Premier League do Tablicy XVI

Kolejne Chalkboardy z Premier League przed Czytelnikami – idea kontynuowana przez cały dotychczasowy sezon prezentowania wybranych wydarzeń ligowych za pomocą taktycznych tablic oraz statystyk, które tłumaczą aspekty gry czasem niezauważalne w trakcie oglądania meczów. W dzisiejszym odcinku spojrzymy na zmianę Wolverhampton w meczu z QPR, grę Samira Nasriego z Fulham, nietypowe ustawienie Bosingwy na lewej obronie Chelsea oraz powoli odradzającego się Stevena Gerrarda.


Queens Park Rangers rządzili niepodzielnie w pierwszej połowie arcyważnego meczu na Loftus Road z innym kandydatem do spadku, Wolverhampton. Mick McCarthy wściekał się na swoich piłkarzy, nie dowierzał jak świetnie grający Cisse, Zamora i Taarabt rozklepują jego obronę. Kapitalne trafienie zaliczył ten drugi, lecz mecz zmienił się w momencie, gdy czerwoną kartkę zobaczył pierwszy z zawodników Marka Hughesa. Mając już jedną zmianę za sobą (Ebans-Blake za kontuzjowanego Frimponga), McCarthy nie zawahał się dokonać drugiej już w przerwie, widząc szansę na zdobycie punktów z osłabionym rywalem. W pierwszej połowie Wolves w atak byli w zasadzie niezaangażowani.
Co się zmieniło? Na grafice widzicie podania dwóch zawodników Wilków po przerwie, Ebansa-Blake’a i Stevena Fletchera. Do ofensywnego tercetu należy dodać również Matta Jarvisa i Kevina Doyle’a, którzy strzelili dwie bramki dając im zwycięstwo. Jednak to właśnie tablice przedstawiające podania wymienionej na początku dwójki są najciekawsze, zwłaszcza to jak głęboko obaj się cofali. Swoim ruchem oraz wymianą podań wyciągali obrońców rywali z pozycji, stwarzali wolne miejsce dla kolegów z drużyny. Warto również podkreślić to, ze zdawali sobie sprawę ze swoich słabości – nie wikłali się w dryblingi (przegrali w drugiej części meczu 5 z 6 takich pojedynków na połowie QPR), lecz dużą ruchliwością i szybkimi wymianami podań rozbijali rywala. To właśnie kombinacje tego tercetu dały im zwycięstwo w sobotnim hicie na dole tabeli.
Manchester City w sposób dosyć łatwy wygrał z Fulham, by utrzymać pozycję lidera Premier League, a jednym z bardziej niedocenianych piłkarzy gospodarzy był Samir Nasri. Ku zaskoczeniu obserwatorów, Roberto Mancini zdecydował się ustawić zespół w 4-4-2, choć na pewno nie było to typowe zastosowanie tej formacji. Na przykład Dżeko grał niżej niż partnerujący mu Aguero, a David Silva już standardowo bardzo często gubił nominalną pozycję na lewym skrzydle i rozgrywał akcje na całej szerokości boiska. Jednak najciekawsza rola przypadła Samirowi Nasriemu.
Przede wszystkim dlatego, że piłkarz ten nie był sprowadzany do roli środkowego pomocnika w Manchesterze City – raczej do gry rotacyjnej za napastnikiem z Silvą i Aguero. Z racji tego, że w tej roli był cieniem na początku sezonu, a talent Francuza jest wart ryzyka sprawdzenia go na innej pozycji. U boku Barry’ego w pierwszej połowie radził sobie bardzo dobrze, udanie przenosił ciężar gry, nie tracił piłki i, co najważniejsze, swoją ruchliwością gubił przeciwnika. Nie minęła jednak nawet godzina, a Francuza nie była na boisku. Dlaczego?
Wszystko przez pogodę. Wynik był w miarę spokojny dla gospodarzy, jednak padający śnieg pogarszał warunki dla tych piłkarzy, którzy preferowali szybkie wymiany podań po murawie – Roberto Martinez postawił na zawodnika twardo walczącego w defensywie, Jamesa Milnera i była to dobra decyzja. Nasri przegrał 2 z 3 swoich pojedynków, a zastępujący go Anglik wygrał trzy. Włoski szkoleniowiec zostawił na boisku piłkarzy pewniejszych ostatnio w dryblingu i to mu się w końcu opłaciło – świetnie pokonał kilku rywali Aguero i wystawił piłkę Dżeko, czym Citizens zamknęli wynik spotkania.
W niedzielnym hicie kolejki największym bólem głowy gospodarzy ze Stamford Bridge była obsada lewej obrony. Mimo wielu pochwał oraz ciepłych słów w kierunku Ryana Bertranda, młodego defensora ze sporym doświadczeniem w futbolu seniorskim, Villas-Boas postawił na Bosingwę co było sporym ryzykiem, pamiętając o kiepskich jego występach w ostatnich meczach. Portugalczyk swojego rodaka pouczył, by tym razem się nie zapędzał do ataku tak chętnie jak czyni to zwykle – widać to na grafice jego podań, a zaledwie jedno (oczywiście nieudane) dośrodkowanie to znacznie poniżej średniej tego zawodnika (102. próby w 19 meczach!). Jego ostrożniejsze podejście do meczu widać również w statystyce pojedynków – na swojej połowie wygrał wszystkie, na połowie rywala ¾ przegrał (wszystkie dryblingi).
Dzięki jego koncentracji i wreszcie dobrej grze w defensywie, Luis Valencia i Rafael da Silva nie stanowili takiego zagrożenia jakiego spodziewano się przed spotkaniem. Ta dwójka piłkarzy gości wygrała zaledwie jeden drybling na flance Portugalczyka. Lewa strona Chelsea nie była najpewniejszym ogniwem w tym meczu, lecz generalnie boki defensywy radziły sobie bardzo dobrze – wynika to również z tego, że tylko 3 z 20 dośrodkowań United były dokładne. Jest to o kilka procent od ich średniej z tego sezonu – ważne również, że dwa dokładne były wykonane w jednej akcji, która przyniosła im trzecią, wyrównującą stan meczu bramkę.
Na koniec spojrzenie na powracającego do wielkiej formy Stevena Gerrarda. Mimo że mecz z Tottenhamem był średniej jakości, a i sama gra Liverpoolu pozostawiała wiele do życzenia, kapitan drużyny Dalglisha był jednym z lepszych zawodników na boisku. Statystyka dokładności podań może nie powala na kolana, lecz ważniejsza była ich jakość – w zagęszczonej środkowej strefie i przy mało kreatywnych skrzydłach Liverpoolu, Gerrard był jednym z niewielu piłkarzy potrafiących zagrać prostopadłą piłkę w pole karne – 6 celnych na 9 prób takich zagrań to naprawdę wysoka skuteczność. Wygrał on również wszystkie swoje pojedynki (wszystkie na połowie rywala) i generalnie spisywał się dobrze w roli rozgrywającego, grającego przed Adamem i Spearingiem. Liverpoolowi na Anfield Road po raz kolejny nie pomogli skrzydłowi i napastnicy, co wpłynęło wydatnie na ósmy remis na własnym boisku – więcej niż każdy inny zespół z ligi.

Reklama