Kick & rush – wtorkowy wieczór w Stoke

„To jest jedna z tych nocy, która zdefiniuje nie tylko historię i to z czym angielski futbol był i jest  identyfikowany, lecz również to jak wielką bronią dysponują odwieczni rywale tej ideologii. Jeśli nie będzie w stanie ona oprzeć się pociskom wylatującym z ramion Rory’ego Delapa, możemy być świadkami przewrotu we współczesnym futbolu” – krzyczał komentator do swojego mikrofonu, gdy na murawę Britannia Stadium wychodziły jedenastki Stoke City i Barcelony. Walka była tylko o ćwierćfinał rozgrywek europejskich, ale fanatyczna publiczność swoim rykiem przebijała każdy ze znanych finałów. Podopieczni Guardioli wychodzący ramie w ramie z wielkoludami Pulisa musieli przeklinać los, który kazał im stawić się w ten chłodny, deszczowy wtorkowy wieczór na Britannia. Nie wiedzieli jeszcze, że pogoda to najmniejszy z ich problemów.



Ostatni swój mecz w barwach reprezentacji Anglii Alf Ramsey rozegrał przeciwko Węgrom na Wembley w sławnej klęsce „ojców futbolu” 3-6. Jako jeden z niewielu, nie dzielił on ekscytacji, która towarzyszyła sztuczkom piłkarskim prezentowanym przez Madziarów, klepiących swoich sławnych rywali z niezwykłą łatwością. „Cztery bramki z ich sześciu padły po strzałach z dystansu. Nigdy nie powinniśmy tego meczu przegrać” – odrzucał inne teorie Ramsey. Wielu do dziś twierdzi, że ten pojedynek był jednym z bardziej kluczowych w historii angielskiego futbolu, był znakiem ostrzegawczym dla całej kultury, lecz takim, który ona przegapiła.
Porażka miała dać im nowy pogląd na to jak powinno się grać, tymczasem piłkarze, trenerzy i menedżerowie zdecydowali się robić wszystko, by zamiast efektowny styl kopiować, starać się jego zalety zniwelować. Dlatego sławne „Kick and Rush” nie wymarło i skutecznie opierało się kolejnym bolesnym klęskom, a wiara, że to jak Anglia gra w piłkę jest jedyną słuszną droga do zwycięstwa i sławy trzyma się mocno do tej pory. Do tego stopnia, że przed rokiem były piłkarz, a obecnie komentator sportowy Andy Gray po jednym z meczów Barcelony retorycznie spytał swoją publiczność: „Jakkolwiek wspaniale oni grają, czy Messi byłby w stanie to powtórzyć w deszczową, wietrzną wtorkową noc w Stoke?”

Jednak historia tego stylu jest równie długa jak sama tradycja kopania piłki w Anglii. I słowo „kopanie” jest kluczowym stwierdzeniem w tej teorii, które dopiero po kilku dekadach ewoluowało z „kick” w „long ball”. Jeszcze w dziewiętnastym wieku jakiekolwiek podawanie było na Wyspach uznawane wręcz za niemęskie, a piłkę pod bramkę rywali przemieszczano wszelkim sposobem – za szmacianką goniono hordami, czasem tylko mocniej posyłając ją przed siebie. Rewolucja rozpoczęła się od Szkocji, gdzie zdecydowano, że prymitywna sztuka prowadzenia futbolówki powinna zostać zastąpiona podaniami.
Jimmy Hogan nigdy nie poradził sobie odpowiednio na Wyspach, lecz jego metody – już wtedy, w pierwszych dekadach dwudziestego wieku, przedstawiane na tablicy w trakcie specjalnych wykładów – znalazły ujście w Europie, głównie Holandii i Austrii. Według jego teorii długie podania miały za zadanie wytrącić rywala z równowagi, lecz nie mogły być one po prostu bezmyślnymi kopnięciami, musiały być dokładne i wykonane z rozmysłem. Jednak wiedza i przemyślenia Hogana pozostały na kontynencie po tym, jak po Pierwszej Wojnie Światowej popadł w konflikt z prezydentem angielskiej federacji, który odmówił mu wypłacenia pełnego odszkodowania za okres internowania poza granicami kraju.
Jimmy Hogan na jednym ze swoich treningów
W 1925 roku angielska federacja uznała, że przestarzałe zasady ustanowione w 1866 powodują, że futbol nie jest już atrakcyjny i potrzebne są zmiany. Po serii testów potencjalnych rozwiązań, zdecydowano się zredukować liczbę zawodników przy regule spalonego co doprowadziło do znacznego wzrostu średniej zdobytych bramek w kolejnym sezonie. Lecz choć dla wielu było to okrycie godne nagrody Nobla, inni traktowali to jak kolejny upadek szans na rozwój futbolu w Anglii. Jedną z takich osób był Willy Meisl, brat Hugo, który do Austrii sprowadził Hogana. Po latach ten anglofil napisał, że właśnie przy zmianie kluczowego przepisu, piłka nożna straciła swoją niewinność, a zwyciężyła komercjalizacja. Po raz pierwszy.
Nastąpił złoty okres dla Herberta Chapmana w Arsenalu, gdzie zrewolucjonizował taktykę wprowadzając ustawienie W-M (3-2-2-3), którego zastosowanie spowodowało rozciągnięcie formacji drużyn na całą długość boiska oraz spadek znaczenia krótkiego podania. Jeszcze wtedy pisano, że zrywał on z tradycją będąc pierwszym menedżerem, który metodycznie zorganizował swój zespół, by wygrywał mu mecze. Zero inspiracji, zero magii, zero sztuczek, zero wolności. Kluczowy był kontratak, długie zagranie na wolne pole do napastników, jak to zwykł pokazywać Chapman swoim podopiecznym magnesami na specjalnej tablicy umieszczonej w szatni Kanonierów.
Anglicy, mimo kilku kompromitujących wpadek na arenie międzynarodowej (m.in. porażce z USA na MŚ w 1950), pozostawali niepokonani na własnym terenie i kipieli pewnością siebie przed „Meczem Stulecia” z Węgrami rozegranym 25 listopada 1953 roku. To co zdarzyło się wtedy na Wembley najlepiej opisał Geoffrey Green dla The Times: „Ktoś pomyślałby, że może futbolowa perfekcja znajduje się pomiędzy otwartą brytyjską metodą mocnego kopnięcia i tą oferującą dokładniejsze przenikanie szeregów rywala. Wczoraj, Węgrzy, z ich perfekcyjną grą zespołową, zademonstrowali ten właśnie złoty środek.” Swoboda ruchów zawodników Gusztava Sebesa wywołała dezorientację u rywali, a dzieła zniszczenia dokończył Nandor Hidegkuti występujący w roli cofniętej dziewiątki.
Jak pisze Jonathan Wilson w „Inverting the Pyramid” ta porażka nie była momentem w którym futbol angielski zaczął się staczać, lecz na pewno chwilą w którym zdano sobie z tego sprawę. Jak już jednak historia pokazała, jego rodacy zamiast naśladować styl Węgrów szukali wszelkich sposobów, by ich powstrzymać. Gdy zaledwie rok później na towarzyski mecz do Wolerhampton przyjechał Honved Budapeszt, media chciały wielkiego rewanżu. Mimo nieustających od kilku dni opadów deszczu, menedżer Wilków, Stan Cullis rankiem nakazał trzem najmłodszym podopiecznym murawę jeszcze dodatkowo nawodnić.
Stan Cullis jest legendą Wolverhampton
Początkowo nie zatrzymało to rywali, którzy już po piętnastu minutach prowadzili dwiema bramkami, lecz po przerwie błoto dało im się we znaki. Nie mogli wymieniać krótkich podań, a agresywnie atakujący gospodarze, posyłający piłkę górą, nie po murawie, zdobywali przewagę. W drugiej połowie nie tylko odrobili stratę, ale zdobyli też zwycięskiego gola. Prasa nie miała wątpliwości i na warunki czy rangę spotkania nie zwróciła nawet uwagi – Wolverhampton Cullisa obwołano nowymi mistrzami świata.
Musiał on jednak bronić swojej filozofii przed oskarżeniami o stosowanie „kick and rush” i starał się tłumaczyć to logicznie: „Im dłużej moi obrońcy zwlekają z wybiciem piłki spod własnego pola karnego, tym większa jest szansa, że to rywal strzeli bramkę. Jeśli zbyt wiele czasu budujemy akcję, to rzadziej mamy futbolówkę pod bramką przeciwnika i oczywiście zdobędziemy mniej goli.” W swojej teorii wspierany był przez Charlesa Reepa, oficera RAFu i… statystyka piłkarskiego z zamiłowania, który m.in. wyliczył, że ponad 91% ataków w badanych spotkaniach składa się z trzech i mniej podań. Jedną z osób, która sądziła, że to jest sposób w jaki sukces może być osiągnięty był Alf Ramsey.
„Jego idea mówiła, że im mniej podań wykonasz, tym większa jest szansa, że żadne nie będzie złe. Lepiej wykonać trzy proste, dobre niż dziesięć w których na pewno coś spartaczysz. Po trzecim powinieneś być już w pozycji do strzału” – zdradzał filozofię Ramsey’a Jimmy Leadbitter, jeden z jego podopiecznych w Ipswich Town. To właśnie tam wypromował się jako menedżer wygrywając w 1961 roku mistrzowski tytuł, mimo nieporównywalnie niższych kosztów budowy swojego zespołu. Zanim jego metody stały się oczywiste dla innych, on już był selekcjonerem reprezentacji, gdzie jako pierwszy w historii miał pełną władzę, bez wspierającego go komitetu. Inaczej taktyczna rewolucja nie miałaby racji bytu.
W przygotowaniach do Mistrzostw Świata w 1966 roku Ramsey nie był jednak zdecydowany na jedno ustawienie. Szukał i kombinował, grając raz 4-3-3, raz 4-2-4, z różnym skutkiem. Droga jego drużyny na szczyt była mozolna i mało spektakularna, co wynikało w równym stopniu ze stylu narzuconego przez selekcjonera, jak i ciągłych zmian formacji. Media domagały się wręcz, by nie wystawiał żadnych skrzydłowych, po tym jak przed turniejem po sukcesie jednego ze sparingów okrzyknęli jego ekipę mianem „Wingless Wonders” – w ostatecznym starciu z Niemcami, Ramsey postawił na 4-1-3-2 i się nie zawiódł. Kluczowa była zmiana w ataku, gdzie błyskotliwego Jimmy’ego Greavesa zastąpił doskonale grający w powietrzu i świetnie przytrzymujący piłkę Geoff Hurst. Jego decydujące trafienie z ostatniego spotkania było dla Ramsey’a perfekcyjne – proste, długie zagranie od Moore’a i mocne wykończenie akcji. Prostota i efektywność ponad wszystko.
Nic dziwnego więc, że skoro taki styl gry doprowadził Anglików do tryumfu, większość zespołów zaczęła wzór Ramsey’a stosować na ligowych boiskach. Na kolejną rewolucję musieli czekać kilka lat, gdy na europejskich salonach sparzył się ich potentat, Liverpool prowadzony przez Billa Shankly’ego. Do decydującej o zmianach dyskusji miało dojść po porażce z Crevną Zvezdą Belgrad w… tzw. bootroomie, gdzie do późnych godzin nocnych przy piwie rozmawiano o przyczynach klęski. Zebrany tam sztab szkoleniowy doszedł do jakże oczywistego wniosku, który na Wyspy przypłynął z kontynentu – nie możesz zdobyć bramki za każdym razem jak masz piłkę.
Liverpool rozpoczął więc adaptację klasowej piłki, stawiając krótkie podania, pressing i technikę ponad typowe do tej pory cechy angielskiego futbolu i inne topowe zespoły zaczęły również czerpać z ich europejskich doświadczeń. Jednak tam, gdzie wyrastały drużyny grające po murawie, musieli znaleźć się również obrońcy tradycji – ci, którzy jeszcze wierzyli w sprawdzony styl gry. Jedną z takich osób był Graham Taylor i jego Watford, gdzie w 1977 roku zatrudnił go sam Elton John z jednym zadaniem – w ciągu pięciu lat wyprowadzić znajdujący się na czwartym szczeblu ligowym klub na sam szczyt.
On, podobnie jak Chapman i Cullis, bronił swojej teorii stawiając ją z dala od bezsensownego kopania piłki na drugą stronę boiska. „Kiedy długie podanie zamienia się w dalekie kopnięcie?” – pytał. W 1983 roku jego zespół skończył na drugim miejscu w lidze, następnie przegrał dopiero w finale Pucharu Anglii, a Taylor tryumfował. „Nasz styl opiera się na ciągłym pressingu oraz ciągłej grze do przodu. Skoro niektóre zespoły robią to w ostatnich minutach, czemu my nie możemy robić tego od początku spotkania? Zadawaliśmy rywalom ciągłe pytania” – z uśmiechem mówił mediom.
Kolejnym świetnym przykładem na to, że mniejsze kluby przebijały się jeszcze na europejskie salony w ogarniętej pozytywną rewolucją Anglii był Wimbledon Dave’a Bassetta. On ostrzej odnosił się do krytyków preferowanego przez niego stylu gry, twierdząc, że w ich meczach jest więcej sytuacji podbramkowych niż w innych spotkaniach. „Nazywajcie nasz styl jak chcecie, my jesteśmy tu tylko po to, by wygrywać” – mówił, nie dbając o reputację. Rywale oskarżali ich o ostrą grę i to, że ich jedynym założeniem jest po prostu kopanie piłki z jak największą siłą przed siebie, gdy tylko znajdzie się w zasięgu ich wzroku. Jednak za tak nieskomplikowaną strategią, stały skomplikowane statystyki.
Dave Bassett
Bassett oprócz wymuszania na swoich piłkarzach ostrej gry, zastraszaniu rywali twierdził, podobnie jak Reep w przeszłości, że najwięcej bramek pada z akcji składających się z trzech i mniej podań. Wedle przywoływanych przez niego liczb, gola można strzelić nie tylko bezpośrednio z tego ataku, ale również wynikających z niego stałych fragmentów. Odrzucał teorie, które mówiły, że to najprostszy z możliwych sposobów na grę, tłumacząc, że do sukcesu potrzebna są godziny treningów i szkolenia schematów, np. gdzie posyłać piłkę. Jego zespół był zawsze doskonale przygotowany, a jednym z jego priorytetów było perfekcyjne rozpracowanie rywala. Dave Bassett nie pozostawiał niczego przypadkowi.
Po sukcesie drużyny Bassetta jego styl był kontynuowany przez innych menedżerów Wimbledonu i przełom lat osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych był jednym z najlepszych w historii klubu. Dopiero pod koniec dwudziestego wieku, wraz z problemami finansowymi, upadać zaczął ich charakter oraz status. Na ratunek w 1999 roku sprowadzony został Egil Olsen, także zwolennik gry długimi podaniami. „To futbol, który wymusza wysokie tempo, piłka często zmienia posiadanie i nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś może twierdzić, że to defensywny styl gry” – twierdzi Norweg do tej pory.
On sukcesu Bassetta nie powtórzył z różnych przyczyn, lecz sam nie pozostawia wątpliwości, że winę za jego i Wimbledonu porażki nie ponosi narzucony styl gry. „Źródłem naszej idei było przemieszczenie piłki jak najszybciej pod bramkę rywala, a długie podanie to tylko efekt poboczny teorii” – tłumaczył w wywiadzie dla trzeciej części The Blizzard. Uczeń Curtisa i dobry znajomy Reepa jasno rozróżnia swój styl gry nazywając go „forward football” i stawiając w opozycji do „backwards football”, który jest tak popularny we współczesnej piłce nożnej. „Roberto Martinez twierdzi, że im więcej podań wykonasz, tym większą masz szansę na zwycięstwo. To wszystko jest przeciwne temu co ja… Cóż, ja rozumiem, że statystyki można interpretować na różny sposób, lecz to nie ma żadnych podstaw!” – ze zdumieniem Olsen określa tę część futbolowej kultury.
Wraz z coraz odważniejszym lokowaniem przez angielskie kluby pieniędzy w zagraniczne talenty, Premier League stała się rozgrywkami o wielkiej różnorodności stylów, gdzie tempo nawiązuje do tego o czym mówili wyśmiewani menedżerowie Wolverhampton, Watfordu i Wimbledonu. Ich teoria opierała się głównie na szansach – im więcej ich stworzysz tym więcej zdobędziesz bramek, przytaczając wręcz odpowiednie liczby, średnie na poparcie swoich tezy. Niestety ich problem po dziś dzień pozostaje ten sam, a idealnie definiuje go Jonathan Wilson w swojej książce – pusta bramka z pięciu metrów nie może być równa przewrotce z trzydziestu. Olsen starał się storpedować tę teorię stopniując jeszcze szanse w osobnej skali, lecz krytycy rzadko chcą zapoznawać się z jego badaniami.
Premier League jest pełna szans, sytuacji podbramkowych i zamieszania w polu karnym, niezależnie od tego jak dobrzy piłkarze do niej trafiają, jaki styl narzucają im menedżerowie z Anglii lub zagranicy. Wielu twierdzi, że negatywna taktyka opierająca się na długich podaniach wciąż towarzyszy tamtejszej reprezentacji, a Franz Beckenbauer, po porażce Anglii 1-4 z Niemcami na Mistrzostwach Świata w 2010 roku powiedział, że Capello wcale ich zespołu nie rozwinął – co najwyżej cofnął w ciemne lata. Brak sukcesu na arenie międzynarodowej jest jeszcze bardziej bolesny, gdy przypomni się styl narzucony kadrze przez rodaka, Steve’a McClarena, który będąc selekcjonerem nie zakwalifikował się na Euro 2008. Kolejnym, który poprowadzi najważniejszą drużynę może być Harry Redknapp, a styl jego Tottenhamu jest jednym z bardziej ekscytujących w całej lidze. Oprócz miejsca w czołówce tabeli są również vice-liderami klasyfikacji ilości zagrywanych długich piłek na mecz – choć nie oznacza to oczywiście ciągłego rzucania futbolówek na głowę Adebayora.
Mimo wszystko w lidze wygląda to lepiej. Zeszłoroczny sukces Stoke City i ich występ w finale Pucharu Anglii doprowadził do wielu dyskusji nad tym jakie są limity drużyny Pulisa. Oczywiście klasa ich zawodników nie może się równać tym, którzy walczą o mistrza, zwłaszcza przy wąskiej kadrze i wciąż trwającej europejskiej przygodzie w pucharze drugiej kategorii, lecz tendencja jest jasna – co sezon zaskakuje zespół, który opiera się na kontrach i grze długimi podaniami, szybkim wykańczaniem mało skomplikowanych akcji. Najnowszy przykład? Newcastle United, które stosując agresywny pressing i „long balls” ostatnio rozbiło Manchester United 3-0 – zaledwie 13 z 47 podań ich bramkarza Tima Krula było dokładnych, ale i tak miało to pozytywne przełożenie na wynik. Wszystkie były posłane na połowę rywala, rzecz jasna.
Graham Taylor twierdzi, że zawsze rozumiał limity ograniczające jego zespół, wiedział, że znajdzie się rywal, który przebije się przez pressing, postawi im opór siłowy, nie dając narzucić sobie ich stylu gry. Kwestią więc pozostaje podstawowe pytanie – jak daleko może dojść np. Tony Pulis i jego Stoke City? Czy ramiona Delapa, głowa Croucha, siła Hutha i inne aspekty ich gry starczą tylko na coraz to mniejszą grupę przeciwników poddających się ich strategii? Czy we współczesnej odmianie „kick and rush” (nie da się zaprzeczyć, że w pewnych aspektach ujmującej i atrakcyjnej) widzimy wymierający gatunek futbolu?
Tony Pulis stara się wydłużyć jego żywotność jak tylko może, a baczni obserwatorzy zaplecza jego Stoke już alarmują, że zespoły juniorskie kopiują auty Delapa i kombinacje stałych fragmentów Walijczyka. Jeśli nawet „kick and rush” nie wymrze, a tylko zostanie wypchnięte poza piłkarskie elity to zawsze znajdzie się dla tego stylu gry miejsce w niższych ligach, gdzie wciąż dobrze kopiący piłkę bramkarze i stoperzy, świetnie grający w powietrzu napastnicy są bardziej w cenie niż błyskotliwi skrzydłowi i kreatywni pomocnicy. Także zaglądając poniżej struktur Football League odnajdziecie wielu kolejnych Bassettów, Cullisów i Chapmanów
Guardiola na konferencji prasowej nawet nie był załamany, był po prostu w szoku. Nie wierzył, że jego zespół nie tylko nie strzelił bramki, ale jeszcze przegrał. W pewnym sensie podziwiał rywali, ale nie chciał tego przyznać, zwłaszcza, że kilku jego podopiecznych kończyło mecz z mniej lub bardziej poważnymi urazami. Z kolei Pulis wcale nie tryumfował występując przed mediami. „Stworzyliśmy więcej szans niż nasi przeciwnicy, mieliśmy więcej stałych fragmentów gry. Przy różnicy wzrostu nie można się dziwić, że w końcu jedno z zagrań głową Petera Croucha znalazło się pod nogami niekrytego Kenwyna Jonesa, który w olbrzymim zamieszaniu skierował piłkę do siatki” – twierdził Walijczyk. Atmosfera oraz pogoda zrobiły swoje, lecz media piały z zachwytu nad przebiegłością, siłą oraz wolą walki jego podopiecznych, mimo widocznych niedoskonałości i różnic dzielących ich od genialnych rywali. Media nazwały ich nowymi mistrzami świata. Po dwóch tygodniach, na Camp Nou, Barcelona wygrała 5-0

Reklama