Czechy 1-0 Polska: kontratak rozstrzyga dość wyrównany mecz. Dodatek: krótka analiza posunięć selekcjonera.

Po dosyć wyrównanym meczu Polacy przegrali z Czechami 0:1. Jedyną bramkę zdobył Petr Jiráček po szybkim kontrataku przeprowadzonym środkiem boiska. Ponownie byliśmy świadkami spotkania złożonego z dwóch diametralnie różnych połów.


Obydwa zespoły przystąpiły do meczu w niemal tych samych składach, co poprzednio, z jedną różnicą – w czeskim zespole Rosický’ego zastąpił Daniel Kolář.

Sytuacje podbramkowe

Gdy Franciszek Smuda ogłosił, że w meczu z Czechami zagra dokładnie takim samym ustawieniem jak z Rosją, pojawiły się głosy zdziwienia. Wydawało się, że tak defensywna formacja nie może pomóc nam wygrać tego meczu. Pierwsza połowa zdawała się jednak nie potwierdzać tych opinii – stworzyliśmy sobie kilka bardzo dobrych sytuacji. Raz minimalnie z rzutu wolnego przestrzelił Obraniak, później z pola karnego tuż obok słupka uderzył Lewandowski. Później były jeszcze niezłe uderzenie Polanskiego i zablokowany strzał Murawskiego. Prawą stroną kilkukrotnie szarżował Błaszczykowski, którego Czesi dość często powstrzymywali faulami. Mimo to, i trzeba to podkreślić, Polacy nie mieli kontroli nad meczem. Zespołowi Smudy zabrakło trochę szczęścia, ale większość zagrożenia pod czeską bramką stwarzaliśmy po stałych fragmentach gry, szarżach Błaszczykowskiego lub – z rzadka – po kombinacjach z udziałem Lewandowskiego, Obraniaka i najczęściej Polanskiego. Żaden ze strzałów nie trafił jednak do bramki (a mieliśmy ich 15, w tym 6 celnych). Co prawda Czesi mieli na początku meczu świetną okazję, ale potem głównie się bronili. I to mądrze, a zarazem szczęśliwie. W paru momentach również zagrażali naszej bramce, ale nie były to stuprocentowe sytuacje. Podobnie było z naszymi – chyba tylko strzał Lewandowskiego można uznać za taką.

Kontrola meczu

Pomimo dość dobrych ataków Polaków, przez całą pierwszą połowę można raczej było odnieść wrażenie, że to Czesi dają się Polakom wyszumieć, ale zachowują kontrolę nad przebiegiem gry. Z pewnością kilku strzałów woleliby uniknąć, ale nigdy nie byli w ostatniej chwili ratowani przez bramkarza, obrońcę lub słupek. Natomiast w drugiej połowie to wrażenie tylko się nasiliło. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że po przerwie Polacy zaczęli atakować odważniej, do tego w 56. minucie na boisku pojawił się Grosicki (za Polanskiego) przechodząc na lewe skrzydło i przesuwając Obraniaka do środka. Grać odważniej nie znaczy jednak grać lepiej. Nietrudno było zauważyć pewien brak logiki – na boisku pojawiało się powoli coraz więcej zawodników preferujących bezpośredni, prosty futbol (a na początku meczu też nie było ich znacznie więcej), ale cały zespół nadal próbował dużo grać piłką i powoli rozgrywać akcje od tyłu. Chwilę przed golem Obraniak wycofał piłkę niecelnie i poszła kontra, ale zdążyliśmy jeszcze wrócić. Gdy piłkę stracił Murawski, za nim byli tylko Wasilewski i Perquis. Wstawianie Pawła Brożka bez jednoczesnej zmiany sposobu gry też nie było mądrą decyzją, biorąc pod uwagę, że to Czesi cały czas kontrolowali mecz. Należy też dodać, że Piszczek został niemal wyłączony z gry ofensywnej przez Pilařa, który wygrał ten pojedynek. Czeski zespół bardzo często przeprowadzał akcje tą stroną, wiedząc, że zmęczony bronieniem Piszczek nie będzie miał siły albo się podłączyć do akcji, albo wrócić w razie straty.

Podsumowanie

Kilka czynników decydowało o wyniku w tym meczu, należą do nich niewłaściwe rozpoznanie rywala i ustawienie polskiego zespołu, kilka pojedynków przegranych przez naszych zawodników, niedostosowanie sposobu gry do piłkarzy znajdujących się na boisku i brak szczęścia. Ciężko nawet powiedzieć, by zespół grał tchórzliwie – gola straciliśmy z kontrataku po bardzo optymistycznej próbie zagrania, a przez całą pierwszą połowę atakowaliśmy. Nie ma jednak wątpliwości, że Smuda popełnił sporo błędów i zaniechań. Spróbuję w tym miejscu zanalizować jego decyzje. Podaję je w kolejności od ważniejszych do mniej ważnych.

Decyzje poprawne

  1. Stawiania na Polanskiego i Perquisa. Trzeba przyznać, że ta dwójka selekcjonera nie zawiodła. Wiadomo było, czego można od nich oczekiwać i dokładnie tak zagrali. Polanski nieustępliwy w defensywie(16 odbiorów w trzech meczach, najlepszy w zespole), natomiast z raczej ograniczonymi możliwościami, jeśli chodzi o kreowanie gry. Perquis miał z kolei najwięcej przechwytów i najwięcej celnych długich podań. Nasz Francuz dobrze gra głową, nieźle się ustawia. Miewał problemy (zwłaszcza z szybkimi i zwrotnymi Rosjanami), ale na pewno należał do pewnych punktów.
  2. Dobór taktyki na mecz z Rosją. Smuda słusznie założył, że skoro Rosjanie w pierwszym meczu wygrali poprzez zawężanie pola gry, szybkie kontrataki środkiem i podania do Arszawina, to trzeba zacieśnić środek pola, bardzo mało stosować atak pozycyjny i uczulić Piszczka na to, by zaopiekował się rosyjskim skrzydłowym. Ta taktyka miała szanse powodzenia, zniweczył ją jednak indywidualny błąd naszego prawego obrońcy podczas obrony rzutu wolnego. Dzięki Boenischowi i Obraniakowi udało się szybki atak Rosjan zamienić na własną kontrę, którą wykończył Błaszczykowski.
  3. Psycholog w kadrze. Wydaje się, że ta decyzja również była właściwa. Żaden z naszych zawodników nie był wystraszony jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Zabrakło umiejętności, nie przekonania o własnych możliwościach.

Decyzje trudne do oceny

  1. Stawianie na Boenischa i Obraniaka. Niełatwo stwierdzić, czy warto było stawiać na tych dwóch zawodników. Na pewno należy to rozpatrywać w szerszym kontekście (patrz błędna decyzja nr 1). O ile Boenisch w pierwszym meczu sprawiał wrażenie sabotażysty, o tyle w drugim grał już bez większych błędów i ochotą do atakowania, a w trzecim bardzo mało dał pograć Jiráčkowi. Z kolei Obraniak miał gorsze i słabsze momenty, ale w dwóch pierwszych meczach miał najwięcej kluczowych podań, a jego dośrodkowania z wolnych i różnych były całkiem dobre. Brakowało dobrych strzałów z dystansu i nieco więcej zaangażowania w obronę, ale to ostatnie nie było zaskoczeniem dla nikogo, kto ogląda ligę francuską. Obraniak nie należy do walczaków. On miał kreować grę i robił to przyzwoicie nawet po przestawieniu na lewe skrzydło (na której to pozycji zresztą grał w Lille dość długo, wbrew podejrzeniom ignorantów). Obraniak ustawiony za napastnikiem wcielał się zwykle w rolę środkowego skrzydłowego. Na pewno nie jest to piłkarz klasy Özila, to oczywiste, natomiast dobrze wychodził do gry z klepki i parokrotnie udanie dośrodkowywał. Niestety jego celne podania przeplatały się z nieudanymi, a wypowiedzi Smudy uczyniły go praktycznie playmakerem kadry narodowej (co mu być może zaszkodziło) i położyły na nim sporą presję, której Obraniak prawdopodobnie nie udźwignął.

Decyzje błędne

  1. Dobór kadry na Euro 2012. Temat wałkowany wiele razy. Po pierwsze, zabieranie na taki turniej piłkarzy, którzy rozegrali w sezonie kilka meczów to mały skandal. Po drugie, Smuda sam ograniczył sobie pole manewru niemal zakładając z góry, że pierwszą jedenastkę szybko ustali, a z ławki będzie wsadzał zawodników na 5-10 minut. Wystarczy pobieżnie prześledzić historię mistrzostw świata i Europy, by przekonać się, ile mogą znaczyć zawodnicy rezerwowi. Po trzecie, pewni zawodnicy byli przez Smudę zupełnie ignorowani, inni ciągnięci za uszy, a słyszeliśmy przy tym argumenty o „atmosferze” i „pasowaniu do zespołu”. Zapewne dobre nastroje w grupie są bardzo ważne, ale nie licząc Sławomira Peszki, wszystkie antypatie selekcjonera zostały wyhodowane właśnie przez niego. Nie należy sądzić, że inny skład reprezentacji pozwoliłby nam awansować do ćwierćfinału. Natomiast mógł poszerzyć pole manewru i możliwości taktycznych. Jeśli Smuda chciał pewne mecze rozgrywać atakiem pozycyjnym, przydaliby mu się tacy piłkarze jak Radosław Majewski czy Sebastian Mila. W pomocy zdecydowanie lepiej w tym sezonie od Matuszczyka radzili sobie Ariel Borysiuk i Przemysław Kaźmierczak. Gdyby Perquis nie mógł zagrać z Czechami, w odwodzie mogli być Michał Żewłakow, Marcin Komorowski czy Kamil Glik. Gdyby Piszczek doznał kontuzji, prawdopodobnie lepiej z jego zastąpieniem poradziłby sobie Piotr Celeban niż raczej nie przekraczający pewnego poziomu Grzegorz Wojtkowiak. Jeśli mielibyśmy grać z kontry, Piech mógłby się okazać nawet lepszy niż Paweł Brożek. Smuda przez 2 lata stworzył 3/4 zespołu i to bez rezerwowych. Mógł się tłumaczyć, że nie mamy wystarczająco dobrych piłkarzy – być może tak, ale takie tłumaczenie nie wydaje się zbyt poważne.
  2. Niedostosowanie stylu do możliwości zawodników. Smuda często opowiadał, że lubi, gdy jego zespół dominuje nad rywalem i stwarza przewagę budując ataki krótkimi, celnymi podaniami. Gdy takie akcje próbowali tworzyć Błaszczykowski z Piszczkiem i Obraniakiem, czasem też z Polanskim, wyglądało to nienajgorzej. Jednak Murawski i Dudka to nie są znakomicie podający pomocnicy, lecz przyzwoici gracze defensywni. Rybus też lepiej czuje się w bardziej bezpośrednim stylu gry. Z Czechami nasze akcje mieli tworzyć trzej pomocnicy, z których w klubie żaden nie jest od tego specjalistą. Naiwność najwyższego stopnia. Jeśli wystawia się taki środek pomocy, to trzeba z góry nastawić się na grę długim podaniem lub tylko i wyłącznie z kontrataku.
  3. Brak reakcji po obronionym karnym. Moment, gdy bramkarz obroni karnego w regulaminowym czasie gry (przy założeniu, że wynik pozostał remisowy lub z przewagą jednego gola) to zawsze chwila, gdy wszyscy zawodnicy są pozytywnie naładowani – dostają adrenalinowego kopa i wraca im ochota do gry. Taki moment trzeba wykorzystać nawet wtedy, gdy gra się już w dziesięciu. Należało przeprowadzić choćby jedną ofensywną zmianę i zaryzykować frontalny atak.
  4. Dobór taktyki z Czechami. Trzech środkowych pomocników na Rosję – to miało sens. Natomiast ten sam zestaw nie miał większego sensu w meczu z Czechami. Podczas gdy Rosjanie najchętniej grali szybkim kontratakiem przez środek pola, Czesi zdecydowanie preferowali atak pozycyjny i rozciąganie pola gry do maksimum. To prawda, że ostatecznie gola straciliśmy po szybkiej kontrze, jednak ich skrzydła sprawiły nam sporo problemów, wyłączyły Piszczka z gry ofensywnej i zmusiły do ogromnego wysiłku. Znacznie mądrzejszym podejściem byłoby nakazanie pressingu na Hubschmana i Plasila (czego zabrakło), a także lepsze asekurowanie Piszczka. Wystarczyłaby agresywna gra piłkarzy mających więcej możliwości, jeśli chodzi o grę w ataku, tymczasem przy takim zestawieniu nasza faza przejścia z obrony do ataku trwała zwykle za długo, by móc na poważnie zagrozić czeskiej defensywie.
  5. Wiara w idealne ustawienie. Łączy się z poprzednim punktem. Być może Hiszpanie mogą szukać idealnego ustawienia i gdy je znajdą, używać do końca turnieju, ale nasz zespół jest znacznie słabszy. Wyśnione zdominowanie rywala okazało się zbyt trudne (co można było przewidzieć), natomiast zabrakło lepszej analizy rywala i maksymalnego wykorzystywania jego słabości. Na obronę Smudy (i sztabu szkoleniowego) można jedynie dodać, że wszystkie trzy stracone bramki padły po błędach indywidualnych.
  6. Brak czasu gry dla rezerwowych. Głównie wiąże się to z Kamilem Grosickim. W meczu z Czechami zawodnik Sivassporu po raz pierwszy w ogóle powąchał murawę na tych mistrzostwach. W takiej sytuacji trochę ciężko wymagać od niego błyskotliwej gry. Dostał 35 minut i nie pokazał się z dobrej strony, ale miał też za mało okazji. Jak się okazuje, popsuć grę można nie tylko zmianami, ale również brakiem zmian – dwukrotnie w ciagu trzech meczów nasz zespół rozpoczynał drugą połowę bez zmian personalnych, ale z poważnymi zmianami w nastawieniu i nie były to zmiany pozytywne. Należy jednak podkreślić, że (z wyjątkiem meczu z Grecją, ale chyba jednak wtedy było to zmęczenie) trudno oskarżać naszych piłkarzy o tchórzliwą grę. Momentami była to gra nawet zbyt naiwna, co dobitnie pokazali Czesi. Chodzi bardziej o nastawienie do swoich możliwości, do konkretnych zadań boiskowych (agresja i determinacja) oraz spadki koncentracji (niekiedy ogromne).

Reklama