ale dobrze ograniczył mu pole manewru Bartosz Żurek. Przez pierwszą część spotkania obydwa zespoły szachowały się wzajemnie. W drugiej nastąpiło lekkie rozprężenie i posypały się sytuacje bramkowe. Po wejściu Lovrencsicsa na prawą pomoc gra Lecha była znacznie płynniejsza i dynamiczna, ale brakowało dobrych sytuacji w polu karnym. Ostatecznie Lech stworzył je sobie, ale nie udało się ich wykorzystać Reissowi. GKS Bełchatów jak przystało na słaby zespół umiejętnie kontratakował i dwukrotnie zagroził bramce Buricia po rzutach rożnych. Lech nie grał wystarczająco dobrze – Hamalainen i Teodorczyk dobrze operowali piłką, ale ich ruch bez piłki był dość łatwy do przewidzenia, brakowało krzyżowych zmian, a Tonew zbyt rzadko pokazywał się bliżej środka. Dwukrotne trafienie w poprzeczkę sugeruje brak szczęścia, ale jedna szansa powstała po błędzie obrońcy GKS, a druga po rzucie rożnym. Otwarcie się obydwu zespołów na grę ofensywną było pozytywnym aspektem meczu, ale nawet jego faworyt nie potrafił wykonać żadnego ataku według ściśle opracowanego planu.

Śląsk Wrocław 1-1 Podbeskidzie Bielsko-Biała
W wyjściowych ustawieniach obu zespołów zaskoczenia nie było (dwa razy 4-2-3-1), lekką niespodzianką były skład personalny wrocławian. Do pierwszego składu wrócili Gikiewicz i Stevanović. Przez większość spotkania aktywniejszą stroną byli gospodarze, mając sporą przewagę w posiadaniu piłki, nie mogąc jednak nijak rozmontować głębokiej defensywy Podbeskidzia. „Górale” operowali dłuższymi przerzutami na atakujących (głównie głęboko schodzącego Demjana), które w obliczu braku pressingu Śląska nie były trudne do opanowania. Zwłaszcza zagęszczanie pola przez Śląsk na skrzydle wołało o pomstę do nieba. Nie dziwi to jednak przy grze ofensywnymi skrzydłowymi, jednym defensywnym pomocnikiem i absolutnie bezużytecznym w destrukcji Stevanoviciem. Śląsk nie miał większych problemów z podchodzeniem na 30-40 metr, później jednak gęsta defensywa gości i znikoma ruchliwość i kreatywność nie pozwalały na stworzenie sytuacji. Tejże ruchliwości nie brakowało Podbeskidziu przy kontrach, co zaowocowało groźnymi akcjami i prowadzeniem. Trener Levy odpowiedział wpuszczając na boisko Elsnera i Patejuka, niedługo po nich Moulounguiego. W ten sposób Śląsk został bez lewego obrońcy, co zaowocowało drugą, kontrowersyjnie nieuznaną bramką. Skłonność reprezentanta Gabonu do dryblingów przyniosła nieco ożywienia w szeregach gospodarzy, ale nie zmieniło to niczego w wykończeniu. Śląsk ani przez moment nie miał pomysłu na gości, seryjnie posyłał bardzo niecelne wrzutki w pole karne. Jedyny większy błąd defensywy gości i strzał życia Gikiewicza pozwoliły na zdobycie punktu.

Reklama