Lech-Bełchatów 0-1: Bezproduktywna przewaga

Runda wiosenna na dobre się jeszcze nie rozpoczęła, a już mamy pierwszą niespodziankę. Bełchatów pokonał w Poznaniu Lecha po bramce Nowaka. Jednak czyste konto Łukasz Sapela zawdzięcza pracy defensywnej całego zespołu.


Ustawienia


GKS Bełchatów przyjechał do Poznania z silnym nastawieniem przedłużyć dobrą passę 13 lat bez porażki w stolicy Wielkopolski. Goście zdecydowali się na ustawienie 4-2-3-1.

Chociaż zimą w klubie pojawiło się kilka nowych twarzy, trener Kamil Kiereś w podstawowym składzie zaskoczył jedynie Maciejem Wiluszem. Na skrzydłach zaprezentowali się Wróbel oraz Kosowski. Za plecami tego drugiego wysoko w ofensywie operował Popek, lecz już prawy obrońca – Modelski – nie był tak ofensywnie usposobiony.

Już jesienią trener Kiereś pozmieniał pozycję niektórym zawodnikom. Jednym z nich był Grzegorz Fonfara, który z prawego obrońcy został przekwalifikowany na defensywnego pomocnika, w tym meczu wspomagającego nieco graczy ofensywnych.

Na szpicy w Bełchatowie zaprezentował się Żewłakow, który toczył boje z Arboledą, często wyciągając Kolumbijczyka pod linię środkową.

Po zapowiedziach zmiany ustawienia na grę trójką obrońców, z niecierpliwością czekaliśmy na to jak wiosną zagra Lech. „Kolejorz” jesienią z Murawskim przeszedł na system 4-1-4-1, lecz wobec braku swojego gwiazdora wyszedł 4-2-3-1. Już w podstawowym składzie nie zabrakło niespodzianki.

Trener Bakero zdecydował się posadzić na ławce Stilicia, a rolę rozgrywającego powierzył młodemu Możdżeniowi, przesuwając Kriwca na prawy bok. Wydawało się to nieco dziwne, bowiem Możdżeń jest bardziej dynamicznym zawodnikiem, lecz taki ustawienie wynikało z usposobienia bocznych obrońców Lecha. Ci w spotkaniu z Bełchatowem wychodzili bardzo wysoko do przodu, rozszerzając pole gry, szczególnie w początkowych fragmentach meczu.

Zgodnie też z naszą zapowiedzią Bakero, wobec powrotu Arboledy, nie chciał odsuwać od składu Kamińskiego i postanowił ustawić go w drugiej linii na pozycji defensywnego pomocnika, a właściwie libero.

Lech rozszerzał pole gry przez bocznych obrońców. W pomocy tylko lewa strona była rozszerzona za sprawą Toneva. Po prawym boku operowali Kriwiec oraz schodzący tam ze środka Możdżeń. Żaden z nich jednak nie grał blisko linii.

Kamiński w nowej roli


Po kilkunastu minutach mogliśmy się przekonać, że przez ostatnie 2 miesiące trener Bakero nie zmienił koncepcji gry zespołu. Lech nadal próbował długi utrzymywać się przy piłce i mozolnie budować akcje od tyłu z udziałem stoperów. Ci byli ustawieni bardzo szeroko, ale miało to swoje uzasadnienie. Kiedy „Kolejorz” był w posiadaniu piłki boczni obrońcy wychodzili bardzo wysoko, spychając „skrzydłowych” do środka pola. Z kolei Kamiński schodził niżej i wspólnie z Arboledą i Wołąkiewiczem byli pierwszy ogniwem rozgrywania ataku. Wówczas Lech przechodził na ustawienie 3-1-4-2. Czasami sam Kamiński grał niżej niż Arboleda i Wołąkiewicz.

„Trzech stoperów” to praktycznie jedyna innowacja taktyczna Lecha w tym spotkaniu. Bełchatowa nie zaskoczyła. Rola Kamińskiego zmieniała się, gdy piłkę miał Bełchatów. Wtedy młody zawodnik Lecha stawał się faktycznym defensywnym pomocnikiem w układzie 4-2-3-1.

Bełchatów wysoko


Podopieczni Kamila Kieresia byli w Poznaniu skazani na defensywę. Wiadomo było, że Lech będzie operował piłką, a goście nie będą mieli wielu szans na zaatakowanie. W tym meczu Bełchatów postawił na grę górną piłką. Wiele zagrań trafiało do grającego w pierwszej połowie na lewej stronie Kosowskiego, który rzucał górne piłki do Żewłakowa lub też zagrywał poza światło bramki do schodzącego do środka Wróbla. Niestety większość piłek padała łupek obrońców Lecha.

Bełchatów bronił w tym meczu ciekawym sposobem. Najważniejszym elementem było jednak wysokie podchodzenie przy wznowieniu gry przez Lecha. Trener Bakero na konferencji prasowej mówił, że jego zespół nie mógł złapać właściwego rytmu. To Bełchatów mu na to nie pozwolił.

Na powyższej grafice widać moment, w którym Kotorowski wznawia grę z 5 metra. Z reguły Lech preferował krótkie wznowienie do szeroko rozstawionych stoperów, którzy przekazywali piłkę dalej krok po kroku. W tym przypadku widać, że Bełchatów miał przeciwnika dobrze przeanalizowanego. Cały zespół ustawiony jest w tym przypadku wysoko. Żewłakow odcinał od krótkiego zagrania Arboledę, a Bożok trzymał się blisko Wołąkiewicza.

W efekcie Kotorowski musiał wybierać dalekie zagranie na środek boiska. Tam szanse Bełchatowa na zablokowanie poczynań Lecha były znacznie większe niż wybijanie go z rytmu przy rozegraniu od stoperów. To się GKS-owi udało.

Jeśli jednak gospodarzom udało się przedostać na połowę Bełchatowa, zespół przesuwał się do tyłu zagęszczając pole gry. W ten sposób nie pozwalał podopiecznym Jose Bakero na swobodne operowanie piłką. Poza tym Lechowi nie udał się manewr z rozszerzającymi pole gry bocznymi obrońcami, gdyż zawsze po bokach blisko nich pojawiali się zawodnicy Bełchatowa.

Linia defensywy konsekwentnie pilnowała też linii na Rudniewie. Gdy tylko Łotysz wchodził w głąb pola, linia defensywy przesuwała się do przodu.

Modyfikacje
Bakero widział, że znów coś nie funkcjonuje, bo nawet próby indywidualnych akcji Toneva czy Rudneva w najlepszym wypadku wyłapywał Sapela. W 2 połowie pojawił się Stilić, lecz ustawieniem nadal pozostało 4-2-3-1, lecz już w innej formie.

Zmieniła się także taktyka Lecha, bo stoperów nie było już trzech, lecz dwóch. Rozgrywanie piłki częściej należało do Kriwca i Stilicia. Bośniak o dziwo zajął miejsce na prawej stronie, lecz cały czas schodził do środka wymieniając się z Możdżeniem. Bardzo wysoko po prawej stronie grał Wojtkowiak.

Coraz częściej jednak Lech grywał dalekim podaniem właśnie do Wojtkowiaka, lecz braki techniczne nie pozwoliły na stworzenie zagrożenia – kiepskie przyjęcie piłki oraz zbyt mocne dośrodkowania. Lech miał przewagę, ale nie kreował okazji do strzału. Zabrakło też uderzeń z drugiej linii.

Od 80 minut Lech przeszedł na system 4-3-3 z Tonevem na lewej pomocy i był to pierwszy raz pod wodzą Bakero, kiedy naszym zdaniem Lech zagrał trójką napastników.

Goście zadowoleni z remisu przesunęli Bożoka bliżej obrony i ograniczyli się jedynie do kontr, które angażowały zaledwie 3 zawodników. Liczyli głównie na szybkiego Wróbla, ale ten wchodził w zmiany poziome z Kosowskim.

Jednak w tym okresie gry Bełchatów praktycznie nie stanowił zagrożenia. Na placu gry zapanował pat, bo gospodarze panowali na 70% boiska, lecz praktycznie nie przedostawali się na pozostałe 30%. Bełchatów z kolei poza dalekimi podaniami nie był w stanie zrobić nic innego.

Lechowi z kolei zabrakło pressingu na obrońcach GKS. Ci swobodnie operowali piłką, długą ją przetrzymując. Dodajmy też, że najgroźniejsze sytuacje lechici stworzyli właśnie po odebraniu piłki na połowie przyjezdnych. I gdy kibice w Poznaniu zaczęli skandować „Jak się skończy 0-0, to idziemy po Bakero”, a wszystko wskazywało na podział punktów, wtedy Bełchatów zdobył zwycięską bramkę.

Gol nie był taktyczną konsekwencją gry w ataku. Bełchatów dobrze bronił i nie dopuścił do stworzenia groźnych sytuacji przez Lecha. Owszem gol padł po kontrze, na które się nastawił, lecz przyczyna zdobycia gola leży w nieporozumieniu Kotorowskiego z Kamińskim.

Warto zwrócić uwagę, że Lech miał w tej sytuacji przewagę liczebną, co jeszcze bardziej podkreśla błąd w defensywie.

Reklama