Real – Bayern 2-1: szach obustronny

Zaczęło się od trzęsienia ziemi, potem napięcie tylko rosło. Ale tylko w pierwszej połowie. Radosna gra ustąpiła chłodnej kalkulacji, a gra zbliżyła się do tego, z czym do tej pory były kojarzone półfinały Ligi Mistrzów.


 Klasyczne ustawienie
 
Oba zespoły wyszły w 4-2-3-1. Real tylko z jedną korektą względem Gran Derbi i Marcelo w miejsce Coentrao. Bayern połowę swojego podstawowego składu oszczędził w Bremie, co zaowocowało siedmioma zmianami w składzie. Początkowo wyglądało, że mimo wszystko nie odbije się to na korzyść gospodarzy. Real świetnie wszedł w mecz, z kolei goście sprawiali bardzo ospałe wrażenie.

Oba zespoły nie rzuciły się na siebie od pierwszych minut. Przeciwnie, w środkowej części pola została ogromna ilość miejsca, które pozwalała błysnąć indywidualnościom.

Pomoc Bayernu schowała się głęboko, co spowodowało, że na 30-40 metrze Real mógł pozwolić sobie na swobodne rozgrywanie. Niemcy przy tym ustawili się bardzo wąsko w defensywie, na potrzeby chwili bardzo szeroko na prawym skrzydle czekał di Maria. Przy dużej odległości między nim a Alabą, po odbiorze nawet długiej piłki mógł sobie pozwolić na wiele. Z jednej akcji wyszło złamanie do środka na pełnym biegu z ze zbyt słabym strzałem Khediry, z drugiej rzut karny.

Bayern pozornie poszedł po rozum do głowy, rozciągając nieco obronę. I kolejne minuty później zemściło się to znowu, kiedy zabrakło asekuracji, a piłkarze mieli problem z wybiciem piłki, co wykorzystali Oezil i Ronaldo.

Płynny środek Bayernu

 Real jednak pod kątem zostawiania ogromnej ilości miejsca nie był dłużny. Papierowe 4-2-3-1 miało wiele wspólnego z klasycznym 4-5-1. Wyraźnie wyszczególnieni byli dwaj skrzydłowi, natomiast najbardziej wysunięty nominalnie Kroos cofał się bardzo głęboko po piłkę, często wchodząc w linię ze swoimi kolegami z formacji. Co jakiś czas przesuwał się razem z nim Schweinsteiger, razem starali się wspierać oba skrzydła. Z asekuracją zostawał Gustavo, przytomnie przemieszczający się gry rywal atakował szybciej, przyklejony natomiast do Oezila przy ataku pozycyjnym. Na papierze brzmiało to w wykonaniu Bayernu bardzo dobrze, brakowało jednak bardzo agresywności przy odbiorze.

Real jednak także nie był pod tym kątem zbyt agresywny. Nawet niebłyszczący formą Robben przy takiej ilości miejsca mógł sobie pozwolić na sporą aktywność i niekiedy przełożyć ją na efektowny rajd. Trudno jednak było na tym skorzystać. Real wycofywał się coraz głębiej, Ribery na drugiej stronie nie notował najlepszego dnia, zaś aby mieć szansę na otrzymanie piłki, Gomez musiał wycofywać się bardzo głęboko. Finalizacjom akcji to w żaden sposób nie sprzyjało. Kiedy patent z częstym odwracaniem skrzydeł, których akcji i tak nie można było sfinalizować został zarzucony, gościom pozostało liczyć na kreatywność Kroosa. Póki jeszcze Real nie krył zbyt ściśle, była okazja na błyskotliwsze zagrania. Przy duże ruchliwości Gomeza został on kilka razy dobrze dostrzeżony i obsłużony podaniem na wolne pole. Real jednak zaczynał stosować coraz ściślejszy pressing, przez co nawet bardzo aktywna postawa napastnika Bayernu nie pozwalała mu na dochodzenie do sytuacji strzeleckich.  

Real spuszcza z tonu

 Gospodarze w drugiej części przybrali dziwną taktykę. Obrona właściwie przestała przesuwać się poza 40 metr od bramki, nawet boki, tuż zaś przed nią operowali obaj defensywni pomocnicy. Ofensywni gracze natomiast trzymali się blisko siebie, przez co niemal zupełnie padła szerokość w rozegraniu. Dodatkowo coś, co miało chyba w zamierzeniu być nastawieniem na kontry, było rozgrywane ślamazarnie i bez większego pomysłu. Pieczołowicie pilnowany Oezil nie był w stanie błysnąć żadną prostopadłą piłką, Ronaldo i bardzo głęboko schodzący Benzema również nie byli w stanie samodzielnie wygrać pojedynków z dobrze zagęszczającymi krycie zawodnikami Bayernu. Tym bardziej, że przy braku jakiejkolwiek szerokości rozegrania ze strony Realu, nie musieli oni rozciągać swoich szeregów. Nie wykorzystali również jednak tego, że przy wąskiej grze gospodarzy, skrzydła pozostawały w dużej części wolne na ewentualne wyjścia. Choć Bayern grał szerzej, także i tu zawodnicy ofensywny byli pozbawieni wsparcia. Próby ataku większą liczbą zawodników właściwie nie istniały. Ofensywny zwykle Lahm kurczowo trzymał się obrony, wyczekując ataków Ronaldo, zaś kiedy wejść drugą flanką próbował Alaba, nieoczekiwanie w jego miejsce cofał się Schewinsteiger, asekurując jego wyjście, względnie Badstuber schodził bardziej do boku, a w jego miejsce wtapiał się Gustavo. Obie strony właściwie ani przez chwilę nie odstąpiły od trzymania się czwórką z tyłu.  

Czekanie na błysk

Taka gra pozostawiała szanse tylko na jedno. Trzeba było liczyć na błyskotliwy atak indywidualny z przodu. Trudno jednak przeprowadzić go w konfiguracji czterech na sześciu. Po pierwsze nawet wygrany pojedynek indywidualny nie gwarantował, że akcja nie skończy się metr dalej, na wychodzącym do krycia drugim zawodniku rywala. Po drugie – obu zespołom ciężko było odnaleźć złoty środek. Momentami piłkarze byli za blisko siebie, żeby móc wymianą posunąć akcję do przodu, momentami za daleko, żeby przy dłuższym podaniu nie zostać podwojonym. W pierwszej połowie wychodziło to znacznie lepiej, co w połączeniu z brakiem pressingu owocowało bardzo otwartą grą. Dalsza część spotkania była zupełnym przeciwieństwem. Mocnemu pressingowi na połowie rywala oba zespoły przeciwstawiły małą spójność gry ofensywnej.

Zmiany bez wpływu

Rzadko się zdarza, aby zmiany w tak nieznacznym stopniu wpłynęły na obraz gry. Mueller zastąpił kasowanego przez Arbeloę Ribery’ego, ale przy liczeniu na indywidualną szarże, wydawał się jeszcze bardziej bezużyteczny od Francuza. Trochę więcej szarpał Kaka, ale w sumie liczba jego strat była bliska liczbie jego kontaktów z piłką. Wypchnął on wprawdzie Oezila nieco bardziej do boku, tyle, że i tam Niemiec nie znajdował miejsca na tyle, aby uruchomić Benzemę, który i tak grał na tyle głęboko, że o prostopadłych piłkach na wolne pole właściwie nie mogło być mowy.

Pat i mat

Prawdopodobnie takie utrzymywanie się obu zespołów w stanie zaszachowania mogło trwać jeszcze długo. Po początku w stylu iście ułańskiej fantazji, oba zespoły postawiły na chłodną kalkulację i gdyby nie wynaleziono rzutów karnych, można by ich poczynania podziwiać jeszcze pewnie i teraz. Teoretycznie oba zespoły swoje zrobiły. Awansować mógł tylko jeden, choć lepszego naprawdę trudno było wskazać.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama