Rapid – Legia 0-1: solidność z fajerwerkami

Legia pokazała dziś dwie rzeczy. Po pierwsze, że może wygrać z każdym. Postawa warszawskiego zespołu w pierwszej połowie to jeden z najlepszych momentów polskiego futbolu obecnego tysiąclecia. Po drugie jednak Legia pokazała, że wygrać z każdym wcale nie musi. Porywającej gry starczyło stołecznym piłkarzom tylko na czterdzieści minut. O tym, że Skorża wreszcie na Łazienkowskiej zmontował solidny zespół świadczy jednak to, że po owych czterdziestu minutach, w pozostałej części spotkania prezentował futbolowe rzemiosło. I nie fantastyczne momenty z początku spotkania, a niezbyt ładna, ale konsekwentna gra, przyniosła warszawianom trzy punkty.


Kluczem do tak dobrej gry Legii w pierwszej połowie było bardzo dobre wykorzystanie szerokości boiska. Rapid awizowano jako 4-3-3, bliżej jednak w praktyce było do 4-2-2-2 (zwłaszcza już po zejściu Romana), z wąskim środkiem operującym nieomal w linii. Takie ustawienie wymuszało grę w bocznych sektorach bądź skrzydłowymi napastnikami, bądź obrońcami. Warszawianie intensywnie pracowali w środku, by zniwelować poczynania pomocników z Bukaresztu, dzięki czemu udało się wyeliminować w dużej części zagrożenie na własnej połowie ze strony ofensywnego tria. Boczni obrońcy Legii mogli więc pozwolić sobie na bardziej odważne wyjścia do przodu, co nie pozwalało na podobny manewr ze strony ich rumuńskich odpowiedników. W ten sposób akcje Rapidu rozbijały się o brak szerokości, uważnie interweniujący środek Legii był w stanie nie tylko przerywać akcje rywala, ale i odzyskiwać piłkę, a w dodatku (co w polskiej piłce często graniczy z cudem) nie tracić jej od razu, w razie potrzeb wycofując ją nawet i do bramkarza.

A skoro udawało się piłkę przejmować – był materiał do konstruowania akcji. Z tego materiału krawiec krajał fenomenalnie. Abstrahując od rzadkiej jak na rodzime warunki ruchliwości graczy bez piłki, podobać się mógł przegląd pola u praktycznie każdego zawodnika, który znajdował się przy futbolówce. Mało tego, gracze Legii doskonale rozumieli się na boisku, możliwe więc było zagranie prostopadłego podania, ze świadomością, że partner pobiegnie w jego kierunku. Nie bez znaczenia była także duża wymienność pozycji. Teoretycznie Radović był ustawiony z prawej strony, co nie przeszkadzało mu na schodzenie do środka czy zamienianie się stronami z Rybusem. Podobnie jak głębiej do środka pola schodził Ljuboja, intensywnie szukając gry. Dodatkowym ułatwieniem były ofensywne wyjścia bocznych defensorów (zwłaszcza Jędrzejczyka), które rozciągały szeregi Rumunów i ułatwiały rozegranie futbolówki.

Na tak wysokie tempo gry Legii Rapid nie umiał odpowiedzieć. Kiedy gospodarze posiadali piłkę, byli mocno naciskani przez Legię na wysokości 40 metra od celu, niewiele pomagała zaś ruchliwość graczy ofensywnych, ponieważ i Legioniści dostosowywali swoje pozycje do ustawienia rywala. O ile kolektywowi trudno było coś zarzucić, trochę gorzej wyglądało to od strony pojedynczych zawodników. Momentami Rumuni mogli pozwolić sobie na więcej, gdyż gracze z Warszawy jakby obawiali się interweniować. Przez to w sytuacjach jeden na jednego przewaga była po stronie miejscowych, na szczęście na tym etapie ustawienie Legii było jeszcze na tyle dobre, że do sytuacji, kiedy minięcie jednego gracza otwierało większą przestrzeń, nie dochodziło.

Zmieniło się to niestety pod koniec pierwszej połowy. Legia zaczęła grać ostrożniej, bardziej skupiając się na destrukcji. Płynne akcje z pierwszej połowie zastąpiła gra bardziej szarpana, zaczęły pojawiać się długie piłki adresowane gdzieś w okolice Ljuboi, które jednak nie rokowały nadziei na stworzenie z nich czegoś wielkiego. W dodatku nieco posypała się gra w defensywie. Zaczęło dochodzić do coraz większej liczby starć jeden na jednego w okolicach pola karnego Legii, z tych pojedynków zaś niekoniecznie gracze z Warszawy wychodzili obronną ręką. Na szczęście i wykończenie u Rumunów szwankowało, często rozegranie z ich strony było nieco przekombinowane, jakby usiłowali skopiować popisy Legii z początku spotkania. Efektem były strzały z sytuacjach już beznadziejnych albo akcje zatrzymujące się gdzieś w gąszczu nóg rozpaczliwie interweniujących gości.

Chyba już nie licząc na powrót płynnej gry, Maciej Skorża zmienił fantastycznego na początku, ale blednącego z biegiem meczu Gola, wprowadzając na boisko Manu. Skorża zapewne zakładał, że być może skrzydłowemu wyjdzie jakaś indywidualna szarża. Niewiele jednak z tych założeń wyszło, ataki Legii nadal były chaotyczne, na szczęście dla gości, podobny problem mieli i miejscowi. Impas przerwała jak się potem okazało jedyna bramka w meczu, zdobyta po dobrze wykonanym stałym fragmencie gry.

Rapid nie miał wyjścia – musiał rzucić się do ataku. Z wyjścia rzecz jasna skorzystał, ale zabrakło pomysłu na realizację. Nadal próbowano najprostszych środków – wrzutek w pole karne do coraz większej liczby znajdujących się tam graczy. Obrona Legii gubiła się coraz bardziej, ale gospodarze marnowali kolejne sytuacje, aktywnie też zaczął interweniować Kuciak, wychodząc do większości dośrodkowań i bardzo pewnie je wyłapując, dzięki czemu udało się przyjezdnym utrzymać prowadzenie.

To był udany wieczór dla sympatyków Legii. Gra warszawiaków i cieszyła oko i okazała się na tyle skuteczna, że wystarczyła do zwycięstwa. Pełnie zachwytu można by osiągnąć, gdyby bramki przyniosły bardzo dobre sytuacje stworzone w okresie świetnej gry na początku spotkania. W okolicznościach, jakie zaistniały, to zwycięstwo trzeba uznać za nieco szczęśliwe, tym niemniej jednak z przebiegu całego meczu absolutnie zasłużone.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama