Real M. – FC Barcelona 1-2: drużyna specjalnego traktowania

Kolejne Gran Derbi nie przyniosły Realowi wielu powodów do radości. Przebieg meczu był podobny do poprzednich tego typu pojedynków. Twardy pressing Realu był w stanie powstrzymać maszynkę Barcelony, ale tradycyjnie tylko do pewnego momentu. W drugiej połowie przyjezdnym udało się opanować sytuację i przełożyć ogromną przewagę w posiadaniu piłki na bramki.


Niespodzianki na start

Mourinho postawił na dość zaskakujące 4-3-3 z trójką pomocników o charakterze defensywnym. Żaden z nich nie angażował się zbytnio w rozegranie akcji, które Portugalczyk starał się maksymalnie uprościć. Niespodzianką był Altintop na boku obrony, teoretycznie zaś operujący na tej samej flance Benzema grał dużo głębiej w środku, dodatkowo zagęszczając pole. Na dość słabo wysuniętej szpicy ustawiono Higuaina, po lewej dość dużą swobodę taktyczną otrzymał Ronaldo.

Barcelona zaczęła w czymś pomiędzy 4-6-0 a 4-5-1. Najbardziej wysuniętym zawodnikiem był Sanchez, za nim to tu to tam operował Messi, wspierany przez Fabregasa, od skrzydła to wszystko próbował wspomagać Iniesta. Klasycznie po drugiej stronie o szerokość miał dbać wchodzący z defensywy Alves.

Nihil novi

W praktyce gra ograniczyła się do rozbijania akcji Barcelony przez trójkę defensywnych pomocników Realu, wspieranych przez Higuaina i jak najszybszym uruchamianiu prostopadłym podaniem Ronaldo. Alonso, Pepe i Diarra, często wspomagani przez Benzemę starali się maksymalnie utrudniać rozegranie środkowi Barcelony, operując blisko siebie, a także blisko defensywnego kwartetu. Początkowo Real bronił się dość wysoko, z czasem jednak cofał się coraz głębiej. Miało to sens po tym, kiedy kilka prostopadłych piłek charakterystycznych dla Barcy przedzierało się do wychodzącego na pozycję Sancheza. Ustawienie linii obronnych bliżej bramki zagęszczało dodatkowo pole gry oraz umożliwiało w razie dalszych podań wykorzystanie Casillasa w interwencjach.

Siła złego na Alvesa

Istotnych było kilka indywidualnych pojedynków na placu gry. Po pierwsze Alves miał sporo problemów z Ronaldo i kilkakrotnie pozwolił Portugalczykowi uciec, co doprowadziło też do gola. Obrońca Barcelony momentami za bardzo zapuszczał się do ofensywy, zaś brak asekuracji prowadził do tego, że skrzydłowy Realu mógł sobie pozwolić na wiele. Dodatkowym utrudnienie dla defensora Katalończyków był fakt, że żaden z jego partnerów nie stanowił przeciwwagi dla wspomagającego Ronaldo Coentrao, co sprawiało, że Real miał na swojej lewej flance sporą przewagę sytuacyjną. Zmieniło to dopiero kurczowe trzymanie się tyłów przez Alvesa oraz domykanie krycia po prawej stronie przez schodzących tam co jakiś czas Messiego lub Sancheza.

Real po grecku

W środku sprawa wyglądała jeszcze prościej. Alonso trzymał się blisko Fabregasa, Diarra blisko Xaviego a Pepe poza uprzykrzaniem życia Messiemu dodatkowo ubezpieczał kolegów. Jeśli dodać do tego często grę Altintopa przeciwko Inieście i sprowadzenie roli Higuaina do uniemożliwiania Busquetsowi zbyt długiego holowania futbolówki, mamy obraz tego, w jaki sposób Mourinho próbował zatrzymać Barcelonę. Może i było to działanie bardzo proste, prymitywne i nieprzystające do gry teoretycznie dwóch równych rywali, ale po pierwsze – całą pierwszą połowę działało przyzwoicie, po drugie – liczy się wynik, a grając podobną filozofią Grecy zdobyli mistrzostwo Europy.

Jeszcze nie Inter

Real grał podobnie jak Inter, ostatnia drużyna, która była w stanie pokonać Barcelonę. Nad tamtą ekipą Mourinho pracował jednak dłużej, udało mu się jednak osiągnąć stan, w którym była ona w stanie kurczowo trzymać dyscyplinę taktyczną przez 90 minut. Real jeszcze tego nie umie. Potrafi podobnie jak Inter wyprowadzić w meczu jedną – dwie akcje i zdobyć gola, ale nie jest w stanie funkcjonować cały mecz jak maszynka, która unika błędów w ustawieniu. A tych w tym spotkaniu nie brakowało. Carvalho łamiący linię spalonego czy błąd Pepe przy wyrównaniu to sytuacje, które Interowi nie zwykły się zdarzać. Znamienne jest to, że Barcelona ciągle dysponuje przewagą zaskoczenia nad Królewskimi. Gol Abidala to kataloński klasyk: zmuszenie rywala do maksymalnego zwarcia szeregów, zwieńczone niesygnalizowanym, rozciągającym podaniem do wbiegającego znikąd bocznego obrońcy. Wystarczyło jednak, że nie był to tradycyjnie grający w ten sposób Alves, a trzymający przez większość meczu tyły zawodnik z drugiej flanki.

Madrycka panika

Po stracie pierwszego gola Real po raz kolejny zamiast szukać uspokojenia we własnych szeregach, zaczął, mówiąc kolokwialnie, głupieć. Bardzo dobrze radzący sobie do tej pory Altintop cofnął się na tyle, że mnóstwo miejsca miał Iniesta, mrówcza praca Fabregasa w środku pola raz po razie wyciągała z pozycji Alonso, co nieco rozluźniało zwarte do tej pory szeregi madrytczyków. Na to tylko czekali Iniesta czy Messi, którzy w końcu mogli sobie pozwolić na nieco więcej przy małej grze. Efekt był wiadomy – spóźnieni gracze Realu musieli uciekać się do fauli, kwestią czasu wydawało się, że któryś z nich opuści boisko. Kolejne ostrzeżenia arbitra i żółte kartki powodowały, że Barcelona miała więcej swobody przy rozegraniu, co w końcu zaowocowało drugą bramką.

W nadziei na cud

Zmiana Realu na 4-2-3-1 była trudna do zrozumienia. Gospodarze zaczęli przegrywać walkę w środku pola, tymczasem wiadome było, że Oezil do asekuracji nada się jeszcze mniej. Być może Mourinho liczył na jakieś jego błyskotliwe rozegranie z Ronaldo, indywidualną akcję, albo uruchomienie Portugalczyka prostopadłą piłką. Nic jednak z tego, Oezliowi chyba ani razu nie udało się minąć z piłką linii wyznaczanej ustawieniem Busquetsa. Albo tracił piłkę jeszcze wcześniej, albo przy udanym pierwszym zagraniu Niemca, defensywny pomocnik Barcelony ustawiał się na tyle dobrze, że o zagraniu do Ronaldo czy Callejona nie mogło być mowy, nie wspominając o osamotnionym Benzemie.

Barcelonie było to jak najbardziej na rękę, trzymała Real w szachu, kontrolowała posiadanie piłki. W pierwszej połowie madrytczykom udawało się przeszkadzać gościom w grze. Ryzyko kolejnych kartek połączone z osłabieniem strefy środkowej wprowadzeniem ofensywnego zawodnika sprawiło, że nie byli w stanie ani utrzymywać się przy piłce, ani nawet za bardzo przyjezdnym jej odebrać. Realowi taki obrót sprawy tradycyjnie działał na nerwy, co powodowało pogorszenie się jakości widowiska. Wynikało to jednak głównie z faktu, że z biegiem meczu piłkarze Mourinho tracili koncentrację. Trudno mówić o zmęczeniu fizycznym, Królewscy trzymali się na tyle blisko siebie, że nie musieli biegać wiele. Po raz kolejny jednak swoje zrobiła nieumiejętność trzymania się założonego schematu przez cały mecz. I tym razem starczało kilka prostych manewrów Barcy w środku, żeby w późniejszej fazie meczu stworzyć sobie miejsce na rozegranie.

Mourinho miał do wyboru: utrzymać ustawienie i liczyć na bliską zeru szansę, że wypali jakaś kontra, albo spróbować zagrać ofensywniej i mieć nadzieję na cud, że mimo wyraźnego taktycznego osłabienia uda się jakaś złota akcja. Wygląda to niestety trochę jak zagranie pod publikę – sprawiał wrażenie, że jednak zależy mu na grze o chociażby remis, tymczasem tą zmianą praktycznie się szansy na to pozbawiał.

Czy można inaczej?

Pomysł Realu był całkiem niezły, natomiast z wykonaniem znowu poszło marnie. Barcelona jest drużyną specjalnego traktowania i żeby z nią wygrać, trzeba grać mniej więcej tak, jak madrytczycy w pierwszej części meczu. Będzie to jednak wymagać koncentracji przez 90 minut na najwyższym poziomie, na którą w tej chwili jeszcze Realu nie stać. Mourinho jednak musi poszukać sposobu na to, by jego podopiecznym udała się ta sztuka. W przeciwnym razie plany taktyczne będzie można wrzucić do kosza. Barcelonę stać na to, aby drużynę, która popełnia błędy ograć z marszu. Rywal musi tymczasem wznieść się na swoje wyżyny i utrzymywać optymalną dyspozycję przez 90 minut. Realu póki co na to nie stać. Czy kiedyś będzie? Prawdopodobnie tak. Ale to na Barcelonę i tak starczyć nie musi.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama