Brazylia – Wenezuela 0:0 – Skrzypiąca maszyna Menezesa

Mecze otwarcia jak wiemy, cechują się bardziej zachowawczą grą. Drużyny obawiają się zdecydowanie postawić na ofensywę, gdyż porażka w pierwszym spotkaniu, nie dość że wpływa negatywnie na psychikę zawodników, to jeszcze stawia już na samym starcie drużynę w pozycji w której musi on gonić inne, jeśli chce myśleć o awansie. Potwierdziło się to w obu meczach grupy A. Wiedząc o tym nie spodziewaliśmy się gradu bramek, jednak zakładano, że Brazylia poradzi sobie ze słabszą Wenezuelą.


Brazylia, opierająca swą grę o kwartet Ganso-Pato-Neymar-Robinho, przystąpiła do spotkania w systemie 4-2-3-1, jednak można by powiedzieć, że bliżej było do 4-2-1-3, gdyż zazwyczaj trójka Robinho-Pato-Neymar ustawiała się przed Ganso.

Dwójka defensywnych pomocników odgrywała istatną rolę w koncepji Mano Menezesa, pomimo zalożen ofensywynych drużyny. Rzadko wychylający się poza własną połowę (jedynie Ramires kilkukrotnie zapędził się pod pole karne rywali), pozwalali przejąć inicjatywę na skrzydłach obu bocznym obrońcom Brazylii, efektownemu szczególnie w pierwszej części meczu, Andre Santosowi, oraz jak zwykle aktywnemu, Daniemu Alvesowi. Taki schemat pozwalał na zabezpieczenie tyłów 3-4 zawodników i próby stwarzania przewagi z przodu, np Neymar i Andre Santos schodzący jednocześnie na lewe skrzydło.
Mało widoczny był właśnie Neymar. Ustawiony zdecydowanie na skrzydle nie potrafił w tym meczu pokazać pełni swoich umiejętności.

Głęboko ustawiona defensywa Wenezueli ograniczała też zdolności Ganso do zagrywania prostopadłych piłek. Gra Canarinhos, szczególnie w drugiej połowie kulała z powodu prowadzenia ataku pozycyjnego w zbyt wolnym tempie.

Drużyna Wenezueli przystąpiła do meczu w systemie 4-4-2, gdzie dwójka środkowych pomocników miała zdecydowanie defensywne zadania. Jonathan Wilson zwracał uwagę na szczególnie pozytywną pracę jaka wykonał tu, grający na co dzień w Hamburgu, Rincon.
Ciekawym aspektem był też sposób, w jaki Wenezuelczycy zagęszczali środek pola. Czwórka obrońców odpowiadała za krycie w strefie nie wykraczającej poza boczne linie pola karnego, a bocznych obrońców Brazylii, wbiegających tam w akcjach ofensywnych, przejmowali boczni pomocnicy reprezentacji Wenezueli. La Vinotinto zagrażali rywalom jedynie okazyjnie, rzadko poświęcając większa liczbę zawodników do ataku. Pełnego komfortu jednak obrońcy z kraju kawy nie zaznali, gdyż skuteczny pressing umiejętnie stosowała dwójka napastników, Miku i Rondón. Poskutkowało to kilkoma stratami obrońców 'kanarków', kilka razy też, oni lub defensywni pomocnicy z ich drużyny, ratowali się wybiciami wykonywanymi w ostatniej chwili. Z każdą minutą jednak, podopieczni Césara Faríasa skupiali się coraz bardziej na defensywie, a Brazylia grająca w jednostajnym tempie, w czym szczególnie wyróżniał się Robinho, nie była w stanie znaleźć luk w grze obronnej rywali. Czwórka defensorów wybranych przez Fariasa, grała pewnie, bez kompleksów, a w razie potrzeby nie wahała się wybić piłkę w trybuny.

Reprezentacja Canarinhos zawiodła, chociaż trzeba zapisać na plus próby ofensywnej gry i kontrolowania przebiegu spotkania. Każdy kolejny występ na Copa America ’11 powinien wyglądać coraz lepiej, a napędzana młodością 'fantastycznej czwórki' reprezentacja, powinna zachwycać jeszcze szybszą i niekonwencjonalną grą. Brazylia nadal jest faworytem turnieju, w którym jedynie Argentyna może być uznawana za światowej klasy rywala.

Reklama