Portugalia – Czechy 1-0: drugiej Grecji nie będzie

W trakcie całego spotkania jedynym pomysłem Czechów było wyczekiwanie na końcowy gwizdek i triumf w karnych. Wszak potrafią je oni egzekwować jak mało kto w Europie. Defensywa jednak nie była na tyle szczelna jak grecka sprzed ośmiu lat, zaś prób przedarcia się pod bramkę rywala na tyle niewiele, że oczekiwanie na cud przerodziło się w oczekiwanie na egzekucję. A ta w końcu nastąpiła.


Czesi rozpoczęli z asekuranckim 4-2-3-1. Huebschman i Plasil mieli za zadanie zabezpieczać defensywę, co niewiele rzadziej robili skrzydłowi, ustawiając się w obronie w linii z dwójką defensywnych pomocników. Niewiele wyżej operował Darida. Jedynym wysuniętym (choć bardziej pasuje określenie „błąkającym się”) z przodu był Baros.

Portugalczycy postawili na 4-3-3 z często schodzącymi do środka skrzydłami w osobach Naniego i Ronaldo. Tym zejściom nie za specjalnie towarzyszyło obieganie przez bocznych obrońców, przez co przez większość spotkania Czesi byli w stanie umiejętnie podwajać i potrajać krycie. Gebre Selasie bardzo rzadko przekraczał linię środkową boiska, znacznie częściej natomiast zbiegał do środka, tak, aby nie pozostawić Ronaldo bez opieki. Zostawiało to ogromną lukę na prawej stronie Czechów, jednak Coentrao wykorzystywał ją tylko połowicznie.

Drugim istotnym elementem była stała asekuracja portugalskiego lewoskrzydłowego przez Huebschmana. Czeski neutralizator przez większość spotkania radził sobie z tym zadaniem poprawnie, sporo dorzucając od siebie w innych sektorach boiska. Bardzo dobrze się ustawiał, notując kilka ważnych przechwytów. Nieźle wyglądała też jego współpraca z Plasilem. Nie jest przypadkiem, że największe zagrożenie Ronaldo stwarzał sobie, kiedy przechodził bardziej na prawą flankę.

Plasil, mimo dobrej gry, nie był już tak skuteczny w asekuracji jak Huebschman. Dodatkowo zejścia Ronaldo na drugą stronę to niekoniecznie przykład gry przy użyciu „inverted wingers”. Na tej samej flance potrafili się znaleźć i Ronaldo i Nani, co mimo dobrej gry Limbersky’ego i bardzo dużej pracy w defensywie Pilara, musiało stanowić zagrożenie.

O ile jednak gra skrzydłami się jeszcze jakoś u Portugalczyków kleiła, tak bardzo źle wyglądało rozegranie piłki przez środek i wolniejszy atak pozycyjny. Przy szybkim rozrzuceniu piłki na skrzydło, jeden z defensywnych pomocników Czechów zbiegał na flankę, co tworzyło więcej wolnej przestrzeni w środku. Portugalczycy szli jednak w zaparte i grali niemal do upadłego skrzydłami, zamiast spróbować szybko wrócić z piłką w środkową strefę i tam szukać rozegrania. Dziury w środku starał się wprawdzie łatać Darida, a po jego zejściu Jiracek, ale i piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego nie robili przy ofensywnych wejściach środkiem wszystkiego, co się dało. Mogący zapewnić przewagę Veloso rzadko zapuszczał się pod pole karne Czechów, skupiając się na asekuracji. Pytanie tylko asekuracji czego…

Czesi mieli ogromne problemy ze stworzeniem sobie jakichkolwiek sytuacji. Nie oddali celnego strzału na bramkę, najlepsze ich akcje to indywidualne szarże Jiracka i Plasila. Michal Bilek szukając zmian przesunął do środka pierwszego z nich i wpuścił Rezeka za Daridę. Przyniosło to bardziej korzyści w defensywie, gdyż Jiracek dodatkowo zapewniał wsparcie w środkowej strefie boiska, ale na siłę ognia w żadnym wypadku się nie przełożyło.

Nasi południowi sąsiedzi bronili się dość chaotycznie, jednak Portugalczycy nie za bardzo byli w stanie wykorzystać błędy w kryciu. Lwia ich część dotyczyła jego nieprzekazywania po zejściu zawodnika z jego nominalnej pozycji. Mnóstwo było sytuacji, kiedy Limbersky czy Gebre Selasie znajdowali się bliżej centrum boiska niż stoperzy, bo zapędzili się trochę za bardzo w pogoni za rywalem. Była to jednak na swój sposób słuszna taktyka, gdyż w odpowiedzi na ten błąd, błędnie z kolei zareagowali Portugalczycy, nie wykorzystując wolnych sektorów boiska. Jak na ironię zaś zwycięski gol padł po tym, jak Gebre Selasie spóźnił się z upilnowaniem schodzącego Ronaldo.

Portugalczycy nie zaprezentowali w tym spotkaniu niczego, co mogłoby pozwolić przypuszczać, że uda im się w tym turnieju zatriumfować. Inna sprawa, że mieli przed sobą zdecydowanie najsłabszego dotychczas przeciwnika i nie musieli się wznosić na wyżyny własnych umiejętności. Takie cuda jak triumf Greków w 2004 nie będą się powtarzać zbyt często, a tu ten gol prędzej czy później paść musiał. Czesi w kiepskim stylu żegnają się z turniejem, a dla nas jest to tym bardziej smutne, że w momencie, kiedy okazało się, że z nami wygrać, zrobili to bez większego wysiłku.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama