Premier League do tablicy I

Kibice Premier League, choć oczywiście nie tyczy się to tylko tej ligi, bardzo często bazują na porównaniach. Jak grał ten zawodnik rok temu, jak zespół prezentował się z tym piłkarzem a jak z nowym, czy po prostu rzucając okiem na ostatnią kolejkę. Tym razem, debiutując w nowym sezonie, w serii „Premier League do tablicy” podążam tym trendem prezentując kilka ciekawostek z użyciem interaktywnych Chalkboardów udostępnianych nieustannie na stronie Guardiana.


Pierwszym delikwentem, którego przywołuję do tablicy jest Shaun Wright-Phillips, który był jednym z wielu bohaterów ostatniego dnia letniego okienka transferowego. Jego przejście do Queens Park Rangers było ratunkiem od spędzenia roku z Waynem Bridgem, który zamiast gry wybrał wysoką tygodniówkę ale samotne treningi. Niski skrzydłowy zdecydował się jednak kontynuować karierę w Londynie i za debiut w meczu z Newcastle zebrał bardzo pochlebne recenzje. Nic dziwnego, pokazał się z dobrej strony, zresztą udowadniając z jaką ulgą uwolnił się od nieufnego wobec niego Manciniego. Porównałem to z jego ostatnim ligowym występem w barwach City, gdzie porównywalnie długo – 68 minut. Na Loftus Park zagrał cały mecz… odmieniony.

Jak wiele dał drużynie dzisiaj pokazuje grafika – cztery razy praktycznie wystawiał piłkę kolegom, by zdobyli gola. Nie udało się, lecz różnica w porównaniu z grą dla City jest zatrważająca, zwłaszcza, że tam partnerów miał jednak lepszych. Jasne, rywal nie pozwolił w tamtym meczu (0-0 z Tottenhamem) na wiele gościom, lecz był to także gwóźdź do trumny dla kariery reprezentanta Anglii w Manchesterze. Transfer do QPR jest ratunkiem dla obu stron – dowody dostaliśmy już dzisiaj.

Oczywistym bohaterem tej kolejki był Wayne Rooney, zawodnik, który nie przestaje zachwycać kibiców w Anglii i na całym świecie. Dwa kolejne hat-tricki działają na wyobraźnię fanów oraz znawców, więc nic dziwnego, że nie schodzi on z czołówek gazet. Po raz kolejny zresztą pokazał się nie tylko jako świetny snajper, ale też zawodnik grający… cóż, wszędzie. Biegający nieustannie, odbierający piłki, na lewej i prawej flance… to Wayne Rooney. Jednak czy tylko on?

W cieniu jego popisu na Reebok Stadium miał miejsce debiut w Tottenhamie Emmanuela Adebayora, który wypadł równie dobrze, choć zabrakło tak dobrej skuteczności – zaledwie jedna bramka. Jednak na ciekawą sprawę zwrócił uwagę Michał Okoński w swoim cotygodniowym podsumowaniu kolejki. Otóż Adebayor świetnie prowadził grę ofensywną drużyny. On i Rooney w swoich meczach zaliczyli po czterdzieści celnych podań, ja zamieniłem je na heatmapy (nie każcie mi tego tłumaczyć!). Widać z nich, że Rooney wystąpił w roli bardziej centralnej, zmieniając 4-4-2 Fergusona w 4-4-1-1 z Hernandezem na szczycie. Harry Redknapp również ustawił Tottenham w 4-4-2, lecz Adebayor rzadziej operował jako cofnięty napastnik, preferując schodzenie do boków i grę ze skrzydłowymi. To zaskakujące, ponieważ zwykle snajper o jego warunkach nie lubi szukać flank, lecz czyhać na dośrodkowania i absorbować uwagę środkowych obrońców rywali. Czy tym zaskoczył Micka McCarthy’ego i jego Wilki? Zobaczymy jak pracę domową odrobi następny przeciwnik Spurs, Liverpool

Czas na Arsenal. Znam kibiców tego klubu, którzy twierdzili, że to właśnie w meczu ze Swansea rozpoczyna się sezon dla Kanonierów, zwłaszcza biorąc pod uwagę pięciu nowych piłkarzy, zakupionych po klęsce na Old Trafford. Najwięcej uwagi absorbował oczywiście Mikel Arteta pozyskany z Evertonu, ponieważ to on miał zastąpić Fabregasa. Czy to posunięcie się Wengerowi udało?

Nie patrzmy tylko na statystyki, ponieważ jeszcze dużo czasu zajmie Hiszpanowi dogonienie w nich swojego rodaka, który już wygrywa trofea z Barceloną. Obaj to świetni piłkarze, choć kilka aspektów ich różni – Arteta to zdecydowanie twardziej grający zawodnik (nawyki z Evertonu), może również jego ruchy na boisku są bardziej eleganckie, choć to kwestia wrażenia własnego. Zadania w Arsenalu przejął po Fabregasie, ma prowadzić grę Kanonierów. Udało się, choć debiut nie był okazały, a na pewno mógł być lepszy. Popatrzmy jednak na to jak obaj panowie podawali w swoim pierwszym i ostatnim meczu w Arsenalu. Obaj raczej nie udają się na skrzydła, operują ze środka, szukają prostopadłych podań w pole karne – nie zwracałbym uwagi na to ile było celnych/niecelnych, lecz schematy. Widać, że Arteta szybko wpasował się w to co znają jego koledzy i w zasadzie ostatnią rzeczą do naprawienia będzie przeniesienie ciężaru gry Hiszpana jednak ciut wyżej w stronę bramki rywala. Wydawać się może, że z tą operacją Wenger czeka na powrót Jacka Wilshere’a

Ostatnia grafika jest prosta i bardzo wymowna. Stoke City całe spotkanie desperacko się broniło na własnym boisku i misję zrealizowało. Z zaledwie jednym celnym strzałem udało się wygrać to spotkanie, mimo że naprzeciw był imponujący ostatnio Liverpool. Defensywa, nieźle zorganizowana, była kluczem, choć Kenny Dalglish powie, że o wyniku zadecydował sędzia. Nie wplątując się w jego słowne wojny, patrzymy na pojedynki, które piłkarze Pulisa wygrali w strefie decydującej o wyniku meczu. Przy znacznej przewadze rywala, tylko raz pozwolili, by zawodnik Liverpoolu wygrał pojedynek na ziemi lub w powietrzu. Dziewiętnaście razy wychodzili zwycięsko, raz polegli i nie miało to wpływu na wynik – nie pomogło nawet wprowadzenie wysokiego Carrolla, który miał zwiększyć siłę rażenia przyjezdnym. Z drugiej strony patrząc, przecież zawodnicy Stoke City także do niskich nie należą, zwłaszcza ci w defensywie.

Reklama