Standard – Wisła 0-0: miejsce, gdzie nic się nie działo

Jesienią Wisła wykorzystała nieprawdopodobny zbieg okoliczności, dzięki czemu mieliśmy okazję oglądać dwie polskie drużyny na wiosnę w europejskich pucharach. Drugi raz już jednak z prezentu od losu nie skorzystała. Oba mecze pomiędzy Wisłą i Standardem stały na na tyle niskim poziomie, że dość prawdopodobne jest, że gdyby te zespoły nie trafiły na siebie, żadnego z nich nie oglądalibyśmy w dalszej fazie rozgrywek.


Wisła wyszła w czymś zbliżonym do 4-2-3-1. Wilk klasycznie wcielał się w role ryglującego, podczas gdy Nunez miał nieco więcej zadań w ofensywie, włącznie z odciążaniem Meliksona. Środkowym rozgrywającym został Garguła, często wymieniając pozycje z Izraelczykiem. Iliew trzymał się trochę wyraźniej prawej strony.

Standard za to postawił na destrukcję w środku pola (defensywnie usposobieni Bjarnson i Belhocine) zaś ataki starał się konstruować głównie skrzydłami, choć nie brakowało i dłuższych piłek w kierunku dwójki napastników.

W Wiśle dziwił mocno brak Kirma. W meczu z Zagłębiem bardzo dobrze odnajdował się w grze kombinacyjnej krakowian. Jak na główną broń Wisły, ograniczanie jej do duetu Garguła – Melikson nie mogło przynieść dobrych wyników. Zwłaszcza Izraelczyk miał utrudnione zadanie. Dwójka defensywnych pomocników Standardu starała się znajdować zawsze między nim a bramką, więc siłą rzeczy Melikson był wypychany daleko od pola karnego. Musiał przez to, aby rozegrać piłkę do przodu, szukać podań dłuższych. A ich skuteczność, jak pokazują dane InStat Football, była niezbyt oszałamiająca.


Przy dużym zaś nacisku oczywiste było, że straty Meliksona zaczną się mnożyć. I się mnożyły.


Niezbyt wspomagał go też Diaz, który nie do końca spieszył się z atakiem, skupiając się raczej na destrukcji i rzadko przekraczając połowę boiska.


Wszystko to prowadziło do kurizoalnej asymetrii w działaniach Wisły. Osamotniony Melikson na lewej stronie niewiele mógł zrobić. Przenosił się więc coraz bardziej do środka. Wypychało to Wisłę z rozegraniem coraz bardziej na prawą stronę.


Przyczyny tego były dwie. Po pierwsze na tej stronie obrony grał Jaliens, który wychodził wyżej. Być może takie były zalecenia, co znając umiejętności Chaveza w rozpoczynaniu akcji wydaje się opcją rozsądną. Dodatkowo Honduranin jest pewniejszy od Holendra, więc mógł ubezpieczać jego wyjścia. Po drugie – tradycyjnie już wysoko zagrał Jovanović. Ponieważ był bliżej rozegrania, siłą rzeczy do niego szło sporo piłek.

Problem polegał na tym, że środek Standardu grał na tyle wysoko, że próba przeniesienia akcji, wiązałaby się z koniecznością wycofania piłki z powrotem do stoperów. To była strata cennego dla Wisły czasu. Długie zaś podanie na drugą stronę oznaczałoby przedzieranie się samym Meliksonem i prawdopodobnie też stratę. Wisła brnęła więc uparcie prawym skrzydłem. A jak wiadomo, pole gry jest tam zawężone o połowe i łatwiej rywala zamknąć. Nie dziwi więc, że do sytuacji Wisła nie dochodziła.

I tak to trwało, rozsądnie broniący się Standard w miarę spokojnie rozbijał nieporadne ataki Wisły. Wystarczyło przesunąć krycie na stronę, którą atakowała Biała Gwiazda (głównie Bjarnson i Belhocine zamykający krakowian na flance)


Miało to bezpośrednie przełożenie na ilość odbiorów. Widać od razu w którym sektorze boiska było ich najwięcej.


Wisła w żaden sposób nie była w stanie zmienić swojego sposobu gry. Brnęła dalej w zaparte, wprowadzenie Kirma nie dociążyło drugiej strony boiska, jego również znosiło na przeciążoną flankę, którą po zejściu Nuneza, Wisła niemal całkowicie odpuściła.

Wejście Bitona i Jirsaka to już czysta kosmetyka, która w żaden sposób nie wpłynęła na obraz gry. Zawodnik z Izraela stał się głownie niedoszłym adresatem dłuższych podań, więc w żaden sposób rozegranie Wisły nie zyskało na poświęceniu w jego imię jednego z obrońców. Jirsak zaś miał być kreatywniejszą wersją Wilka, ale musiał się skupić głównie na zabezpieczaniu kontr i wybijaniu piłki na aferę.

O ile pierwszy mecz pozwalał mieć nadzieję, że Kazimierz Moskal ma kilka ciekawych pomysłów na Wisłę, tak tutaj jego Biała Gwiazda zawiodła na całej linii. Brakło większej liczby zawodników do kombinacyjnego rozegrania, co było największą chyba bronią krakowian w pierwszym meczu. Standardowi wystarczyło odpowiadać na posunięcia Wisły. To, co starczało na Zagłębie, na belgijską ekipę nie mogło wystarczyć. Tym bardziej, że zostało zaprezentowane w okrojonej wersji.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama