Holandia 0-1 Dania: panta rhei

Przed pierwszą kolejką w grupie B mogło się wydawać, że dostarczycielem punktów będzie Dania, a w związku z tym najkorzystniejszy terminarz mają Holendrzy, mierzący się ze Skandynawami najwcześniej. Końcowy wynik zmiótł te oczekiwania z siłą huraganu. Ale wygrana Duńczyków, choć pewnie dla wielu sensacyjna, nie była dla ich przeciwników krzywdząca.

Pierwsza połowa


Holendrzy rozpoczęli tak, jak mają w zwyczaju za panowania van Marwijka – w ustawieniu 4-2-3-1, z bardzo wysoko wchodzącymi bocznymi obrońcami. Charakterystyczna była sytuacja z 3 minuty, kiedy rozegrali oni między sobą pierwszą groźną akcję. Z prawej strony pola karnego na lewą podawał van der Wiel, a nadbiegający Willems huknął z 25 metrów. Oranjes imponowali płynnością gry, osiągniętą podaniami z pierwszej piłki oraz wymiennością pozycji. Willemsowi zdarzyło się grać jako najbardziej wysuniętemu piłkarzowi (jemu, nominalnemu lewemu obrońcy!), a poszczególni zawodnicy wymieniali się pozycjami zarówno wszerz (Afellay i Robben), jak i wzdłuż boiska (Van Persie i Sneijder).

Duńczycy odpowiedziała ustawieniem identycznym, ale z inaczej rozpisanymi rolami. Na samym początku spotkania próbowali zagęścić środek, w efekcie czego na 20-30 metrach znajdowała się znakomita większość pikarzy. Taka gra była jednak nie do utrzymania przeciw mobilnym Holendrom, którzy jednym prostopadłym podaniem mogli takie nierównomierne zgrupowanie sił rozerwać. Podopieczni Olsena szybko znaleźli na to lekarstwo – przez większość meczu prezentowali niezwykle ciekawy pressing. Brali w nim udział pomocnicy i napastnik, natomiast formacja obronna pozostawała cofnięta. Dania przechodziła wówczas na system 4-1-4-1 lub 4-4-1-1, tworząc dwie wyraźne linie zasieków – pierwszą, złożoną z zawodników bardziej ofensywnych, ruchliwą i atakującą dość wysoko, a także drugą – pilnującą własnego pola karnego. Miała być to recepta na broń firmową Holendrów, czyli lobujące linię obrony prostopadłe bądź krzyżowe podania. I w tym zakresie się sprawdziła, choć w trakcie spotkania pojawił się jeszcze jeden problem. Boczni obrońcy Danii wysoko podchodzili do skrzydłowych rywala, przez co obrona grała szeroko i robiła tym samym miejsce dla prostopadłych zagrań po ziemi. Na to już Olsen lekarstwa nie znalazł. Nie musiał – wyręczyli go wyjątkowo nieskuteczni przeciwnicy.

W ofensywie Duńczycy prezentowali się momentami jak kopia Holandii. Oczywiście niemal nie angażowali w ofensywę obrońców, ale mogli zaimponować płynnością i wymiennością pozycji. Gdy Bendtner schodził do boku, by wespół ze skrzydłowym stworzyć przewagę, na opuszczoną przez niego pozycję wchodziło dwóch napastników. Po przeciwnej stronie to samo robili van Persie ze Sneijderem. Jednak o ile Oranjes zdobywali przewagę grą z pierwszej piłki, o tyle gracze Olsena stawiali w ataku na zagęszczanie pewnych obszarów boiska. Co zresztą zrozumiałe – przy cofniętej linii obrony nie mogli pokusić się o opanowanie większej przestrzeni.

Bramka

Esencję duńskiej taktyki stanowiła akcja bramkowa. W akcję zaczepną początkowo zaangażowanych było 5 graczy, potem już tylko 4. Holendrzy bronili szóstką. Sytuacja sprawiała więc wrażenie w miarę komfortowej. Mimo to go padł. Duńczycy najpierw umiejętnie ściągnęli w okolice linii bocznej trzech rywali (screen 1), by po chwili – dzięki ofensywnemu wejściu pomocników – stworzyć w polu karnym sytuację trzech na trzech (screen 2).

Druga połowa

Na początku tej części meczu Duńczycy zdecydowanie cofnęli się, robiąc dużo miejsca wchodzącym z głębi pola van Bommelowi i Afellayowi. Jednak również ta odsłona przyniosła szybkie otrzeźwienie podopiecznych Olsena, którzy doskonale zorganizowali swoją obronę, stosując zrożnicowany pressing i nie oddając zbyt szybko piłki, kiedy już udało im się wejść w jej posiadanie. Pomocnicy, wspomagani linią, defensywy inteligentnie zwalniali grę, wymieniając całkiem sporą jak na takiego rywala liczbę podań w strefie środkowej, w efekcie ustępując w tym elemencie gry stosunkiem 408 do 517. Przewaga wyraźna, ale nie przytłaczająca.

Zmiany

Bycie w „grupie śmierci” zobowiązuje. Dwadzieścia minut przed końcem spotkania van Marvijk zaryzykował podwójną zmianę. Za słabnącego Afellaya wszedł Huntelaar, a van der Vaart zastąpił De Jonga. Zmiana piłkarzy pociągnęła za sobą zmianę ustawienia – od tego momentu najbardziej wysuniętym zawodnikiem był napastnik Schalke, za nim operował as Arsenalu, zwolnione przez Afellaya miejsce na skrzydle zajął Sneijder, z kolei jego pozycja przypadła rozgrywającemu Tottenhamu. Jedynym defensywnym pomocnikiem pozostał van Bommel. Przetasowań było więc multum i to okazało się dla Holendrów zabójcze. Zaczęli grać niezwykle chaotycznie, a kiedy van Marvijk wpuścił jeszcze Kuyta za słabego w obronie i jeszcze gorszego w ataku van der Wiela, cały pomysł Oranjes na ofensywę zaczął sprowadzać się do wysokich piłek w pole karne, przeważnie adresowanych do Van Persiego. A ich ustawienie można już było zapisać jako 2-1-4-2, chociaż lepiej byłoby chyba po prostu powiedzieć „na wariata”.

Sneijder i Robben

Po tym meczu prawdopodobnie znowu będzie się mówić o egoizmie boiskowym Robbena. Pomocnik Bayernu skończył zawody z fatalną statystyką strzałów celnych – tylko jeden na aż sześć prób. Tyle, że do pewnego momentu grał bardzo zespołowo. Pięć razy dośrodkowywał i tyle samo razy zagrywał kluczowe piłki, co – zwłaszcza w tym drugim przypadku – stanowi naprawdę dobry wynik. Problemem Robbena byli jego partnerzy, przede wszystkim seryjnie marnujący okazje van Persie. Im gorzej szło partnerom, tym częściej Robben – widząc ich nieporadność – brał na siebie odpowiedzialność.

Jednak w obu wspomnianych statystykach o klasę lepszy był tego dnia Sneijder. Rozgrywający Interu dośrodkowywał 14 razy i posłał aż 10 kluczowych piłek. W pamięć zapadło zwłaszcza jego zagranie z 75 minut, kiedy zdobył się na kilkudziesięciometrowe, prostopadłe podanie na wbiegającego Huntelaara. Ten jednak idealne dogranie zmarnował.

Trenerzy

O wyższości Olsena w tym meczu świadczy, oprócz wyniku, znalezienie i wykorzystanie słabych stron przeciwnika. Jak niedawno w tym miejscu pisałem, Holandia traci bardzo dużo bramek po akcji skrzydłami. I właśnie na grę bocznymi korytarzami postawili Duńczyczy, omijając tym samym solidnych De Jonga i van Bommela. Zresztą defensywni pomocnicy obu drużyn nie wykazali się zbyt dużą liczbą przechwytów – Duńczycy atakowali rzadko i przeważnie bokami, a Holendrzy tracili raczej na własne życzenie, wykańczając akcję niecelnym strzałem.

Van Marvijkowi, choć wypowiem truizm straszny, zabrakło przede wszystkim szczęścia. Jego zawodnicy oddali 32 strzały, z których tylko 5 trafiło w światło bramki. Sam van Persie mógł zaliczyć przynajmniej hatt-tricka, świetną okazję miał Huntelaar, Robben trafił w słupek po złym wybiciu Andersena. Ale poza szczęściem Holandii brakowało też przećwiczonego rezerwowego schematu gry. Zmiana ustawienia zupełnie rozsypała ten zespół i nie dziwi, że nawet wobec faktu rozgrywania kolejnych spotkań z Niemcami i Portugalczykami, przegrywając z Duńczykami przeprowadził roszady dopiero po 70. minucie (na marginesie warto dodać, że stawia to brak zmian Smudy w meczu z Grekami w nieco innym świetle).

Końcowy rezultat, wobec porażki Portugalczyków, zapowiada w tej grupie jeszcze większe emocje. Holendrzy zagrają z Niemcami pod ogromną presją, z podobną do meczu z Danią przystąpi Portugalia. Zapowiadają się fantastyczne widowiska, a jeśli wczorajszym przegranym uda się w następnej kolejce odrobić straty, trzecia runda rozgrywek grupowych przyniesie emocje godne fazy pucharowej. Czy w efekcie Holandia znajdzie się za burtą EURO? Niewykluczone – wszystko płynie, może popłyną też Oranjes.

Śledź autora na twitterze: @daniel__eM

Reklama