Wisła – Skonto 2-0: tkwiąc w bezruchu

Kolejny bezbarwny pucharowy mecz krakowskiej Wisły wystarczył do wyeliminowania Mistrzów Łotwy. Poza przebłyskami indywidualności brakowało jednak innych pozytywów w grze krakowian w tym spotkaniu. Po coraz częstszych blamażach polskich ekip, zdrowy rozsądek nakazywałby się cieszyć i tym. Kiepska organizacja gry Białej Gwiazdy nie napawa jednak optymizmem. Trzecia runda eliminacji LM sukcesem nijak nie będzie, rywal jednak w niej dużo trudniejszy, a czasu na zmiany niewiele.


Wisła rozpoczęła w identycznym jak w spotkaniu w Rydze 4-3-3, przechodzącym w 4-2-3-1. Skonto nieco przemeblowało swój skład. Wypadł zawieszony za czerwoną kartkę Laizans, jego miejsce zajął Maksimienko, do ataku wrócił zaś Nathan Junior. Całość przypominała 4-4-1-1, z Brazylijczykiem nieco cofniętym względem Sabali. Ofensywny duet wspomagali wyjściami ze środka pola Mingazow i Bally Smart.

Na dobrą sprawę ani minuta tego spotkania nie przyniosła niespodzianki. Skonto ponownie schowało się za podwójną gardą, Wisła zaś próbowała nieporadnymi atakami skruszyć łotewski mur. Ryżanie nie spieszyli się z odbiorem, grali dość głęboko, czekając w okolicach własnego pola karnego na wiślackie ataki. Gospodarze dali się wciągnąć w tę grę, ustawiali się głęboko w łotewskich szeregach. Znakomicie utrudniało to rozegranie jakiegokolwiek ataku pozycyjnego. Zawodnik znajdujący się przy piłce miał dwie i jedną piątą możliwości rozegrania – jedną do tyłu, jedną do tyłu po skosie i jedną piątą do przodu. Nic dziwnego, że piłka rzadko była zagrywana w kierunku bramki, jeśli już to następowało, wiązało się często ze stratą.

Ruchliwość Wiślaków wołała o pomstę do nieba. Motorem napędowym w pierwszej połowie był Melikson, często schodzący bardziej do lewej strony, tam próbujący uruchomić bądź Małeckiego bądź Iliewa. Polak jednak nie wykazywał zbyt wielkiej ochoty do rozgrywania piłki, ożywiał się dopiero kiedy miał ją przy nodze, szukając indywidualnych szarż. Lepiej wyglądała współpraca reprezentanta Izraela z Serbem, który przytomnie starał się szukać wyjść na wolne pole, kilkukrotnie ubiegając rywali i opanowując zagrywaną do przodu futbolówkę. Całkiem nieźle poczynał też sobie Lamey, często biegnący za akcją na wysokości piłki i rozciągający grę, dzięki czemu w środku robiło się nieco więcej miejsca.

Wisła nie atakowała jednak zbyt odważnie, dochodziło do sytuacji, że Biała Gwiazda kontrowała dwójką graczy i to na tyle wolno, że szybko robiło się z tego starcie z siódemką rywali. Defensywa krakowian poczynała sobie przyzwoicie, przy czym głównym zadaniem piłkarzy z Krakowa było radzenie sobie w starciach jeden na jednego, gdyż Skonto rzadko atakowało większą liczbą graczy. I tu jednak zdarzały się momenty niepewności – aktywny w ofensywie Lamey ma spore kłopoty szybkościowe, podobnie zresztą Sobolewski. Defensywni pomocnicy Wisły jakkolwiek nieźle jeszcze zamykali rywala na jego połowie, tak mieli spore problemy z grą do przodu. Odważne momentami próby przedarcia się Sobolewskiego kończyły się na spóźnionych odegraniach partnerów. Na miano ironii losu zasługuje jednak fakt, że były reprezentant Polski jest ofensywniejszym z dwójki cofniętych pomocników. Sobolewski to typowy rygiel defensywy, nastawiony na czytanie gry i odbiór, tymczasem grając z Wilkiem jest zmuszony grać wyżej, ponieważ w tym elemencie gry radzi sobie lepiej niż młodszy kolega.

Wyszło z tego Wiśle zaskakująco defensywne ustawienie. A tymczasem jak pokazała druga połowa, nie było się czego bać. Małecki zagrał dokładnie to, co robił w pierwszej połowie, ku zaskoczeniu chyba jego samego nikt nawet nie spróbował odebrać mu piłki, zaś dzięki odrobinie szczęścia jego strzał zatrzymał się w siatce. Chwilę później podobną postawę obrony Skonto wykorzystał Iliew. Wisła znalazła się na pewnym prowadzeniu, ale niestety ani przez chwilę nie grała lepiej. Nadal była to piłka niebywale rachityczna i choć Łotysze nieco rozluźnili swoje szeregi, Biała Gwiazda miała problemy ze stwarzaniem sobie sytuacji.

Z cała pewnością nie jest to Wisła w kształcie docelowym, takim jaką widzi ją Maaskant. Pewne rzeczy nie mają w niej jednak racji bytu. Słabo wypada duet Sobolewski – Wilk, zrzucając odpowiedzialność za rozegranie na Meliksona. W meczu z tak słabym rywalem był on jeszcze w stanie podołać, w sytuacji zaś gdy będzie miał naprzeciwko siebie dwójkę defensywnych zawodników solidnego przeciwnika, nie będzie kłopotem wyłączenie go z gry. Maaskant będzie musiał zmusić swoich podopiecznych do gry, w której więcej jest ruchu, który pozwoli na zwiększenie ilości możliwości rozprowadzenia futbolówki. Być może to dopiero wczesny etap przygotowań, tym niemniej schematy rozegrania i zachowania umożliwiające ich wdrożenie powinny być już w jakimś stopniu dopracowane. Bo za tydzień przed Wisłą dużo trudniejszy sprawdzian, który grając tak, trudno będzie zaliczyć z wynikiem pozytywnym.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama