Roma 2-3 Milan: nie każdy może być Barceloną

W meczu dwóch uznanych firm żaden z zespołów niczym nie zaskoczył przeciwnika, ale lepsi okazali się mediolańczycy. Co niezbyt dobrze świadczy o gospodarzach, którym czas na osiągnięcie zadowalającego poziomu wyczerpuje się w coraz szybszym tempie, a pomysłów na poprawę gry na razie brak.


Oba zespoły wyszły na boisku w ustawieniach 4-3-1-2. Schemat niby podobny, za to założenia taktycznie zupełnie różne. Realizująca swój „plan barceloński” Roma ustawiła się wąsko w środku, z De Rossim schodzącym nawet do linii obrony w momencie, gdy w akcji zaczepnej uczestniczyli boczni defensorzy. Gago i Pizzaro otrzymali dużo więcej zadań ofensywnych, a wspierał ich podwieszony pod dwoma napastnikami Pjanić. Atakująca piątka od początku próbowała małej gry – zagrań z klepki, krótkich podań, szybkiej wymiany piłki. A gdy rzymianie ją tracili, wtedy ta sama piątka stosowała aktywny pressing już na połowie gości, próbując uniemożliwić dokładne rozegranie po ziemi. Co się w zasadzie udawało.

Udawało się jednak po części dlatego, że Milan przyjął defensywną taktykę. Nastawiony na kontry zespół gości preferował długie podania w kierunku napastników tak, by wykorzystać szybkość Robinho i wzrost Ibrahimovicia. Ci z kolei, kiedy już koledzy zdążyli dołączyć do nich w akcji ofensywnej, często cofali się o kilkanaście metrów, próbując wyciągnąć tym ruchem obrońców, zaś na ich miejsce płynnie wchodzili pomocnicy. Jednak najważniejszy w Milanie był tego dnia środek pola. Allegri nakazał podopiecznym jego maksymalne zagęszczanie, w efekcie czego momentami w odbiorze w tym rejonie boiska uczestniczyła nie tylko czwórka pomocników, ale też jeden z napastników. Czekali oni w okolicach środka pola i zdecydowanie rzadziej niż przeciwnicy stosowali wysoki pressing Co znakomicie psuło szyki gospodarzom, nastawionym na rozgrywanie właśnie środkiem pola.

Oczywiście zagęszczenie środka musi stwarzać przeciwnikowi możliwośc atakowania bokami. Roma jakby tego nie dostrzegała – poza dwoma (świetnymi) dośrodkowaniami Cassetiego właściwie zrezygnowała z tej przewagi, próbując przecisnąć się przez najbardziej zagęszczony fragment boiska. Sporo w tym winy Pjanicia, który dobre zagrania przeplatał fatalnymi i zdarzało mu się nie dostrzegać dobrze ustawionych skrajnych obrońców. Efektów nie przynosiły nawet nieliczne kontry. Widowiskowe klepki tylko je spowalniały, w dodatku Milan właściwie nie pozwalał się łapać w obronie na dwójkę czy trójkę obrońców, w czym spora zasługa dobrze wracającego De Rossiego.

Milan wychodził na prowadzenie dwukrotnie, Roma do remisu zdołała doprowadzić raz. Bramki na 1-0, 1-1, 2-1 i 3-1 padały po uderzeniach głową. Goście wykorzystali swój atut w osobie Zlatana, rzymianie zapunktowali po jednym z licznych rzutów rożnych, które były tego dnia głównym efektem ich prób bicia piłką w mediolański mur.

Po przerwie obraz gry zmienił sie na korzyść gospodarzy. Luis Enrique najwyraźniej poszedł po rozum do głowy i podpowiedział swoim piłkarzom, żeby częściej atakowali skrzydłami. W wyniku czego gra uległa znaczącej poprawie, zresztą przy dużej pomocy Milanu, który zupełnie oddał inicjatywę. Kiedy nadal Roma nie była w stanie strzelić gola, trener wymienił Gago na Lamelę, cofnął Pjanicia i przeszedł na 4-3-3. Nie trwało to długo, rzymianie szybko powrócili do systemu z dwójką napastników. Nadal jednak rozgrywali, jak chcieli, ale nie byli w stanie utrzymać się przy piłce w nieskończoność. W ostatnim kwadransie gry dopuścili do dwóch groźnych akcji wprowadzonego wcześniej Cassano i trzecie, już zabójczej, gdy po kolejnym dośrodkowaniu Ibrahimović podwyższył prowadzenie. W ogóle tego dnia trenerzy mieli nosa do zmian – wspomniany Cassano grał po prostu fenomenalnie, lepiej od Boatenga zdążył zaprezentować się Emanuelson, zaś po drugiej stronie akcja zmienników – Krkicia i Lameli – zmniejszyła rozmiary porażki.

BarceRoma kolejny raz w tym sezonie rozczarowała. Ambitny projekt zaszczepienia do ligi włoskiej idei rodem z Katalonii póki co zatrzymał się na pewnym etapie i na razie mało wskazuje, by miał nastąpić progres. O Luisie Enrique można powiedzieć jedno – jest konsekwentny. Tyle, że o wartości trenera nie świadczy to, że narzuca sobie i zespołowi wiarę w idealistyczny, wręcz utopijny system gry, po czym trzyma się go bez względu na okoliczności, ale to, na ile jest w stanie ze swoich ideałów rezygnować i modyfikować taktykę w sytuacji, gdy zespołowi nie idzie albo przeciwnik wymaga innego podejścia. Zadanie ma Hiszpan tym trudniejsze, że na wykonawców dobrał sobie wcześniejszą lub późniejszą, ale jednak młodzież. W ataku biegają Borini (rocznik 1991) i Osvaldo (1986), za nimi Pjanić (1990) z Gago (1986), a wprowadzonym z ławki napastnikiem był Krkić (1990), który sznurowania butów uczył się równie niedawno, co Borini z Pjaniciem.

Milan z kolei zaimponował spokojem – nic sobie nie robił z magicznych sztuczek przeciwników, z ich kombinacyjnej gry, która zresztą bardzo szybko się skończyła, przytłoczona zasiekami postawionymi przez gości. Siła drużyny Allegriego tkwi dziś również w ofensywie, bo choć przez długie momenty przeważała Roma, to nieliczne sytuacje Zlatan i spółka wykorzystali, a kto wie, czy gdyby od początku nie grał Cassano, nie skończyłoby się na jeszcze okazalszym zwycięstwie. Milaniści sprawiają obecnie wrażenie facetów, którzy wiedzą, czego chcą – a chcą scudetto – i zamierzają to wziąć, depcząc po drodze gołowąsów pokroju Krkicia czy Boriniego.

Reklama