Pogoń Szczecin – Wisła Kraków 2-0: Transfer negatywny

Recenzja z tego meczu miała ukazać się już w sobotę, jednak przebieg spotkania odebrał mi nieco ochotę do szerszego opisu. Dopiero po kilku dniach byłem w stanie, na spokojnie, obejrzeć mecz ponownie i wyciągnąć kilka wniosków.Wszyscy jesteśmy chyba świadomi realiów obecnie panujących w Wiśle, włącznie z jej problemami finansowymi, jednak obecna postawa drużyny przynosi kibicom spore rozczarowanie. Tym bardziej jest to zastanawiające, że pierwsza połowa spotkania z Bełchatowem była naprawdę niezła. Każdy kolejny mecz, to jednak coraz większy marazm. Słabego występu nie ma co zwalać też na błędy sędziego, bo nawet pomijając obie stracone bramki, Wisła nie stworzyła żadnych czystych sytuacji.


Michał Probierz nadal szuka sposobu na swoją Wisłę, tym razem zdecydował się na zarzucenie pomysłu gry w systemie 4-4-2 na grę z jednym napastnikiem. Podobna sytuacja miała miejsce w ekipie gospodarzy. W meczach z Zagłębiem i Piastem, trener Skowronek wystawił dwójkę atakujących, natomiast z Lechią i teraz z Wisłą, zostawił osamotnionego snajpera. Do tej roli wyznaczył, grającego pierwszy raz w tym sezonie, Djousse. W trakcie trwania rozgrzewki przedmeczowej, kontuzję złapał Głowacki i jego miejsce zajął Jaliens. Nie wywarło to jednak zbyt wielkiego wpływu na przebieg meczu.W pomocy Probierz dał tym razem szansę młodemu Chrapkowi, a na ławkę wrócił Szewczyk.W drużynie Pogoni najważniejsze zmiany to postawienie na Frączczaka na prawej pomocy i młodego Akahoshiego w środku pola.

1. „… pogoda też nie dopisuję do grania w piłkę” 
Swego czasu, spore zamieszanie w kręgach Taktycznie wywołał wpis Jerzego Engela, odnośnie wpływu wiatru na dobór taktyki na spotkanie. Były selekcjoner pisał: „kiedy wiadomo już przed meczem, że wieje mocny wiatr i będzie sprzymierzeńcem jednej z drużyn,  to w szatni podpowiada się kapitanowi aby w przypadku wygrania losowania na płycie boiska, po rzucie monetą przez sędziego, wybrał tę połowę boiska, na której wiatr wieje w plecy. Taki silny wiatr w plecy to zwykle dwunasty zawodnik drużyny, której zdecydowanie łatwiej jest w takich warunkach atakować. A ponieważ statystyki wskazują, że ten kto zdobywa pierwszy bramkę ma około siedemdziesięciu procent szans na zwycięstwo, to wydaje się logiczne aby wybierać połowę boiska zgodną z kierunkiem wiatru a nie pod wiatr.” Spory wiatr miał wpływ również na przebieg meczu w Szczecinie. Nie chodzi jednak o jakieś konkretne porywy, spychające piłki po dośrodkowaniu za plecy bramkarza, a podejście piłkarzy do problemu. Piłkarze z jeszcze większym uporem próbowali grać długie piłki, które spadały niemal pionowo w okolicach środka boiska i skutkowały sporą ilością pojedynków główkowych. Szczególnie ciekawa sytuacja wiąże się ze wznawianiem gry po rzucie bramkowym. W sytuacji, gdy w pierwszej połowie to Pogoń grała pod wiatr, wydawało się, że sytuacja jest prosta. Zadaniem piłkarzy, powinna być próba wyprowadzenia piłki ziemią, a w przypadku podejścia wiślaków z zamiarem pressingu, należało by wykorzystać przesunięcie linii obrony rywala i wtedy ewentualne zagranie dłuższej piłki. Portowcy jednak, rezygnowali z krótkiego zagrania nawet w sytuacji, gdy w obrębie  około trzydziestu metrów ich bramki, był przynajmniej jeden rywal. Efektem, mnóstwo długich zagrań Janukiewicza, które spadały niemal pionowo w okolicy koła środkowego, a tam albo któryś z pomocników Wisły przyjmował piłką, albo gospodarze musieli ratować się faulem. Wiślacy również wznawiali grę długimi podaniami, tym bardziej, że gospodarze aktywnie utrudniali im wyprowadzanie piłki. Była to taktyka o tyle dobra, że obrońcy Probierza nie czują się pewnie przy piłce pod pressingiem rywala i Pareiko ratować się musiał niedokładnymi wybiciami piłki.

2. Cofnięta linia obrony Wisły

Zaskakujące było również ustawienie czwórki defensorów Wisły. Cała linia grała bardzo głęboko, znacznie oddalając się od swoich pomocników. Teoretycznie łącznikiem między formacjami był Wilk, jednak nie do końca wywiązywał się ze swoich zadań, gdyż sam zanotował kilka strat, niepotrzebnie holując piłkę. Ponadto Pogoń dobrze oskrzydlała swoje akcję, a boczni pomocnicy Wisły spóźniali się z powrotami, efektem kilka sytuacji, gdy Pogoń miała przewagę liczebną pod bramką Wisły. Należy skarcić szczególnie Ilieva, który w momencie straty piłki przez Wisłę, jest bardzo pasywny w kwestii krycia rywala.
 Spora przestrzeń między formacjami, to było wprost idealne rozwiązanie dla Ediego i Akahoshiego. Bardzo dobrze czuli się w tej strefie, a mając sporo czasu na podjęcie decyzji, potrafili zaskoczyć bardzo ciekawymi podaniami.Szczególnie zaskakujące jest jak wielką swobodą cieszył się ten pierwszy. W przeddzień meczu skończył on 38 lat, w związku z tym an pewno nie jest u szczytu sił fizycznych, ale zostawiony bez pressingu, potrafi zranić każdy zespół naszej ekstraklasy. Rozwiązaniem mogłoby być powierzenie roli „plastra” Wilkowi. Przeciwstawiony aktywnemu oporowi rywala miałby znacznie utrudnione rozwiązanie.
Odnośnie samej linii defensywnej Wisły rzucał się w oczy również brak zgrania między zawodnikami. Szwankowało przekazywanie krycia i komunikacja odnośnie podziału zadań. W wywiadzie przedmeczowym, pytany odnośnie błędów Wisły, Cezary Wilk opowiadał, „Jednym z elementów była nasza nie najlepsza gra taktyczna. Byliśmy rozrzuceni na całym boisku, nie tworzyliśmy monolitu, szczególnie w momentach straty piłki.” Było to bardzo trafne spostrzeżenie, jednak błąd został powtórzony i Wisłą była bardzo podatna na kontry. Rywale mieli mnóstwo miejsca i czasu na ich inicjowanie.

3. Słabe przejście Wisły z ataku do obrony

Wszyscy trenerzy coraz większe znaczenie przywiązują do etapów przejścia posiadania piłki do próby jej odzyskania i przeciwnej. Jest to tytularny „transfer pozytywny i negatywny„. W wykonaniu Wisły bardzo słabo wygląda szczególnie ten drugi. W momencie straty piłki rywale mają mnóstwo miejsca w środku pola, gdyż Probierz nie rozkazuję stosować podopiecznym ostrego pressingu, który mógłby przysłonić błędy w kryciu. Rywale mający jednak czas na zawiązanie ataku, cieszą się też sporym obszarem pomiędzy liniami obrony i pomocy. Pogoń wykorzystywała to, zagrywając piłkę do Djoussego, lub ktoregoś z pomocników znajdujących się tam, a w między czasie większa liczba rywali podłączała się do akcji. Jak wspominałem wcześniej, spóźniali się też boczni pomocnicy i szokujące jest, że znacznie więcej z gry na skrzydle, miał Frączczak, niż Melikson! Na załączonym wyżej obrazku, warto zwrócić uwagę na bierną postawę Meliksona i zaangażowanie Hricki, który chętnie podłączał się do akcji ofensywnych. We wspomnianym wywiadzie Wilk przyznaje również, „Chodzi mi o to, że źle wykonywaliśmy polecenia trenera, źle zachowywaliśmy się w momentach, kiedy trzeba było odebrać piłkę, zmienić ustawienie z gry ofensywnej na defensywną.

4. Gra ofensywna Pogoni

W całej tej litanii zarzutów względem Wisły nie wolno zapomnieć o pochwałach względem gospodarzy. Uogólniając grę ofensywną obu zespołów, obydwie drużyny miały z gry tyle samo. A w fazie defensywnej Portowcy byli nawet lepsi. Wyprowadzane ataki były szybkie, brała w nich udział spora liczba zawodników, większość ataków udawał im się wykańczać sensownymi strzałami. Na załączonym obrazku, jest co prawda równowaga, ale nie widać podłączającego się kolejnego zawodnika Pogoni, co stwarza sytuacje 7vs6 pod polem karnym Wisły. Goście większość ataków budowali piątką zawodników. Z rzadka podłączał się szósty, gdy Wilk wyczuł szansę na strzał z dystansu, lub któryś z bocznych obrońców przełamał się i wsparł akcję na skrzydle. Przez cały mecz, rajdy Fredriksena i Burligi mozna było policzyć łącznie na palcach dwóch rąk. Same ataki Wiślaków choć  z założenia miały być szybkie, o czym swego czasu mówił Iliev: „Obecnie panuje jednak nieco większa dyscyplina i kładzie się większy nacisk na taktykę. W ataku chcemy być dużo bardziej konkretni – zamiast przetrzymywać piłkę, chcemy grać ofensywnie i dochodzić do sytuacji strzeleckich.” Ciężko jednak o szybki, jeśli właściwie każdy zaczyna się od prowadzenia piłki. Niezależnie czy był to Iliev, Garguła, Melikson czy nawet Wilk. Zdecydowanie zwalniało to akcję drużyny.

PODSUMOWANIE
Pomimo, ze uwaga kibiców skupiła się na błędach arbitra, to nikt nie zauważa, że dotyczyły one jedynie fazy defensywnej, obie miały miejsce w polu karnym, i sytuacji w których Wiślacy zdecydowanie za łatwo dopuszczali rywala pod własną bramkę. W fazie ofensywnej, krakowianie byli niemal bezradni. Udało się zbudować kilka kapitalnych akcji, jednak to zdecydowanie za mało, jak na drużynę, która zapowiadała walkę o mistrzostwo. Najgorsze niestety, że świadomi swych błędów Wiślacy, po raz kolejny je powtarzają. Przykry jest też ogólny obraz meczu. Nie widać, aby gra w piłkę sprawiała tym zawodnikom radość. Co do gospodarzy, to należy ich pochwalić, za mądry plan taktyczny i mądre budowanie szybkich ataków. W drużynie trenera Skowronka podobać się mogło, że atakowali duża liczbą, każdy chcąc dać swojej drużynie przez cały czas trwania spotkania, niezależnie czy piłkę mieli sami, czy musieli o nią walczyć.

Reklama