Premier League do Tablicy II

Te cotygodniowe wpisy to istotnie skopiowanie pomysłu Michaela Coxa, który dla internetowego wydania Guardiana tworzy za pomocą Chalkboardów podsumowanie każdej kolejki. Twórca Zonal Marking ma o tyle łatwiej, że dysponuje zapewne zestawem Sky+, gdzie może obejrzeć transmisje każdego spotkania o dowolnej porze dnia i nocy. My, w naszych polskich, drewnianych chatkach mamy mniejsze możliwości, na swój sposób staramy się innymi grafikami udostępnianymi przez Guardiana zafascynować Was jeszcze bardziej angielską Premier League.


W tym tygodniu zaczynamy od zmiażdżenia Liverpoolu przez Tottenham w niedzielne wczesne popołudnie. Idealne spotkanie wyszło zawodnikom Redknappa od początku do końca, choć wielu stwierdzi, poniekąd słusznie, że pomogło wyjątkowo ostre podejście do meczu gości z Anfield Road. W końcu rzadko kończy się pojedynek w dziewiątkę, prawda? Co było takiego niesamowitego w postawie Tottenhamu, że podopieczni Kenny’ego Dalglisha padli? W mojej skromnej opinii zadecydowały boki i to nie tyle boczni pomocnicy (a raczej tylko Bale – jak zwykle Redknapp postanowił wachlować piłkarzami na prawym skrzydle!) zrobili różnicę, lecz obrońcy atakujący od pierwszych minut.

Zaprezentuję to za pomocą heatmap, które pokazują pozycje piłkarza – jak widać i w wypadku Walkera (prawa obrona, dolna grafika) i Assou-Ekkoto (lewa obrona, górna grafika) spędzili znaczną większość meczu grając na połowie rywala! To nie tylko wpływ czerwonej kartki dla Adama – nawet w pierwszych trzydziestu minutach zapędzali się równie wysoko. Assou-Ekkoto zaliczył asystę, Walker był mniej produktywny już w okolicach pola karnego, jednak zwracam Waszą uwagę również na obszar najczęściej przez nich zajmowany. Jeśli pamiętacie to jak przedstawiałem grę Adebayora tydzień temu, to wiecie, że lubił on właśnie w te rejony schodzić z pozycji napastnika i tam zgrywać piłkę. Ta głęboka gra nowego snajpera Spurs powoduje małą ilość dośrodkowań podejmowanych przez zawodników z bocznych sektorów w tym meczu, jak również niską skuteczność – jedenaście nieudanych na szesnaście prób (połowa należała do Assou-Ekkoto i Walkera) nie obrazuje przewagi Tottenhamu nad Liverpoolem w tych sektorach, jak i całym meczu. Oczywiście Redknapp nie musi zmieniać tego co działa – może jednak o tym pamiętać i nauczyć zespół jak i te atuty (wzrost Adebayora, ofensywną grę bocznych obrońców) wykorzystywać.

Everton znowu bez napastnika! „Jakaż to nowość?” – ktoś spyta. Jasne, żadna, David Moyes już radził sobie z większymi kryzysami na tej pozycji niż wymuszona sprzedaż Beckforda i Yakubu, czy fochy Sahy po decyzji o zostawieniu go poza kadrą na mecz z Wigan. Ja przypominam sobie sławne ustawienie 4-6-0 szkockiego menedżera z sezonu 2008/2009 – choć pewnie mogłoby moje wspomnienie dotyczyć pewnego okresu w każdych rozgrywkach. Trzymając się jednak tego co mi najbliższe, porównałem występy Tima Cahilla, który w razie takich braków spełnia nieformalną rolę napastnika w Evertonie.

Widzicie grafikę z meczu przeciwko Aston Villi (przegranego 2-3) z 08/09 i ostatni pojedynek z Wigan (wygrany 3-1) – to statystyki podań Australijczyka z obu spotkań. Niemal identyczne, prawda? W pierwszym z wymienionych meczów Everton po raz pierwszy zagrał bez napastnika (wyleciał Yakubu z kontuzją, dołączając do reszty niesprawnych snajperów), w drugim Moyes wybór miał (wspomniany Saha, jeszcze Stracqualursi na ławce), ale trzymał się Cahilla i 4-6-0. Decyzja ta się opłaciła, z kilku względów – system jest ten znany doskonale większości piłkarzom, czują się w nim nieźle, a Tim Cahill potrafi zamęczyć obrońców jako bardzo mobilny i waleczny zawodnik, wygrywający pojedynki w powietrzu (5 do 3 na połowie rywala). Można (raczej) zażartować, że do tego stopnia „wyniszczył” rywali, że Stracqualursi, gdy pojawił się pod koniec meczu, zdażył przyczynić się do dwóch goli w siedem minut. Tylko czy jest to złota formuła dla Evertonu?

Jak zatrzymać Manchester City? Wydawałoby się, że maszyna Manciniego jest obecnie w tak kapitalnej formie, że niewielu byłoby w stanie cokolwiek ugrać. Tymczasem, w ciągu zaledwie kilku dni, i Napoli, i Fulham ugrały, uciułały z nowobogackimi Citizens dwa punkty. Można? Można. Tylko jak to zrobić, spytacie? Kluczem do tego jest oczywiście powstrzymanie Dżeko, Silvy, Nasriego i Aguero… Łatwe? Ich mobilność w ustawieniu Manciniego doprowadza do szału obrońców rywali, a przykładów defensyw, które już padły pod chaosem jaki wytwarzały krótkie podania wymienionej czwórki graczy…

Co więc należy robić? Przerywać te rozegrania, oczywiście. Kryć bliżej. Grać ostrzej. Nie dawać oddechu, miejsca. Czytać grę. Doszukiwać się schematów. Fulham, w mojej skromnej opinii, udało się to najlepiej w tym sezonie i stąd urwane punkty, mimo sytuacji nie do pozazdroszczenia po zaledwie 46. minutach. Na grafice widzicie porównanie przejęć piłki z meczów City przeciwko Spurs i różnica jest jasna – znacznie więcej tych udanych po stronie Cottagers pod własnym polem karnym – co więcej, sam Hangeland miał takich przechwytów osiem co świadczy o jego umiejętności czytania gry. To także wpłynęło na to, że City zaliczyli najmniej uderzeń w sezonie (na równi z meczem z Boltonem) – tylko osiemnaście.

Ostatnia grafika w tym tygodniu dotyczy Jamiego O’Hary. Transfer, który w styczniu tego roku w wydatnym stopniu przyczynił się do utrzymania Wolves w Premier League po dramatycznym finiszu (prawie połowa dorobku punktowego Wilków pochodzi z okresu po wypożyczeniu O’Hary). Dzięki swoim talentom i umiejętności gry w środku pola opanował chaos jaki panował w zespole McCarthy’ego, na dodatek sprowadzając piłkę na ziemię (powiedzą złośliwi). Jego grę w tym sezonie obserwowałem z zaciekawieniem i sprawdzając to jak sobie radzi w barwach Wilków zastanowiło mnie to, że tak bardzo przypomina on inną rewelację poprzedniego sezonu.

Charlie Adam był liderem Blackpool w zeszłych rozgrywkach i, mimo spadku swojego klubu, był bohaterem transferu do Liverpoolu, notując niezły start w nowym zespole (do czerwonej kartki w tej kolejce), grając w innej roli niż u Iana Holloway’a. Wtedy był ustawiony wyżej, mógł grać odważniej i z tego korzystał – chyba każdy pamięta jego diagonalne zagrania do skrzydłowych, które sprawiały rywalom sporo problemu. Teraz podobną rolę w Wolverhampton ma Jamie O’Hara i pokazuje to porównanie gry obu piłkarzy, akurat przez podania nieudane – jednak to też była cecha zeszłorocznej postawy Adama, gdy wiele z jego zagrań było niecelnych. To także lepiej ukazuje tendencje – normalnie piłkarz na ich pozycji nie próbowałby diagonalnych podań tak wiele razy, gdyby nie przynosiły one korzyści. Czy Jamie O’Hara utrzyma Wolves w tym sezonie? Póki co na start kibice zespołu z Molineux nie mogą narzekać…

PS. Nie chcąc, by ta forma taktycznego blogowania była sztywna, zapraszam Was do brania udziału i… cóż, pomaganiu! Jeśli macie swoje propozycje z Chalkboardów, dostrzegliście pewne tendencje, ciekawostki w oglądanym przez siebie meczu Premier League… strzelajcie, a ja się nimi zajmę. Już teraz dostałem pewne porady, ale ponieważ nie dawały one ciekawych rezultatów w grafikach, uznałem, że lepiej oficjalnie rozpocząć wspólne tworzenie tego „działu” – piszcie w komentarzach, na maila redakcyjnego (taktycznie@gmail.com) lub na moją skrzynkę (mzachodny@gmail.com). Każdą propozycję wezmę pod rozwagę i sprawdzę w Chalkboardach – umówmy się na deadline w poniedziałek około godziny dwudziestej.

Reklama