Czarnogóra 2-2 Polska: chaos po bałkańsku

Eliminacje do mundialu w Brazylii rozpoczęliśmy z hukiem. Niestety, chodzi głównie o huk petard na stadionie w Podgoricy. Fajerwerków w grze nie uświadczyliśmy, po raz kolejny notując występ co najwyżej średni. Na całe szczęście właściwie to samo mogą o sobie powiedzieć nasi wczorajsi rywale.


Pro forma wspomnę, że na murawę wyszliśmy w ustawieniu 4-2-3-1, tym samym, które (z nielicznymi wyjątkami) stosujemy od kilkunastu przynajmniej miesięcy. W systemie gry nie zmieniło się praktycznie nic, za to spore przetasowania uwidoczniły się w personaliach. Kontuzjowanego Szczęsnego zastąpił Tytoń, zamiast Perquisa na środku obrony zagrał Glik, na lewej pomocy w pierwszym składzie wyszedł Grosicki, a na pozycję za plecami Lewandowskiego wrócił Obraniak. I to nazwiska miały tu największe znaczenie, bo ustalona taktyka szybko przemieniła się w „grę na chaos”, w dodatku z obydwu stron. Czarnogóra oscylowała między 4-4-2 a 4-3-3, ale również w jej grze próżno było szukać konsekwencji wybranego systemu. Choć wyćwiczonych elementów już tak, o co w przypadku naszej reprezentacji ciągle trudno.

Gole

Za pierwszą bramkę dla gospodarzy odpowiada cały blok defensywny naszej reprezentacji, środkowi pomocnicy i Obraniak. Żaden, absolutnie żaden z wymienionych piłkarzy nie pofatygował się, żeby podejść do któregoś z rywali. Ci spokojnie wymieniali piłkę w okolicach naszego pola karnego, aż w końcu Drinczić zdecydował się na strzał z dystansu. Puentą całej akcji może być radosny trucht Obraniaka w kierunku strzelca gola. Tak niestety wyglądała nasza obrona dość często – markowanie zaangażowania i strach przed pojedynkiem 1na1. Również przy trafieniu Vucinicia po rzucie rożnym nasza obrona popełniła zbiorowe morderstwo na elementarzu taktyki krycia – trzech naszych kryło dwójkę Czarnogórców na krótkim słupku, z kolei w środkowej części pola bramkowego gospodarze stworzyli sobie przewagę 3na2 i wystarczyło, że Wasilewskiego zablokował Savić, a jego partner z zespołu mógł spokojnie pokonać Tytonia. Tu z kolei w pamięć wbił się widok leżącego Glika, który dał się przepchnąć w polu karnym, co umożliwiło rywalom zdobycie przewagi. Ciężko stwierdzić, czy zawodnik Torino próbował wymusić faul, czy też powaliło go delikatne odepchnięcie. Oba rozwiązania w niczym mu winy nie ujmują.

O ile przy bramkach dla Czarnogóry w naszym zespole można było zarówno przyznać nagrodę dla bohatera zbiorowego, jak i „wyróżnić” konkretnych winowajców, o tyle gole strzelane przez biało-czerwonych brały się z błędów indywidualnych – faulu na Lewandowskim w polu karnym i błędnego krycia przy rzucie wolnym wykonywanym przez Obraniaka, kiedy to jeden z obrońców zbyt wcześnie wbiegł w pole karne, skutecznie uniemożliwiając złapanie naszych na spalonym (na co wyraźnie liczyli jego koledzy).

Pressing

Komentatorzy lubią powtarzać, że w drugiej połowie zawodnicy opadają z sił i robi się więcej miejsca na boisku. W tym meczu tego miejsca było sporo od samego początku, głównie za sprawą niezbyt udanego pressingu po obydwu stronach. Niespodziewanie to goście zaczęli w tym elemencie lepiej, stosując zmienny nacisk na rywala – aktywni w odbiorze, w jednej akcji podchodzili wysoko atakując trzema-czterema zawodnikami jeszcze na połowie gospodarzy, by w drugiej ustawić się już wyłącznie na swojej części boiska i spokojnie czekać. Czarnogórczycy korzystali głównie z tej drugiej opcji, byli mniej ruchliwi, ale nerwowość w naszej grze sprawiła, że samym ustawianiem się prokurowali niecelne podania po naszej stronie.

Ofensywa

Gospodarze wykorzystywali do maksimum swoje atuty fizyczne, opierając taktykę na wrzutkach w pole karne oraz stałych fragmentach gry. Dużo rzadziej próbowali składniej wymieniać piłkę przed polem karnym, choć bierność naszej drużyny momentami wręcz ich do tego zachęcała, jak przy bramce na 1-1.

Nasz pomysł na grę opierał się jak zwykle na próbach obsłużenia prostopadłym podaniem Roberta Lewandowskiego oraz dośrodkowaniach spod linii bocznej. O ile pierwszego elementu próbowaliśmy właściwie przez całe spotkanie, o tyle drugi pojawiał się głównie na samym jego początku. Wtedy graliśmy dość odważnie, a dośrodkowujący spod linii bocznej Błaszczykowski mógł próbować obsłużyć jednego z nawet czwórki partnerów znajdujących się w obrębie pola karnego. Niestety z biegiem czasu przestaliśmy w ten sposób grać, na co wpływ miało z pewnością ograniczenie aktywności przez Piszczka, który przestał włączać się do akcji zaczepnych.

Prawy do lewego

Tradycyjnie zawiodła lewa flanka. Zdecydowaną większość akcji próbowaliśmy konstruować prawą, zupełnie nie wykorzystując przeciwnej. Można zżymać się na Grosickiego, że nie pokazuje w kadrze pełni potencjału, ale warto przy tym przypomnieć, kogo ma za plecami. Jakub Wawrzyniak w reprezentacji to zupełnie inny zawodnik, niż Jakub Wawrzyniak w Legii, gdzie przynajmniej próbuje grać ofensywnie. W koszulce z orzełkiem wygląda na zagubionego i niepewnego siebie, wchodzi w niepotrzebny drybling, którego przeważnie nie potrafi wygrać. Jego gra 1na1 w ataku zupełnie nie przekonuje i jeśli akurat środek obrony prezentował się w miarę przyzwoicie, o tyle Wawrzyniak był najsłabszym punktem defensywy.

Z kolei bardzo słabo w ofensywie kolejny raz zagrał Lewandowski. Wywalczył rzut karny, ale później jego największą zasługą było to, że dał się znokautować rywalowi (czerwona kartka Pavićevicia). Roman Kołtoń może powtórzyć jeszcze dziesięć razy, że gracz Borussi jest w „super formie”, warto jednak zadać pytanie, jak ocenić napastnika, który w spotkaniu ze słabym przeciwnikiem marnuje dwie stuprocentowe sytuacje.

Wnioski i zażalenia

Reprezentacja Polski w dalszym ciągu nie ma charakteru. Po strzelonej bramce, zamiast dążyć do zdobycia kolejnej i przejęcia kontroli nad przebiegiem gry, cofa się głęboko, licząc sam nie wiem, na co – na litość przeciwnika? Mieliśmy w tym meczu krótki okres, w czasie którego przeprowadziliśmy parę składnych akcji, a poszczególne formacje grały blisko siebie i mogło się wydawać, że nad wszystkim panujemy. Zaraz potem zawodnicy się rozpełzli. Na zdobycie bramki obrońcy zareagowali cofnięciem do głębokiej defensywy i nie podchodzili wyżej nawet wówczas, gdy jeszcze od czasu do czasu pomocnicy próbowali pressować. W efekcie między obiema liniami robiła się zacnych rozmiarów dziura, a pressing dawało się minąć jednym podaniem.

Mimo wszystko pokazaliśmy się z lepszej strony, niż z Estonią, z kolei Czarnogóra zagrała na poziomie właśnie naszych poprzednich przeciwników. Przedmeczowe straszenie nazwiskami Vucinicia czy Joveticia okazało się na wyrost, przed trenerem Branko Brnoviciem jeszcze daleka droga, bo we wczorajszym spotkaniu jego podopieczni zagrali równie chaotycznie, co my, a potencjał mają w tej chwili większy.

Zarówno Polacy, jak i Czarnogórcy mogą narzekać, że stracili dwa punkty w meczu ze słabym rywalem. Największym wygranym wydaje się w tej chwili Waldemar Fornalik – uniknął blamażu, na który się zanosiło, ale na razie jeszcze nie był w stanie pokazać własnej wizji tej reprezentacji. Paradoksalnie jego największym atutem był fakt, że po dwóch latach przerwy wreszcie rozgrywaliśmy mecz eliminacyjny. Atmosfera gry o punkty udzieliła się piłkarzom – szkoda, że wystarczyło im to do zaledwie kilkunastu minut dobrej gry. Jednak siła naszej reprezentacji każe patrzeć na wynik może nie z uznaniem, ale też bez większej odrazy. A dobrym prognostykiem niech będzie to, że w pierwszej potyczce eliminacyjnej strzeliliśmy tyle samo bramek, co we wszystkich naszych występach na ostatnim EURO.

Śledź autora na twitterze: @daniel__eM

Reklama