Tottenham 2-0 Everton: Rozpykani

Jeśli kiedykolwiek Czytelniku biegałeś za piłką po podwórkach czy szkolnych boiskach, z pewnością przejąłeś specyficzne słownictwo na nich obowiązujące. Oczywiście, oprócz różnych odmian łaciny – różnych dla części kraju choćby – są pewne terminy na określone zagrania. Na tym gdzie ja przyswajałem sobie piłkarskie obyczaje, gdy rywal wymieniał wiele podań zostawiając ciebie i innych w tyle, swobodnie strzelając bramkę, mówiło się, że zostaliśmy ‘rozpykani’. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, David Moyes mógłby powiedzieć dokładnie to samo o swoim Evertonie po meczu na White Hart Lane.


Przełożony z pierwszej kolejki mecz, przez rozróby tłumów w północno-wschodnim Londynie, tylko udowodnił, że racje mistrzowskie Tottenhamu mają wiele poparcia w faktach. Oczywiście można się sprzeczać o klasie zespołu z Goodison Park w tym sezonie, lecz nigdy łatwo punktów nie rozdawali, także na wyjeździe. Moyes lekko zaskoczył wyjściową jedenastką, choćby wystawiając dwóch nominalnych napastników (Saha i Anichebe), gdy w ostatnich miesiącach zdarzało mu się nie wysyłać nawet jednego. Z kolei Harry Redknapp, pod nieobecność Ledleya Kinga, w środku obrony postawił na Dawsona i Kaboula, cały zespół ustawiając w 4-4-1-1.
Od samego początku spotkania Tottenham dominował, zwłaszcza dzięki grze w środku pola, lecz tym razem nie błyszczał Luka Modrić, a z cienia chorwackiego rozgrywającego wyszedł Jake Livermore, który tego dnia błyszczał. Widać na załączonej grafice jego podania w całym meczu – z 77 zaledwie jedno było niecelne co daje 99% dokładność. Co prawda wykreował on zaledwie jedną szansę, lecz wszystkie jego podania w tercji ofensywnej były dokładne, a zadaniem Livermore’a na ten mecz było skuteczne przenoszenie ciężaru gry z jednej strony na drugą, spod jednego pola karnego do drugiego – wszystkie jego dziesięć podań z defensywy do ataku (długie zagrania) było celnych. Najważniejsze dla Tottenhamu było to, że Livermore grał bardzo szybko, głównie na jeden kontakt – EPL Index naliczył mu zaledwie 87 dotknięć piłki co przy 77 podaniach jest rewelacyjnym wynikiem.
Ważna była również gra w ofensywie, choć tym razem Everton został całkowicie stłamszony i ich najciekawszą akcją była ta po której Drenthe domagał się rzutu karnego w drugiej połowie, to mimo wszystko warto również podkreślić wysiłek zawodników drugiej linii Tottenhamu w tym meczu. Livermore siedmiokrotnie wygrywał piłkę w środku pola, raz odzyskał jej posiadanie w defensywie. To, że Tottenham dominował w posiadaniu piłki, a Everton w próbach odebrania jest widoczne w statystykach – 33 przejęcia zanotowali goście, 13 ich rywale, gdy skuteczność w pojedynkach jest również na korzyść drużyny Moyesa – 88% (z 17) do 55% (11). Jedynie przewagę Tottenham miał w powietrzu, wygrywając 17 z 30 pojedynków, lecz nie miało to żadnego wpływu na losy spotkania, ponieważ wszystko co ciekawe, działo się na murawie.
Interesujące są liczby, które można powiązać z rozłożeniem ciężaru gry w Tottenhamie. Pamiętając ostatnie spotkania w których Harry Redknapp desygnował do gry zespół bez klasycznego prawoskrzydłowego – jak sam mówił, kazał np. van der Vaartowi biegać gdzie sam będzie chciał – tym razem jego zespół był bardziej zbilansowany. Na mapie podań dokładnych Tottenhamu widać, że ciężar gry na skrzydłach, jak i na całej połowie Evertonu, jest rozłożony równomiernie, natomiast z dokładniejszych statystyk można domyślić się, że taki był nakaz z góry – jedna czwarta tzw. Open Play Passes była wykonana do prawej strony, natomiast zaledwie 11% do lewej. Mimo tego równy podział nie powinien dziwić – Tottenham większość swoich akcji przeprowadza właśnie zaczynając od lewej i dopiero w razie niepowodzenia, zwykle spowodowanego dobrym kryciem Bale’a, przenoszą ciężar na drugą stronę. Gdy w składzie brakowało Lennona, kończyło się tym, że podwójną pracę musiał wykonywać Walker (i tak aktywny w tym meczu), schodził tam Adebayor lub pozostawało szukanie podań prostopadłych. Zresztą dwie bramki przez nich zdobyte w meczu z Evertonem poprzedzone zostały właśnie przeniesieniem ciężaru gry.
Czy warto coś dodać o grze Evertonu? Wypadli bardzo blado, a eksperyment z dwoma napastnikami – w wypadku Moyesa można mówić o kombinacji w tej kwestii – nie sprawdził się kompletnie na trudnym terenie. Pewnie chciał Szkot przetestować solidność defensorów rywali, lecz wyszło to kiepsko – jego zespół po raz trzeci w sezonie nie oddał żadnego celnego strzału i mimo całkiem dobrej defensywy (są w czołówce pod względem najmniejszej ilości straconych bramek), ich dorobek strzelecki jest bardzo mizerny (dwadzieścia w dwudziestu meczach).
Pozostaje więc próba odpowiedzi na pytanie nurtujące wszystkich kibiców angielskiej Premier League. Czy po zrównaniu się punktami z Manchesterem United w ligowej tabeli – a warto pamiętać, że w 10 z ostatnich 20 sezonów mając 45 punktów na tym etapie rozgrywek Tottenham byłby liderem – można liczyć na udany mistrzowski pościg podopiecznych Redknappa? Na pewno są oni w lepszej sytuacji niż Arsenal i Chelsea, zarówno pod względem kadrowym (co może brzmieć kontrowersyjnie), jak i stylu i skuteczności gry.
W tym sezonie pokazali już, że potrafią grać i wygrywać, gdy dominują, lecz potrzeba im także tej umiejętności, którą w meczu ligowym pokazał Manchester City na własnym boisku z Liverpoolem, wygrywając 3-0. Wtedy zawodnicy Manciniego wymienili dwukrotnie mniej podań, ale rywal był bez szans – ważniejsze jest więc jednak pytanie, czy Redknapp kiedykolwiek pozwoli swojej drużynie, by grała tak jak wtedy Citizens? Tu można mieć sporo wątpliwości, przecież nie przywykł do tego, że to jego Tottenham ma być tym ’rozpykanym'

Reklama