Premier League do Tablicy VII

Miło nam jest poinformować, że na polskiej scenie blogowej pojawiły się także Chalkboardy w innym wydaniu niż tylko te prezentowane co tydzień na Taktycznie. Wierzymy, że choć trochę przyczyniliśmy się do tego, że inni również zabrali się za próby wytłumaczenia piłki nożnej, jej trendów oraz ciekawostek poprzez tablice. Przypominamy, że osoby będące zbyt leniwe, by od razu o tym blogować, mogą swoje propozycje Chalkboardów składać w każdej chwili pod redakcyjnym adresem e-mailowym lub w komentarzach. Każde zgłoszenie zostanie dokładnie sprawdzone. W tym tygodniu przyglądamy się przemianie Rooney’a, szukamy najlepszej pozycji Ivanoviciowi, obserwujemy jak gra Wright-Phillips i co też odstawiło Fulham w ostatnich 30 minutach derby z Tottenhamem.


Wayne Rooney to urodzony napastnik, bezapelacyjnie. Świetnie wyszkolony technicznie, dysponujący bardzo dobrym dryblingiem, szybki, potrafiący powalczyć bark w bark z rywalem, nieźle grający tyłem do bramki, wykańczający akcje z bliska i z dystansu. We wszelkich rankingach, skarbach kibica, statystykach i biografiach jest przedstawiany właśnie jako snajper, nie środkowy pomocnik. Tymczasem w meczu z Sunderlandem nie grał w tej roli. Co więcej, już od dłuższego czasu zauważalny jest trend w Manchesterze United, który sprowadza się do wykorzystania Anglika w rozegraniu piłki w środkowej strefie, zwłaszcza wobec braku zawodnika na tej pozycji o wysokiej klasie. Jego inklinacje do walki w defensywie były już doskonale znane od momentu błyśnięcia w Evertonie, a sir Alex Ferguson tylko umiejętności utalentowanego napastnika rozwinął w pożądanym przez siebie kierunku.
Przyglądamy się ostatniemu spotkaniu United z Sunderlandem – głównym zadaniem Czerwonych Diabłów było zachowanie czystego konta i poprawa gry w defensywie, co było doskonale widoczne na przekroju dziewięćdziesięciu minut. Wayne Rooney teoretycznie miał grać za napastnikiem, lecz w praktyce był jeszcze bardziej cofnięty, wręcz wtapiał się w linie pomocy. Jak widzicie na grafice, zachowanie jego na boisku jest typowe dla środkowego rozgrywającego – rozkład podań jest prawie idealnie podzielony na każdą z połów, a większość z nich to zagrania do boku, zmieniające kierunek gry z jednej na drugą stronę. Co więcej, Rooney wygrał wszystkie pięć starć w tym meczu – cztery na własnej połowie. Do tego dodajmy jeden zablokowany przez niego strzał, dwa wybicia, dwa przejęcia… Jego aktywność pod bramką rywala ograniczyła się do trzech strzałów z czego tylko jeden oddany został z pola karnego gości. Czy przychodzi ten czas, by pożegnać się z Rooney’em napastnikiem i powitać Wayne’a pomocnika?
Przenosimy się do Londynu, by spojrzeć na przemianę Shauna Wrighta-Phillipsa, choć może być to złe określenie – bardziej dostosowanie się do realiów Premier League w tym sezonie. O ile jeszcze w meczu z Chelsea skrzydłowy ten zachowywał się tak jak na jego pozycję przystało, głównie, by wykorzystać słabość defensywy rywali, tak w ostatnich dwóch meczach dostał on więcej swobody i hula na obu flankach, a także w środku. Widać to na przedstawionej grafice – choć grał on nominalnie na lewej stronie, to większość jego starć była w środkowej strefie, a strzały, cztery i wszystkie zablokowane, oddawał raczej nie z bocznych pozycji, lecz znajdując się na wprost bramki. Z czego to wynika?
Przede wszystkim pamiętajmy, że jest to zawodnik prawo nożny, który znacznie częściej w trakcie swojej dotychczasowej kariery grał na prawym skrzydle, nie lewym. To powoduje, że w jego grze przejawia się inklinacja do szukania mocniejszej strony, ścinania gry do środka, niż kontynuowania jej do linii końcowej po swojej stronie. Na dodatek Neil Warnock tę tendencję stara się wykorzystywać dla drużyny – zrobione przez filigranowego skrzydłowego miejsce zajmuje lewy obrońca (wypożyczony z Arsenalu Traore), a rozgrywający QPR, Alejandro Faurlin szuka najpierw gry z Wrightem-Phillipsem, by następnie zagrać do wbiegającego defensora. Co ciekawe, w drużynie z Londynu nie funkcjonuje kompletnie prawe skrzydło, jest ono rzadko wykorzystywane w takim stopniu jak lewa flanka – brak zawodnika (często wystawiany jest tam Joey Barton) na tę pozycje jest także bolączką Warnocka i może on strać się rozwiązać ten problem w zimowym okienku transferowym, ponieważ znajdzie się zespół, który zatrzyma Wrighta-Phillipsa i tym samym zastopuje Rangersów.
Kłopoty Chelsea z defensywą są doskonale udokumentowane w tym sezonie i efektem zmiany filozofii gry przez Villasa-Boasa było już kilka straconych punktów oraz bramek. Tym bardziej może dziwić to, że tak rzadko decydował się on wystawiać Alexa, który, choć wolny i często łapiący kontuzję oraz głupie kartki, potrafi dobrze ustawiać defensywę i współpracować z Terrym. Zwykle więc w tym sezonie obok kapitana występował Serb, a na prawej stronie Bosingwa – w imię taktyki menedżera, który uważa, że boczni defensorzy są kluczowi w jego ofensywnym systemie gry. Dlaczego jednak upierał się przy Portugalczyku, gdy wcale nie jest on najlepszym prawym obrońcą, a na dodatek wystawiał w środku Ivanovicia, który lepiej czuje się właśnie bliżej linii bocznej?
Popatrzmy na to jak grał Serb w ostatnich dwóch meczach Chelsea w lidze – z Arsenalem wystąpił na środku obrony, a na prawej zagrał Bosingwa. Z kolei z Rovers już Ivanović był na boku, a jego miejsce zajął Alex. Z racji nowej pozycji oraz taktyki rywala, to właśnie w sobotę miał on więcej pojedynków niż przed dwoma tygodniami – wygrywał znaczną większość z nich (więcej niż Bosingwa z Arsenalem) i to w strefie dla Chelsea kluczowej – na własnej połowie. Był aktywniejszy niż Portugalczyk, zaliczył asystę… co więcej, już raz Serb został doceniony jako prawy obrońca, nie stoper. Więc czemu Villas-Boas upiera się przy ustawieniu go w środku, choć różnica jest oczywista? Czy wyciągnie on wnioski z ostatnich spotkań?
Tottenham w derby Londynu z Fulham był bez opieki swojego menedżera Harry’ego Redknappa i różnicę było widać zwłaszcza w drugiej połowie – brakowało reakcji z ławki rezerwowych, stanowczej, która miałaby powstrzymać rozpędzających się rywali. Wynik 3-1 bardzo schlebia Spurs i zdecydowanie nie mówi wszystkiego o tym co działo się w drugiej połowie – zwłaszcza po samobójczym trafieniu Kaboula, które było również jedynym golem dla gospodarzy w całym meczu, choć szans nie brakowało.
Ten gol padł w 57. minucie i tylko napędził Fulham do dalszych ataków. W tym okresie meczu, prawie czterdziestu minutach, wliczając czas dodatkowy, gospodarze oddali ponad dwadzieścia strzałów na bramkę i posiadali znaczną przewagę w posiadaniu piłki, co więcej, wykonali piętnaście podań w i do pola karnego gości – Tottenham zaledwie dwa razy uderzał w tym czasie na bramkę (zdobywając gola!) i trzy razy dokładnie podawał futbolówkę w szesnastkę gospodarzy. Dawno już w Premier League przewaga jednego zespołu nie była tak nasilona w aż trzydziestu minutach, tak dobrze udokumentowana i… nie przyniosła absolutnie żadnego efektu.

Reklama