Swansea – Chelsea 1-1: walijski rytm

Po pokonaniu Arsenalu, Swansea po raz kolejny zanotowała występ na miarę zwycięstwa nad przygasłą potęgą Premier League. Chelsea długo szukała pomysłu na opanowanie sytuacji, nawet jednak kiedy się to już jako tako udało, nie była w stanie zadać decydującego ciosu. Kiedy w końcówce ponownie mecz się wyrównał, gościom udało się doprowadzić do remisu. Być może zasłużonego ze statystycznego punktu widzenia, na pewno zaś niezasłużonego z uwagi na okoliczności.


Swansea zaczęła od swojej ulubionej taktyki. Przez pierwszy kwadrans Chelsea nie miała zbyt wielu okazji do dotknięcia futbolówki. Walijczycy wyszli w 4-2-3-1 z bardzo wysoko grająca parą defensywnych pomocników. Goście wystartowali w 4-3-3. Ofensywna trójka znajdowała się jednak zwykle już za Brittonem i Sigurdsonem, przez co piłka właściwie do nich nie docierała. Wysoki zaś pressing szóstki graczy Swansea wykluczał dłuższe rozegranie piłki. Statystyki z pierwszych minut są bolesne dla Chelsea:



Walijczycy grali bardzo wysoko, możliwie szybko przeszkadzając rywalom w rozegraniu i szukając odbiorów jeszcze na połowie The Blues:

Kiedy zaś sami znajdowali się przy piłce, z jej oddaniem nijak się już nie spieszyli. Zamiast szukać podań otwierających drogę do bramki, bardzo często bardzo długo wymieniali piłkę między sobą, szukając podań do przodu dopiero w sytuacji, kiedy nie groziło to stratą. Mało tego, często jedynym sposobem na przemieszczenie się z piłką do przodu była indywidualna akcja, zawsze jednak była ona poprzedzona dużą ilością podań, które na przemieszczenie się zawodnika z piłką stwarzały miejsce.

Swansea bardzo mocno szukała szerokości, dzięki czemu mogli okrążyć złożoną tylko z trójki środkowych pomoc Chelsea. Bardzo aktywny w grze do przodu był Rangel, mocno do boków schodzili także i Sinclair i Dyer. To wszystko pozwalało na obieganie szyków obronnych The Blues.

Kłopot Swansea polega jednak na tym, że o ile mają bardzo dobre statystyki w zakresie dojścia pod pole karne przeciwnika, sytuacja wygląda już gorzej, kiedy trzeba akcję sfinalizować. Nie jest rzadką sytuacją, kiedy Walijczycy po znalezieniu się w okolicach szesnastki rywala, zamiast szukać ryzykownego podania, wolą wycofać piłkę nawet i na własną połowę, byle tylko jej nie stracić. To owocowało przewagą w posiadaniu piłki, ale niekoniecznie przekładało się na wynik.

Tyle, że skutecznie trzymało w szachu Chelsea. Londyńczycy nadal szukają płynności w rozegraniu. Villas-Boas przeprowadza w klubie rewolucję, a na to, jak wiadomo trzeba czasu. Na chwilę obecną brakuje u The Blues automatyzmu, zaś Swansea doskonale to obnażyła. Nie będąc aż tak naciskaną, Chelsea miałaby szanse na spokojne konstruować akcje i realizować schematy wdrażane przez portugalskiego szkoleniowca. Problem polega jednak na tym, że jeśli automatyzmu brakuje, realizacja tego pod presją jest niemożliwa. Tak długo jak Swansea stosowała bardzo wysoki pressing, goście mogli się tylko modlić, aby wraz z prowadzeniem gry przez Walijczyków nie przyszło wykończenie akcji. Kiedy jednak gospodarze przestali grać wysoko i przeszli bardziej do gry z kontry, role zupełnie się odwróciły.

Piewrsze symptomy było widać już w końcówce pierwszej połowy. Chelsea zaczęła grać bardzo kompaktowo i nawet, kiedy przeciwnik uzyskiwał przewagę na skrzydłach, nie było jak przenieść akcji do środka. Zadowoleni z prowadzenia gospodarze przestali też nękać londyńczyków na ich połowie, przechodząc na grę z kontry, zatrzymując defensywnych pomocników głębiej, atakując mniejszą liczbą zawodników, zaś w przypadku straty, możliwie szybko formując za linią piłki dwa rzędy po czterech graczy.

W międzyczasie Chelsea przeszła na 4-2-3-1, podobnie jak Swansea w pierwszej części szukając szczęścia na skrzydłach, jednak z dwoma wyjątkami. Po pierwsze zawodnicy gości swoje podania wymieniali bardziej na połowie rywala, po drugie – szukali finalizacji tych akcji.

Efekt był różnoraki, jednak najczęściej londyńczycy musieli się zadowolić wybiciami na oślep (i konstruowaniem akcji od początku) lub, w lepszym wypadku, rzutami rożnymi. Faktem jest, że Swansea pozwalała na zbyt wiele i lepiej zorganizowana drużyna mogłaby to wykorzystać. Być może jednak właśnie dlatego gospodarze pozwolili na aż tyle, gdyż widać było, że ataki londyńczyków to walenie głową w mur. Sami gracze Chelsea zdali sobie z tego sprawę, gdyż ich ofensywa stawała się z biegiem meczu coraz mniej natarczywa. Wyrównanie goście zawdzięczają tylko i wyłącznie szczęściu.

W tym meczu widzieliśmy dwie zupełnie różne połowy. Swansea po raz kolejny pokazała, że umie utrzymywać się przy piłce i kontrolować sytuację, stosując wysoki pressing i odcinając kilku zawodników od gry. Z drugiej strony brakuje im wyraźnie umiejętności w zakresie finalizacji akcji, czy choćby prób bardziej ryzykownych podań pod polem karnym rywala. Skoro szanse na podwyższenie wyniku były niewielkie, cofnęli się do dość umiejętnej obrony. Chelsea w drugiej połowie miała podobne problemy, ale o ile Swansea dość łatwo z nich rozgrzeszyć, tak londyńczyków będzie trudno. Brendan Rodgers wyciska ze swoich piłkarzy ile się da, natomiast potencjał Chelsea jest dużo większy. W tym spotkaniu obie ekipy zaprezentowały po jednej niemal identycznej połowie. Tyle, że trudno było się oprzeć wrażeniu, że Chelsea tańczyła tak, jak Swansea jej zagrała.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama