Polska 1-1 Grecja: zmiana w przerwie kluczowa

Inauguracja najważniejszej piłkarskiej imprezy okazała się obfitującym w zdarzenia spotkaniem, a Polakom do pełni szczęścia zabrakło tylko zwycięskiego gola w ostatnich minutach. Mecz był bardzo ciekawy, ale raczej nie ze względu na jakość gry, która była dyskusyjna, lecz na dramaturgię i znaczące zwroty akcji.


Polacy rozpoczęli w doskonale znanym ustawieniu 4-2-3-1, z naciskiem na przeprowadzanie akcji ofensywnych prawą stroną, z Obraniakiem jako rozgrywającym, który jednak najczęściej schodzi do skrzydeł i wspomaga bocznych pomocników w grze kombinacyjnej lub szuka dośrodkowania lewą nogą.

Grecy zostali ustawieni w dość wąskim 4-3-3, które w defensywie zdecydowanie zmieniało się w 4-5-1. Po prawej stronie ataku zagrał dynamiczny Ninis, który jest jednak przede wszystkim pomocnikiem. Grę miał prowadzić przede wszystkim Karagounis, ale w planie było też sporo długich podań kierowanych na Samarasa.

Pierwsza połowa

Szybko można było się przekonać, że siła naszej prawej strony jest ogromna. Dwójkowe akcje dortmundzkiej pary siały spustoszenie w szeregach Greków praktycznie wyłączając z gry ofensywnej Cholevasa i zmuszając Samarasa do ustawiania się bardzo głęboko. To powodowało, że w środku pola Grecy mogli powymieniać z łatwością sporo krótkich podań, z których jednak nic nie wynikało, nie mówiąc już o tym, że raczej nie wykazywali ochoty do gry kombinacyjnej. Ich obrona też nie spisywała się najlepiej i Polska stworzyła sobie kilka sytuacji, z których jedną wykorzystał Lewandowski, po świetnej centrze Błaszczykowskiego, któremu wcześniej podawał Obraniak. Skuteczność nie była jednak mocnym atutem polskiego zespołu – z 17 strzałów (w całym meczu) aż 10 było niecelnych, a 4 zostały zablokowane. Samaras kilkukrotnie zdołał w znakomitym stylu utrzymać się przy piłce, ale zagrożenia z tego nie było. Natomiast nieco śmielsze w późniejszej fazie ataki Torosidisa z Ninisem spowodowały nieco zamieszania po lewej stronie Polaków. Trzeba jednak przyznać, że Boenisch sam utrudnił sobie życie dwukrotnie podając do przeciwnika w prostej sytuacji. Co prawda z biegiem czasu okrzepł, ale Grecy dostrzegli braki w polskim zespole po tej stronie boiska i zaczęli odważniej zagrywać piłki na prawą stronę. Rybus i Murawski przyzwoicie asekurowali Boenischa, ale tylko do przerwy. Po (bardzo kontrowersyjnej, ale od początku meczu dało się zauważyć, że arbiter sędziuje po aptekarsku) czerwonej kartce dla Papastathopoulosa wydawało się, że Polacy mają mecz pod kontrolą.

Druga połowa

Wejście Salpingidisa od razu po przerwie okazało się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze dlatego, że świeży zawodnik pojawił się w strefie, gdzie Polacy bronią najsłabiej, po drugie dlatego, że Salpingidis jest innym piłkarzem niż Ninis – bardziej bezpośrednim, nie szukającym tak dryblingu, za to z ciągiem na bramkę. Po jego wejściu Karagounis mógł posyłać diagonalne podania ze swojej strefy do Salpingidisa, który ciągle próbował wbiegać za plecy Boenischowi i Perquisowi. Polacy po przerwie byli bardzo statyczni i ciężko szukać tu usprawiedliwień; jeśli Smuda polecił im grać spokojnie i przyjmować Greków na własnej połowie, to przesadził z asekuracją. Polacy zapewne obawiali nadziać się na kontrę, być może słusznie, ale jednak zapłacili za pasywność. Tym bardziej, że Grecy nadal atakowali swoją prawą stroną, a gol padł po wyciągnięciu Boenischa i Perquisa z ich strefy. Rybus nie nadążył za Torosidisem, Gekas ściągnął Wasilewskiego na bliższy słupek, a Salpingidis wszedł w pole karne. Piłka odbiła się od Gekasa (fakt, że dość pechowo dla naszego zespołu) i pozostało jedynie strzelić do pustej bramki. Dodajmy, że Grecy oddali w całym spotkaniu 2 celne strzały (ten drugi po rzucie karnym). Kompletny brak reakcji ze strony piłkarzy i polskiego sztabu zaowocował rzutem karnym, gdy Boenisch złamał linię, a Szczęsny próbował ratować sytuację i sfaulował znakomitego Salpingidisa. Istotna też wydaje się zmiana pozycji Samarasa oraz wejście Fortounisa. W drugiej połowie Samaras w obronie podążał za Piszczkiem (ale ten nie atakował już tak odważnie), natomiast w ataku częściej schodził do środka i odbierał od partnerów górne podania, a następnie szybko oddawał piłkę. Tuż przed karnym za Gekasa wszedł Fortounis, który zastąpił Samarasa na lewej pomocy, natomiast wysoki Grek przesunął się na szpicę, co tylko zwiększyło chęć Greków do posyłania do niego długich podań. Po tego typu zagraniu Salpingidis wywalczył rzut karny. Pozostaje jednak pytanie mało związane z taktyką – obroniony rzut karny to zawsze gwałtowny wzrost morale, szansa na odbicie się od dna. Jak zareagował na to polski zespół? Nijak. Wygrała obawa o utratę kolejnej bramki i do końca meczu oglądaliśmy dość kiepskie widowisko, którego raczej nie warto analizować. Były jedynie zrywy pojedynczych zawodników, podczas gdy lekko podłamani Grecy wzięli się jednak w garść i nie pozwolili już Polakom na stworzenie poważnego zagrożenia.

Podsumowanie

Otwarcie mistrzostw nie mogło nastąpić w ciekawszy sposób. Dominacja gospodarzy, piękne akcje, czerwona kartka, w drugiej połowie zamiana ról, wyrównanie, czerwona kartka dla bramkarza i obroniony rzut karny (ponoć pierwszy rzut karny w historii Euro obroniony przez bramkarza wchodzącego z ławki!). Jeśli chodzi o taktykę, łatwiej wypatrzyć w tym meczu braki obu zespołów niż jakieś nowinki lub zmyślne zagrania. Jedno nie ulega jednak wątpliwości – Santos doskonale prowadził drużynę i zareagował na stratę bramki w najlepszy możliwy sposób (choć, przyznajmy, bramka była dość przypadkowa i zmiana mogła się okazać nie tak udana), Grecy zmienili sposób gry i osiągnęli swój cel, a mogli mieć nawet wynik ponad stan. Połowy były tak różne, że ciężko też ocenić piłkarzy. Niemniej braki obydwu drużyn zdiagnozowane już przed turniejem widać było w tym meczu jak na dłoni. Niestety dla nas, okazuje się, że do naszych problemów chyba trzeba będzie też zaliczyć reakcje trenera, których, nomen omen, zabrakło.

Reklama