Premier League do Tablicy XIV

Zapraszamy na kolejny odcinek rozpracowywania tablic udostępnianych za darmo na stronach Guardiana pod nazwą Chalkboards oraz odczytywania statystyk z Premier League, które można subskrybować na serwisie EPL Index. W tym odcinku swój występ na Taktycznie sprawdzić będą mogli Ramires z Chelsea, Evans z Manchesteru United, a szeroko i dokładnie porównani zostali zawodnicy, którzy starli się w niedzielę na Liberty Stadium – Theo Walcott i Nathan Dyer.


Zaczynamy od ekscytującego pojedynku dwóch zespołów, które mają ponoć najwięcej wspólnego z Barceloną. Nazwana przez angielskich dziennikarzy Swanseloną drużyna Brandona Rodgersa wygrała 3-2 z Arsenalem Wengera, czyli ekipą, która najbardziej kojarzy nam się z katalońskim graniem jeśli chodzi o zespoły Premier League. Najbardziej skupię się na zawodnikach ofensywnych, strzelcach bramek dla obu drużyn, którzy mają więcej wspólnego niż Wam się wydaje.
Spoglądając na same kariery Nathana Dyera i Theo Walcotta można znaleźć ciekawe punkty odniesienia – obaj byli ważnymi ogniwami w zespole akademii Southampton, który dotarł do finału FA Youth Cup w 2005 roku. Starszy o dwa lata Dyer nie był jednak uznawany za tak wielki talent jak Walcott i zamiast transferu do Premier League, ogrywał się na różnych wypożyczeniach rozgrywając w cztery lata tylko trzy razy więcej meczów dla Świetych co Walcott w niecałe osiemnaście miesięcy – a trzeba pamiętać, że obecny reprezentant Anglii odchodząc do Arsenalu miał ledwie siedemnaście lat…
Pojedynek na Liberty Stadium mógł być okazją dla Dyera na udowodnienie, że jego umiejętności niesłusznie pomijano, choćby przy powołaniach do młodzieżowych reprezentacji Anglii (Theo ma ich 39, Nathan 0). Udało mu się to w stu procentach – strzelił bramkę, był (wątpliwie) faulowany przez Ramseya na rzut karny oraz generalnie pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Zupełnie inaczej od Theo Walcotta, który mimo podobnego występu (patrzcie na grafikę uderzeń, niemal identyczna! To pokazuje generalnie ulubione pozycje obu piłkarzy z jakich starają się zagrozić rywalom) był po stronie przegranych i jego popisy oceniono bardzo krytycznie.
Zresztą Walcott od dłuższego czasu walczy z wizerunkiem zawodnika tylko i wyłącznie szybkiego, pozbawionego „piłkarskiego mózgu” (jak określił kiedyś go jeden z ekspertów Match of the Day). O co chodzi z tym ostatnim? Otóż ponoć nie czyta on gry, nie realizuje zadań taktycznych, nie wpływa na zespół w takim stopniu na jaki pozwala mu jego talent. I rzeczywiście, Walcott ma pewne ograniczenia – jak na skrzydłowego bardzo słabo dośrodkowuje (zaledwie 14% udanych prób w tym sezonie), zbyt rzadko wykorzystuje dobre szanse (8% skuteczności!) i generalnie często w meczach… znika.
Z kolei dla Nathana Dyera to pierwszy sezon w Premier League i już udany, jak i dla całej Swansea – on sam strzelił trzy bramki, a występami takimi jak z Arsenalem potwierdza, że jego talent w poprzednich sezonach większe kluby po prostu przeoczyły. Jednak i on ma swoje niedociągnięcia – przykładowo, nie ma jeszcze żadnej asysty w tym sezonie. Jest bardzo groźny jako indywidualista – udanych dryblingów ma dwa razy więcej niż Walcott (16-8), podobnie z przechwytami piłki (21-11) i mimo że oddał dwa razy mniej strzałów niż kolega z Southampton (18-36), zdobył tyle samo bramek co on. Co jednak jest ciekawsze to udział w grze zespołu, nie indywidualne osiągnięcia.
Ze względu na styl gry Swansea i stosowany przez zespół Rodgersa bardzo wysoki pressing, Dyer ma pięć razy więcej pojedynków podjętych niż Walcott (39-8) i z 80% wychodzi zwycięsko, co jest rewelacyjnym osiągnięciem. Dyer brał również udział w 233 tzw. starciach 50-50 na murawie, wygrywając połowę – wynik o kilka procent lepszy od Walcotta, który angażował się w nie zaledwie 161 razy. Zwykle skrzydłowi ich pokroju raczej nie koncentrują się na rozegraniu piłki, lecz akurat w przypadku Swansea i Arsenalu futbolówka zwykła chodzić od jednego do drugiego zawodnika – mimo to lepsze statystyki ma zawodnik beniaminka. Z 621 podań 80% było celnych (497), a Walcott z 523 dokładność ma o 10% niższą (71%). Potwierdzenie tych danych znajdujemy w bezpośrednim starciu – choć statystyki ich podań są niemal identyczne, to Dyer wykonał więcej dryblingów, miał więcej pojedynków wygranych, starć oraz mniej strat piłki.
To może pokazywać, że skrzydłowy Kanonierów faktycznie ma pewne problemy z włączaniem się w grę zespołu, a na pewno nie robi tego tak dobrze jak Dyer. Materiał porównawczy jest bardzo dobry, gdyż obaj rozegrali po 20 spotkań w tym sezonie ligowym i choć oczywiście doświadczeniem młodszy bije starszego, talentem zapewne również, to są aspekty gry, które po obserwacji swojego kolegi z Southampton mógłby Walcott poprawić. Ich występy oraz możliwości jakie dają drużynom, również tak do siebie podobnych, udowadniają, że przy tak określonym stylu gry zapotrzebowanie na graczy ich pokroju jest spore.
Andre Villas-Boas, pod nieobecność Daniela Sturridgea, na prawym skrzydle wystawia Ramiresa, który zarówno w meczu z Wolverhampton jak i Sunderlandem zaprezentował się więcej niż przyzwoicie. Jego energia oraz siła pozwalają mu na nieco szybsze rozwiązywanie akcji niż Anglik zwykle tam grający, co oczywiście nie znaczy, ze gra lepiej – wystarczy spojrzeć  na osiągnięcia Sturridgea z tego sezonu, by uznać, że to wyjątkowo silne ogniwo w zespole Portugalczyka. Traktując go jednak jako zastępstwo, patrzymy jak radzi sobie Chelsea w nieco innym ustawieniu podyktowanym takimi zmianami.
Jak zwykle, większa koncentracja dryblingów (patrz tablica) była w meczu z Sunderlandem na prawym skrzydle. Wynika to z faktu wolnej roli jaką dostaje Juan Mata (dośrodkowanie z prawej strony do Torresa przy bramce Lamparda wyszło właśnie od niego, nominalnego lewoskrzydłowego) oraz tego, że Ramires chętniej trzyma się swojej flanki. Oprócz jednak zwrócenia uwagi na ten trend obciążenia jednego skrzydła przy akcjach Chelsea, chciałbym szybko porównać to jak gra Ramires na środku, a jak na boku pomocy.
Największa różnica jest oczywiście w kierunku podań, nie zaangażowaniu. Grając na środku 46% jego podań była kierowana do przodu, teraz najwięcej z nich (40%) wędruje w kierunku odwrotnym. Dużo częściej traci on piłkę (na skrzydle co 23 minuty, na środku co 51), ale i częściej drybluje oraz kreuje więcej szans (2 z samym Sunderlandem przy 15 w całym sezonie!). Co ciekawe, nowa pozycja pozwala mu na rzadsze branie udziału w starciach niż na środku, choć w ilości wygranych pojedynków należy on do ligowej czołówki.
Kolejnym zawodnikiem na którego zwrócę uwagę, jest Jonny Evans, który powrócił do ligowego składu United po fatalnym występie Phila Jonesa na środku obrony z Newcastle. Mimo tego, że i w teorii, i w praktyce było to dużo łatwiejsze spotkanie niż wyjazd na St James’ Park, to Evans po raz kolejny udowodnił, że powinien być póki co partnerem Ferdinanda w środku obrony mistrzów Anglii. Można zaryzykować twierdzenie, że prezentował on się najlepiej z całej defensywy i także dzięki niemu Bolton nie mógł zagrozić United na Old Trafford. Spójrzmy więc w tablice i liczby.
Oprócz bardzo dobrej statystyki podań (zauważcie jak wysoko podchodził Evans i rozgrywał piłkę, odważniej niż Ferdinand, warto zauważyć) – z 58 aż 51 było dokładnych, wygrał wszystkie swoje pojedynki oraz 4 z 5 starć na murawie. Zaliczył również dwa przechwyty i sześciokrotnie odbierał piłkę rywalom co dopełnia obraz nie solidnego, lecz bardzo dobrego występu stopera United. Przy tak pewnie grającej parze stoperów, choćby przez wzgląd na ilość sezonów, które Ferdinand z Evansem spędzili na murawie Old Trafford razem, nie wydaje się, że Phil Jones mógłby wrócić na tę pozycję w najbliższej przyszłości. Ferguson zapewne będzie szukał dla niego miejsca w środku pomocy lub na prawej obronie, gdzie grał on już w tych rozgrywkach Premier League.

Reklama