Polska – Włochy 0-2: wyprane złudzenia

Można mieć przeczucie graniczące z pewnością, że Włosi w tym meczu nawet nie zbliżyli się do maksimum swoich umiejętności. Można mieć nadzieję, że Polacy również nie grali tak, jak umieją najlepiej. Można jednak mieć uzasadnione obawy, że tak właśnie było.


Piłkarze bez białego orła na piersi rozpoczęli w tradycyjnym już niemal 4-2-3-1, w zależności od potrzeb chwili przechodzącym w 4-3-3. Włosi postawili na 4-3-1-2, choć i domniemany trequartista Montolivo i obaj napastnicy bardzo często naprzemiennie schodzili dość głęboko do środka. Polacy rozpoczęli bez personalnych niespodzianek, w kadrze przyjezdnych wydarzeniem był debiut Abate.

Polacy zaczęli ambitnie, z dużym animuszem. Starali się zaskoczyć rywali wysokim pressingiem i kilkukrotnie udawało im się notować przechwyty w okolicach środka boiska, a przynajmniej umiejętnie wypychać rywali z akcją. W pierwszych minutach działało to przyzwoicie, aczkolwiek należało się spodziewać, że na dłuższą metę jest nie do wytrzymania kondycyjnie. Inną rzecz a jest to, że jest to na swój sposób broń obosieczna. Wysoki środek albo wymusi równie wysoką obronę (co jest co do zasady pożyteczne i logiczne), albo zostawi dziurę między formacjami. W polskim jednak wariancie obie te rzeczy są czymś niezbyt dobrym, z uwagi na to, że nasi obrońcy w ciągu meczu MUSZĄ zrobić coś głupiego.

Niezależnie od tego, czy będzie to przepuszczenie piłki przy dośrodkowaniu do nabiegającego rywala, czy czekanie aż piłkarz tu i tam uznawany za geniusza spokojnie przymierzy ze strzałem, czy rozprowadzanie akcji w sytuacji gdy jeden ze stoperów zwija się kontuzjowany na murawie, co owocuje kontrą. Tu właśnie jest problem – nasza defensywa całkiem nieźle unika błędów drobnych, tylko po to, żeby w którymś momencie spotkania zrobić coś naprawdę skrajnie dziwnego. O ile ustawieniu zwykle trudno coś zarzucać, tak czasem ma się wrażenie, że boją się interwencji. Identyczna sytuacja jak przy golu miała miejsce kilka chwil wcześniej – Balotelli w polu karnym, dwóch graczy przy nim, obaj nic nie robią, zaś Włoch oddaje strzał. Tym razem jeszcze Szczęsny interweniuje, co nie udaje się kolejnym razem.

Można powiedzieć, że do tego momentu byliśmy stroną dominującą. W sytuacji, kiedy piątka pomocników gra przeciwko czwórce, taka sytuacja to jednak norma. Gdybyśmy nie mieli (optycznie) więcej z gry, znaczyłoby to, że dzieje się coś (jeszcze bardziej) niedobrego. Smuda jednak dokonuje manewru dość nieoczekiwanego – wykorzystuje ustawienie preferujące utrzymywanie się przy piłce, do gry szybkiej. Tymczasem Włosi dość mocno zagęścili środek, wypychając nas non-stop na skrzydła, praktycznie nie dopuszczając do miejsc nadających się do oddania dobrego strzału. Polacy mieli odrobinę miejsca jedynie na flankach, umieli zaś atakować tylko jedną.

Coraz bardziej można odnieść wrażenie, że w naszej kadrze powstały grupki piłkarzy. Pierwsza z nich obejmuje zawodników Borussii, świetnie rozumiejących się ze sobą i, jeśli zdarzy się, że idzie jakaś płynna akcja, przechodzi ona przez nich. Druga i ostatnia grupa obejmuje pozostałych piłkarzy. Przypadkową i nierozumiejącą się mentalnie (a może nawet i językowo) zbieraninę, która zgrywa się tylko zdaniem selekcjonera. Można się jeszcze zastanowić czy nie utworzyć jeszcze jednej, jednoosobowej grupy, noszącej nazwę – po jej jedynym członku – Sławomir Peszko. Jedynym sektorem boiska, gdzie działo się coś konstruktywnego z przodu, było prawe skrzydło. Tuż jednak przy samej linii, więc zwykle zatrzymanie akcji nie było dla Włochów problemem. Jeśli jednak się udawało kilkoma podaniami i jakiś zrywem rozmontować włoską drugą linię, okazywało się nagle, że jesteśmy dopiero na wysokości pola karnego, nadal dość sporo na prawo od niego. Stamtąd jeszcze trzeba było piłkę wrzucić. I tak, podsumowując, z, powiedzmy, 40 akcji Polaków, prawym skrzydłem poszło 35, z tego 7 dotarło do granicy pola karnego. Wrzutka w pole karne nie udała się ani jedna.

Włosi spokojnie tymczasem rozgrywali piłkę, rzadko notując straty, ślamazarnie jednak też zdobywając teren, co pozwalało Polakom jako tako zamykać krycie. Przypomnijmy jednak: ustawienie z czwórką w pomocy przeciwko piątce, wymusza niejako grę szybką, często opierającą się po prostu na wykorzystywaniu błędów. Włosi grali ospale, ale kiedy Pazzini przejął piłkę na 40 metrze od bramki Szczęsnego i przeprowadził błyskawiczną akcję z Balotellim, sekundy później ta sama piłka znajdowała się owe 40 metrów dalej, plus centymetry dzielące linię bramkową od siatki.

Drugi gol ma wiele wspólnego z pierwszym. Tyle tylko, że Włosi nie musieli się już spieszyć z rozgrywaniem. Spokojnie poczekali aż dwóch partnerów zaczęło wbiegać w pole karne, na co niekoniecznie odpowiedzieli polscy defensorzy, którzy interwencją się nie skalali, podobnie jak pomocnicy nie utrudniali przy precyzyjnym rozegraniu. Pressingiem możemy wytrzymać 20-30 minut, dłużej nie.

Przy opisywaniu polskiej reprezentacji straszy jedna rzecz. Nigdy nie ma miejsca, żeby opisywać jakieś taktyczne niuanse, szczególiki, które decydują o tym, że ktoś wygra. Zawsze pisze się o taktycznym elementarzu, bo już na tym polu uwidacznia się różnica. Smuda narzucił kadrze ustawienie do stylu, którym kadra już grać nie będzie. Swego czasu próbował oprzeć grę Polaków na posiadaniu piłki, ale z braku doraźnych wyników, zrezygnował. Pozostawił modne ustawienie, niepasujące do środków, którymi próbuje grać. Z pięciu pomocników jeden gra do przodu, dwóch do tyłu, a dwóch nie gra w ogóle. Nazwiska uprasza się wstawić samemu, bo całkiem możliwe, że gdyby na miejscu tych, którzy zawiedli z Włochami znalazł się ktoś inny, prawdopodobnie też by miał niewiele do powiedzenia. To problem systemu, a nie wykonawców. Problem wykonawców istnieje w obronie, aczkolwiek też trudno jednoznacznie stwierdzić, jaka jest przyczyna dla której odmawiali interwencji na rywalach. Choć można sobie wyobrazić, że słyszą w szatni, żeby uważali, bo Włosi lubią „nurkować”.

Niestety, ale sytuacja jest tragiczna. Kilka bezstylowych dobrych wyników poprawiło humory, ale nie poprawiło jakości gry. Grający na pół gwizdka Włosi byli o klasę lepsi. Pociesza, że będą losowani z drugiego koszyka, więc nasi rywale w dwóch pozostałych meczach (ups…) będą teoretycznie słabsi. Choć, kiedy się oglądało wczoraj Chorwację, która w niemal identycznych okolicznościach taktycznych zdemolowała w barażu Turków, można mieć i co do tego wątpliwości.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama