Premier League do Tablicy VIII

To już ósmy odcinek przygody Taktycznie z Chalkboardami Guardiana w tym sezonie i na pewno nie ostatni. Jak co kolejkę Premier League zaglądamy na boiska w Anglii, grzebiemy w indywidualnych statystykach zawodników, czasem nawet rzucamy okiem na całe zespoły, tylko po to, by wyciągnąć z tego wnioski. Wspaniałomyślne czy nie, ocena należy jak zwykle do Was. Zapraszamy.


Co w Chelsea? Kryzys, szanowni Czytelnicy. A gdy on zawita na Wasz stadion, bądźcie przekonani, że nagle piłkarze zapominają jak się gra, trener dokonuje ruchów wyłącznie nerwowych, a kibice zwalniają jednych i drugich. W wypadku Chelsea wszystko dzieje się naraz i na oczach wszystkich Premier League zainteresowanych, a dowodem tego mecz z Liverpoolem. Kolejna okazja by się odbić zaprzepaszczona, pytanie więc dlaczego? Spieszę z odpowiedzią.
Andre Villas-Boas nie jest człowiekiem naiwnym i głupim, nawet on widząc, jak trudno idzie Chelsea gra w jego nowym systemie, chciał w niedzielnym spotkaniu trochę przypomnieć swoim piłkarzom, że w poprzednim sezonie jeszcze kopać piłkę potrafili. Tak więc zmieszał swój nowy system ze starym graniem – między innymi z użyciem długich zagrań na wysuniętego Drogbę. Problem w tym, że efekt zamiast być pozytywny, w zasadzie pomógł Liverpoolowi.
Chelsea w pierwszej połowie była zespołem… bardzo rozciągniętym. To podstawowy i banalny błąd. Poszczególne formacje źle ze sobą współpracowały, rzadko udawało się udanie rozegrać akcję. Rozwiązaniem miały być długie piłki na napastnika, ale te zagrania były albo fatalne, albo udanie Drogba był od nich odcinany. Co więcej, przez to rozciągnięcie ustawienia wzdłuż boiska Chelsea straciła bramkę – krótkie rozegranie jakby zaskoczyło większość zespołu i trójka Terry, Luiz i Mikel została sama na czterech rywali. Reszta patrzyła jak Liverpool po odbiorze rozklepuje ich kolegów i wychodzi na prowadzenie.
Co więc zrobił Villas-Boas w przerwie? Przede wszystkim nakazał poprawę i skrócenie pola gry. Dodatkowo przestawił zespół na 4-2-3-1, wprowadził Sturridge’a i dzięki temu uzyskał przewagę w strefie pod bramką gości. Jak widzicie na zaprezentowanym obrazku, najlepiej jest to widoczne na podaniach Drogby – w pierwszej połowie w zasadzie niezaangażowany, w drugiej bardzo (jak na siebie i specyfikę swojej gry). Poprawa była natychmiastowa i powinna dać do myślenia Portugalczykowi, nawet mimo porażki. Czy to ustawienie jest rozwiązaniem kłopotów Chelsea?
Alex McLeish powinien być i jest ostro krytykowany za to jak przygotował swój zespół do meczu z Tottenhamem. Łatwe zwycięstwo gospodarzy w poniedziałkowym meczu tylko podkreśliło wady systemu Szkota, a Aston Villa nawet przez moment nie zagrażała swoim rywalom. Zadziwiającą decyzją było choćby wystawienie Emile’a Heskey’a na lewej pomocy… wysoki napastnik chyba nigdy tak długo nie musiał w swojej karierze skupiać się na grze defensywnej, zwłaszcza, że przeciwko sobie miał Aarona Lennona, który jest jego zupełnym przeciwieństwem.
Co chciał więc osiągnąć Szkot? Przede wszystkim nakazał Givenowi dystrybucję piłek właśnie na pozycję wysokiego Anglika, by on zgrywał je do środkowych napastników, Darrena Benta – to zobaczycie na jednej części zaprezentowanej grafiki. Mógł Heskey także wywalczyć kilka stałych fragmentów gry… Liczył bowiem, że wobec większego obciążenia ofensywnego Kogutów lewej strony boiska, Walker będzie musiał asekurować środek defensywy, zostawiając sporo miejsca jego zawodnikom, pamiętając również o różnicy wzrostu Heskey i Lennona, oraz ofensywnych inklinacjach tego drugiego. Tymczasem Heskey przegrał większość pojedynków główkowych (6-4, te nieudane zaprezentowane na dolnej części grafiki), lecz futbolówki do niego docierały – głównie jednak zagrane bezpośrednio, nie na rywalizację z innym zawodnikiem. No i najważniejsze – nie przyniosła ta taktyka żadnych korzyści jego drużynie, a Heskey, choć starał się jak mógł, bardziej skupiony był na defensywie – do czego przyzwyczajony nie jest – niż pomagał rozgrywać Aston Villi na połowie rywala.
Ostatnia tablica w tym odcinku dotyczy dwóch napastników z meczu Manchesteru City i Newcastle. Wiele osób do dzisiaj zastanawia się skąd wzięła się wspaniała forma podopiecznych Alana Pardew, wręcz wskazując na doskonałą formę strzelecką Demba Ba. Jeśli pamiętacie poprzednie odcinki to na pewno wiecie już, że to napastnik, którego najsilniejszą stroną jest wykończenie akcji. To zaleta i przekleństwo, ponieważ jego pomoc w meczu, gdy trzeba było popracować ciężej, przytrzymać piłkę, rozegrać, była znikoma. Jeszcze z podaniami się udawało, choć większość zagrań była bardzo łatwych – z czternastu podań (trzynaście dokładnych) w całym meczu jedno było dłuższe niż dziesięć metrów – to więc pokazuje, że skala trudności tych zagrań (głównie do tyłu) była wręcz banalna jak na ten poziom.
Najważniejsze w specyfice jego podań było to, że wszystkie zaliczone zostały w środkowej strefie, żadne pod bramką Manchesteru City. Oczywiście, oddał trzy strzały na bramkę rywala (wszystkie z pola karnego…), ale to jego najsilniejsza strona, tego się od niego wymaga. Na grafice przedstawiam porównanie jego gry z występem Mario Balotelliego, który bardzo angażował się w grę swojego zespołu. Co ciekawe, mógł sobie to odpuścić – za plecami miał wielu zawodników odpowiedzialnych za rozegranie i odbiór, a swój występ mógł ograniczyć do, potocznie mówiąc, „dokładania nogi do pustej bramki”. Wybrał walkę na całym boisku i zebrał za to pochwały, całkiem słuszne. Tymczasem Demba Ba wszystkie swoje pojedynki przegrał, raczej pozostając niewidzialnym na boisku. Pytanie więc do Alana Pardew – czy na tyle talent napastnika jest ograniczony, specyficzny, że nie chce rozwijać jego roli, nie wymaga tego od niego? Czy po prostu bramki w innych meczach są ważniejsze niż spotkania z lepszymi rywalami? Prawda jest taka, że jak raz Newcastle wejdzie na wyższy poziom, to znaczenie rywalizacji z takimi zespołami jak City się zwiększy i również od swoich napastników powinien on wymagać więcej.

Reklama