Starsi panowie dwaj

W meczu ŁKS-u przeciwko Lechii zadebiutował doświadczony zawodnik, który bardzo długi okres miał problem z regularnymi występami ligowymi. W Ruchu w spotkaniu z Lechem grał zaś inny weteran, który przez teoretycznie najlepszych był uważany za zbyt słabego. Na tle innych zawodników wyróżniali się w tych spotkaniach zdecydowanie na plus. Pojawia się pytanie: czy to oni jednak nie są jednak tacy słabi, czy taka słaba jest polska liga?


Wojciech Łobodziński dość dawno nie był widziany z piłką przy nodze, zaś jego gra przez 90 minut była sporym zaskoczeniem. Jakość? Cóż, grał tak, jak do tego przyzwyczaił. Sporo dryblingów, przy tym strat, ale i też trochę pojedynków wygranych.


Z podaniami wygląda to podobnie. Ilościowo i jakościowo w żaden sposób na kolana nie rzuca.


Łobodziński gra jednak tak właściwie od zawsze. To przykład zawodnika, który ze statystycznego punktu widzenia zawsze będzie wypadać marnie. Ale w oderwaniu od nich, ma sporo zalet. Potrafi dobrze przyjąć piłkę, co czyni go wdzięcznym adresatem nawet dłuższych podań. Nie boi się pojedynków 1 vs 1 i choć skuteczność w nich nie jest powalająca, część się udaje. Każdy minięty rywal przybliża zespół do bramki. Ponieważ ŁKS organizacją gry w ataku ma marne szanse na stworzenie sobie sytuacji, ktoś taki jak Łobodziński spada im z nieba.

Przeprowadzi bowiem w meczu naście akcji, połowa z nich się uda, przy słabszym w defensywie rywalu nawet więcej. Jeśli idzie o dośrodkowania, to jego prawa noga nadal centruje z centymetrową dokładnością, przy systemie z dwójką nominalnych napastników, takie wrzutki to szansa na prosty, a być może i przy tym skuteczny atak. Dodatkowo przy tych wrzutkach (co rzadkie) podnosi głowę i patrzy, gdzie są partnerzy, zamiast centrować „na alibi”.

Nie dziwi aż tak, że Łobodziński pojawiał się w kadrze narodowej. To doskonały zawodnik na słabego rywala. W starciu z nim zrobi przewagę i zanotuje mało strat. Trudniej pojąć, jak mieliśmy z nim zrobić furorę na EURO w Austrii. Tym niemniej powinien to być ważny zawodnik ŁKS-u, który, mimo wszystkich swoich wad (a ma ich sporo) powinien być ważnym ogniwem gry łodzian. Używanie go w grze jest prostym, ale dość skutecznym rozwiązaniem, zwłaszcza na tle słabych rywali (a tych nie brakuje). Mimo wszystko dobrym przyjęciem piłki, przebojowością, poprawną techniką i świetnym dośrodkowaniem można osiągnąć na tle ligi sporo.

O Marku Zieńczuku można się wypowiadać podobnie. Parametry piłkarskie ma zbliżone do Łobodzińskiego, może nieco słabszy technicznie, ale nadal nadal potrafiący minąć rywala, a przy tym notujący mniej strat, bo rzadziej angażujący się w dryblingi, których wygrać nie sposób. Na przykładzie meczu z Lechem widzimy: pojedynków mniej, ale skuteczność niezła.


Z podaniami podobnie. Statystyka wypada wyraźnie na korzyść Zieńczuka.


Zieńczuk robi jednak dużo lepsze wrażenie „między liczbami”. Przede wszystkim jest w grze dużo aktywniejszy, więcej wnosi do zespołowego rozegrania. Łobodziński częściej lubi znaleźć się przy linii bocznej i w pojedynkę podholować piłkę. Jak na ironię właśnie tego bardzo potrzebuje ŁKS, u którego organizacja gry jest w rozkładzie.

Postawa Zieńczuka natomiast zaskakuje. Gra na prawej stronie, więc teoretycznie będąc zawodnikiem lewonożnym powinien mieć ogromne problemy z wykorzystaniem swoich atutów. Siłą rzeczy, aby dobrze dośrodkować, musi złamać akcję do środka i przełożyć sobie piłką na swoją lewą nogę. Dla obrońców rywala powinna być to wyraźna wskazówka, jak Zieńczuka zatrzymać.

Nic z tego, Herniquez nabierał się na manewry doświadczonego zawodnika Ruchu. A były one proste. Panamczyk uparcie wierzył, że Zieńczuk zrobi coś z prawej nogi. Tymczasem ów bądź to się wycofywał, bądź wchodził w głąb pola. Mając odrobinę miejsca i czasu z lewą nogą czyni takie cuda (3:38)

Kilkadziesiąt minut zresztą wcześniej pokazał jak wiele tą nogą potrafi. Ostra reprymenda jakiej udzielił Lechitom w przerwie w szatni Bakero najwyraźniej nie dotyczyła tego zagadnienia.

I Zieńczuk i Łobodziński będą dla swoich zespołów bardzo ważni w tej rundzie. Obaj jednak wydają się stosunkowo łatwi do wyłączenia z gry. Problem większy z tym ma ŁKS. Nawet jeśli rywal poświęci jednego zawodnika do pilnowania prawego pomocnika Ruchu, znajdzie się u Niebieskich kilku innych zawodników do ciągnięcia gry. A jeśli nawet i dwóch rywali będzie pilnować Łobodzińskiego, ciężko dostrzec kogoś innego, kto będzie umiał wykorzystać powstałą w ten sposób przewagę.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama