Wisła Kraków 2-1 GKS Bełchatów: nawiązując do klasyków

Do pierwszego meczu nowego sezonu obie drużyny przystępowały w zupełnie różnych nastrojach. Gospodarze z wiarą w może nawet wygranie ligi, goście – z obawą o utrzymanie. Początkowe chwile spotkania zupełnie tego nie pokazały. Oba zespoły zagrały przyjemną dla kibicowskiego oka, otwartą piłkę. Po ośmiu minutach widzowie zobaczyli już 2 bramki, rzut karny i strzał w poprzeczkę. Przez chwilę poczułem się, jakbym oglądał mecz zupełnie innej ligi. Takiej, w której piłkarzom zależy nie tylko na wyniku, ale chcą jeszcze zaznać radości z gry i tą radością podzielić się z publiką. Bajka nie potrwała zbyt długo, ale wystarczyła, by przypomnieć sobie Wisłę sprzed, bagatela, dziesięciu lat. Do tego zespołu, prowadzonego przez Henryka Kasperczaka, nawiązał dziś Michał Probierz, proponując dawno w Krakowie niewidziane ustawienie 4-4-2. I, jeśli rozliczać go z wyniku, nie zawiódł. Jeśli zaś spojrzeć na grę – on i jego drużyna mają jeszcze dużo do poprawienia.


Z zawodników grających w Wiśle A.D. 2002 w pierwszym składzie wybiegła dziś na boisko dwójka, tym razem jednak Arkadiusz Głowacki i Kamil Kosowski stanęli naprzeciwko siebie. Żaden z nich nie został jednak bohaterem meczu. Pierwszemu nie pozwolili na to rywale, przez większą część meczu pasywni w ofensywie. Z kolei Kosowski jeszcze w pierwszej połowie doznał kontuzji i został zmieniony.

O narzuconym przez Probierza ustawieniu dekadę temu powiedzielibyśmy: typowe. Dwójka napastników, w tym jeden cofający się i pomagający w rozegraniu, dwaj środkowi pomocnicy, w tym rozgrywający (Garguła) i defensywny (Wilk), dwaj skrzydłowi (Iliev, Melikson), plus formacja obronna złożona znów z dwójek: środkowych obrońców bez zadań ofensywnych oraz bocznych, próbujących podłączać się do akcji zaczepnych. Dobór piłkarzy do tego systemu był podobny do tego, jaki stosował Kasperczak – piątka zawodników defensywnych (obrona + Wilk), piątka ofensywnych. Jednak to, co w 2002 nie zaskakiwało, w 2012 musi szokować. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę niesamowicie ofensywną grę skrzydłowych. Iliev z Meliksonem bardzo często nawet nie tyle wchodzili w linię ataku, co… już w tej linii byli. W ofensywnie Wisła grała więc często w ustawieniu 4-2-4. Trudno powiedzieć, czy wynikało to z niższej klasy przeciwnika, ale jeśli nie i Probierz nie zmieni swojej filozofii gry, to w meczach z silniejszymi rywalami Głowacki, Bunoza i asekurujący ich Wilk mogą okazać się niewystarczający przy ewentualnych kontrach. Dość powiedzieć, że poprzedni tak odważnie ofensywny projekt w naszej ekstraklasie to ostatni sezon pracy Bakero w Lechu Poznań. Kluczowym słowem jest tu „ostatni”.

Kamil Kiereś zaproponował system 4-1-4-1 ze stosunkowo płynną drugą linią. W ataku goście ustawiali się również w 4-2-3-1 i 4-3-2-1. Wysuniętym napastnikiem był Buzała, ale dostawał solidne wsparcie od Bożoka, również skrzydłowym zdarzało się wbiegać w pole karne. Przez pierwsze kwadranse obu połów Bełchatów grał naprawdę ofensywny futbol, konstruując ataki z udziałem pięciu, sześciu piłkarzy. Kiedy dośrodkowywał boczny pomocnik, w polu karnym obecny był nie tylko napastnik, ale też wspomniany Bozok i drugi skrzydłowy bądź pomocnik. Ponieważ o nowym, ultraofensywnym ustawieniu Probierza było głośno już od paru tygodni, prawdopodobnie szkoleniowiec gości uznał, że zamiast czekać na huraganowe ataki piłkarzy o ogromnym jak na naszą ligę potencjale, sam spróbuje ugryźć rywala, który może jeszcze nie do końca opanował nową taktykę. Takie podejście się sprawdziło – już w 1. minucie GKS wywalczył rzut rożny, a niezbyt silne uderzenie Szmatiuka okazało się śmiertelnie niebezpieczne w momencie, gdy Łukasz Garguła postanowił zachować się jak rasowy napastnik i przeszkodzić bramkarzowi w obronie. Niestety szybko zorientował się, że był to jego własny bramkarz.

Kilka minut później z wolnego miejsca w środku pola skorzystał jeszcze Tomasz Wróbel i sprzed pola karnego strzelił w poprzeczkę. Tymczasem Wiślacy nie przeprowadzili jeszcze żadnej akcji ofensywnej. Stało się jasne, że muszą przesunąć grę do przodu. Jeśli nie z chęci wyrównania, to przynajmniej z obawy o utratę kolejnych bramek.

Jak na treningu

Przesunięcie gry do przodu szybko przyniosło efekt – Iliev zakręcił obrońcami w polu karnym i wywalczył „jedenastkę”. To, co działo się na boisku do końca pierwszej połowy, można porównać do gierki treningowej, w której jeden zespół (Wisła) ćwiczy konstruowanie akcji, zaś drugi (Bełchatów) otrzymuje polecenie wyłącznie przeszkadzania. Gospodarze chętnie rozgrywali piłkę w bocznych sektorach boiska, wciągając tam po kilku bełchatowian. Zdarzały się sytuacje, w których na skrzydle grało przeciwko sobie po czterech zawodników obu zespołów, a w polu karnym tworzyła się sytuacja 3 na 2 – co prawda wciąż z przewagą GKS-u, ale jak na tak wrażliwy obszar boiska, naprawdę minimalną. Duża liczba zaangażowanych w ofensywę Wiślaków powodowała, że przeciwnicy mieli problemy z asekuracją i musieli uciekać się do fauli, czego efektem były: rzut karny, niepodyktowany rzut karny (niesłusznie, Iliev znowu został podcięty), kilka rzutów wolnych blisko pola karnego. Po jednym z nich do siatki trafił Genkow, a samo rozegranie powinno trafić do podręczników taktyki. Z 27 metrów od bramki Stachowiaka piłkę dorzucał Melikson, na 9. metrze dopadł do niej Genkow i nie dał szans bramkarzowi. Genkowa powinien zablokować jeden z obrońców, konkretnie Wilusz, który miał najbliżej, ale zostal prefekcyjnie zablokowany przez Bunozę.

Choć wszystkie bramki padły po stałych fragmentach gry, dla oceny gry Wisły największe znaczenie miało to, co działo się poza nimi. Podopieczni Probierza zdali egzamin z wyniku, ale nie zdali egzaminu taktycznego. Świetnie wykonany rzut wolny w doliczonym czasie to jedna rzecz, inną jest postawa drużyny w pozostałej części meczu. Gospodarze często próbowali małej gry, ale widać, że jeszcze nie do końca jest na nią pomysł. Sporo zastrzeżeń można mieć do bocznych obrońców – Frederiksen z Jaliensem praktycznie nie przeprowadzali rajdów, najwyżej poprawnie wymieniali podania z partnerami, a ich główną zaletą okazało się wyciąganie do boków piłkarzy środka pola. Ofensywnie grająca Wisła była łatwa do skontrowania, jednak Bełchatów w obu połowach miał na to siłę i ochotę ledwie przez kwadrans. Potem cofał się do obrony, pressując jedynie na swojej stronie boiska. Co przez znakomitą część spotkania skutecznie utrudniało grę gospodarzom – ci nie mogli się rozpędzić, a do ciągłego grania wrzutek nie bardzo mają napastników.

Ligowa inauguracja musiała wprawić w konsternację fanów obu drużyn. GKS wygląda na zespół nieprzygotowany fizycznie, a jeśli dodać do tego przetrzebiony latem skład, otrzymamy dość poważnego kandydata do spadku. Dziś wyróżnili się skrzydłowi – Kosowski i jego zmiennik Mak, ale poza nimi nie widać potencjalnych motorów napędowych. Trener Kiereś musi zrobić wszystko, by jego podopiecznym nie brakowało sił do walki przez pełne 90 minut, bo wygląda na to, że w tym sezonie będą oni się musieli opierać głównie na walce. A już za chwilę czekają ich mecze z Legią, Widzewem i Lechem.

Przeskoczyć o 10 lat

Fani Wisły pozornie nie mają podstaw do narzekań – dopisują swojej drużynie trzy punkty i czekają na kolejny mecz. Na szczęście terminarz jest dla krakowian nader łaskawy i nowe ustawienie będą mogli jeszcze poćwiczyć w spotkaniach z Podbeskidziem, Polonią, Pogonią, Lechią oraz Piastem. Pierwszy poważny test czeka ich dopiero w siódmej kolejce, z Legią na wyjeździe. Do tego czasu powinniśmy już poznać odpowiedź na pytanie, czy Probierz ma w zanadrzu nieco bardziej defensywny wariant taktyczny i z roku 2002 przeskoczy do 2012. Jeśli nie, już teraz możemy szykować się na grad goli przy Łazienkowskiej.

Śledź autora na twitterze: @daniel__eM

Reklama