Taktyczne podsumowanie Ekstraklasy

Zdobycie 56 punktów w sezonie nie jest wyczynem rzucającym na kolana. Tym razem jednak wystarczyło do zdobycia tytułu Mistrza Polski z bezpieczną przewagą. Zespół na najniższym stopniu podium mógł sobie pozwolić na jedenaście porażek, zaś tylko trzy zespoły notowały je rzadziej niż w co trzecim spotkaniu. Można wysnuć na tej podstawie wniosek, że liga się wyrównała. Obserwując jednak to, co dzieje się na boiskach, jest to równanie do dołu.


Holenderska cierpliwość

Tytuł zdobyła krakowska Wisła. Po sezonie ojcem sukcesu ochrzczono Roberta Maaskanta. Miał on trudne zadanie stworzenia zespołu ze ściągniętej naprędce międzynarodowej mieszanki, dodatkowo grającej anachronicznym stylem gry, uparcie forsowanym przez Kasperczaka. Holender postawił na znacznie mniejsze odległości między formacjami oraz ustawienie 4-1-4-1, gdzie Wilk lub Sobolewski asekurowali ofensywny kwintet, starający się zamykać rywala w okolicy pola karnego. Do tego jak nigdy chyba do tej pory w polskiej lidze działały wejścia bocznych obrońców. Skrzydłowi przytomnie schodzili do środka pola zostawiając sporo miejsca na skrzydłach dla ultraofensywnych Czikosza i Paljicia. Ten schemat zapewniał bardzo dobre poszerzanie pola gry, przy równoczesnym sporym zagęszczeniu zawodników w środku. Warto jednak wspomnieć, że wdrażanie tego pomysłu trwało u Holendra bardzo długo i kto wie, czy dokończyłby dzieło, gdyby nie gol Boukhariego w doliczonym czasie derbów Krakowa. Poza tym i Maaskantowi zdarzały się spektakularne wpadki, jak choćby mecze ze Śląskiem i Lechem, gdzie asekuracja jednego defensywnego pomocnika ewidentnie nie wystarczała do powstrzymania dysponującego w tym sektorze przewagą liczebną rywala, zaś szkoleniowiec Wisły zamiast próbować niwelować ten deficyt, wzmacniał atak, czego skutki były opłakane.


Siła doświadczenia

Skoro już mowa o Śląsku – zespół ten doskonale dopasowywał swoją taktykę do zespołów silniejszych, ale miał ogromne problemy z grą w roli faworyta. Postawienie dwuosobowego rygla w centrum pola skutecznie blokowało ataki rywala, zaś ofensywny kwartet przeprowadzał szybkie i zabójcze ataki. W kryzysowych sytuacjach, ratując sytuację po Tarasiewiczu, Lenczyk próbował wręcz ustawienia 4-3-1-2 z trójką zupełnie defensywnych pomocników. Dopiero jednak przy 4-2-3-1 udało się rozwinąć pełnię możliwości tego zespołu. Doskonale poczynał sobie duet Kaźmierczak – Sztylka. Ten pierwszy, gdy rywal był w posiadaniu piłki podchodził nieco wyżej i wywierał presję przy rozegraniu, zaś były kapitan Śląska starał się czyścić przedpole, gdy piłka mijała byłego gracza FC Porto. Podobnie zachowywali się z tyłu Celeban i Fojut. Te manewry sprawiały, że obrona ekipy z Oporowskiej była trudną przeszkodą dla zespołów grających atak pozycyjny. Tyle, że w ten sam sposób słabsze drużyny radziły sobie z wrocławianami – dwójka zawodników pieczołowicie pilnująca Milę i głęboko cofnięci bardziej ofensywni gracze tworzyli zaporę nie do sforsowania dla grających bardzo przeciętnie atakiem pozycyjnym piłkarzy Śląska.

Pracuj głową, a nie nogami

Nieco lepiej na tym polu radziła sobie Legia. Mało kto stwierdzi po tym sezonie, że warszawianie zaliczyli udane rozgrywki, ale niezbyt satysfakcjonujące miejsce w tabeli zajęli niejako na własne życzenie. Momenty gry porywającej przeplatały się z dramatami. Czasem nawet do zmiany postawy graczy z Łazienkowskiej starczały minuty. W spotkaniach z Ruchem i ze Śląskiem mieli rywala na widelcu, prowadzili i w zupełności kontrolowali sytuację, po czym nagle stawali w miejscu, tracili gole i przegrywali wygrane mecze. Trochę smutne dla polskiej szkoły trenerskiej jest to, że najlepszy chyba szkoleniowiec młodego pokolenia, w osobie Macieja Skorży, cały rok wdrażał schematy, które z lepszym efektem Maaskant potrafił wprowadzić w kilka miesięcy. Jakkolwiek pod względem organizacji gry Legia prezentuje się przyzwoicie (klasyczne 4-2-3-1, z podobnym wariantem przesuwania względem siebie defensywnych pomocników jak Śląsk), tym niemniej zespół ma duże problemy z utrzymaniem gry na stabilnym poziomie. Jeden błąd wystarczy, aby zawodnicy Legii wpadli w panikę i popełniali kolejne. Dopiero po jakimś czasie wszystko wracało na właściwe tory, ale nierzadko było za późno, by ratować sytuację. Jeśli jednak Maciejowi Skorży uda się popracować nad utrzymywaniem przez zespół stylu gry, który ta drużyna ma przyswojony, w następnym sezonie liczba wpadek powinna się zmniejszyć.


Rycerze jesieni

Jagiellonia długo była widziana jako jeden z kandydatów do mistrzostwa. Ostatecznie gra podopiecznych Michała Probierza wystarczyła tylko na czwarte miejsce. Białostoczanie specjalizowali się w grze 4-4-1-1 z bardzo ofensywnymi skrzydłami, wysuniętym Frankowskim i łączącym środek ze szpicą Burkhardtem. W pierwszej części sezonu dużym ułatwieniem była kapitalna dyspozycja Grosickiego, który sam potrafił zrobić na małej przestrzeni przewagę. Jego brak był mocno odczuwalny w drugiej części sezonu. Nie był to jednak jedyny problem graczy Jagiellonii. Ustawienie z czwórką w pomocy często skazywało ich na przewagę liczebną w tej strefie ze strony rywala. Dwójka defensywnych zawodników zajmowała się zwykle środkowymi Żubrów, co pozwalało temu bardziej ofensywnemu na większe pole manewru, tym bardziej, że ofensywne skrzydła nie zawsze nadążały z asekuracją. Ją starał się zapewniać głębiej schowany duet defensywnych pomocników, ale (zwłaszcza w pierwszej fazie rundy rewanżowej) odległości między formacjami były za duże, zaś rozdział na ofensywę i defensywę zbyt wyraźny.

Lokomotywa bez sternika

Tak jak Grosicki w Białymstoku, tak w Poznaniu niezastąpieni okazali się Peszko i Lewandowski. Próba utrzymania pomysłu na grę z zeszłego roku, przy braku wykonawców, skończyć się dobrze nie mogła. Pierwsza połowa sezonu, jeszcze z dynamicznym skrzydłowym na pokładzie, rodziła nadzieje na to, że iż biegiem czasu niedostatki w przyspieszaniu tempa gry i organizacji ataku pozycyjnego uda się zniwelować. Stało się jednak inaczej. Kiedy zabrakło zawodnika, który był w stanie stworzyć przewagę, problem z tym miał także kolektyw. Sytuację znów ratowała indywidualność Rudnevsa, choć sam Bakero szukał nowych rozwiązań. Pomysły z Bragi okazały się samobójcze, ciekawiej było przy zmianach z klasycznego 4-2-3-1 na 4-3-3, choćby w spotkaniu z Jagiellonią. Ten pomysł jest skutkiem powrotu Murawskiego, od tego czasu Lech dysponuje trójką bardzo solidnych defensywnych pomocników, potrafiących także zainicjować akcję. Z drugiej strony mimo wszystko trudno przekonać się do Sztilicia i w ataku i na skrzydle.

Im dalej w las…

W środku tabeli taktycznych perełek nie brakowało. W oczy rzucały się zwłaszcza Widzew i Bełchatów. Podstawowym problemem obu zespołów był brak umiejętności przełożenia sporej przewagi w środku pola na okazje bramkowe. Podobać się jednak mogło ładne i długie operowanie piłką i duża ruchliwość poszczególnych zawodników, ułatwiająca rozegranie akcji i przenoszenie się z futbolówką nie dzięki indywidualnym umiejętnościom, a zgranemu kolektywowi. Problemem jednak tradycyjnym w tego typu sytuacjach pozostaje brak płynności rozegrania – niby piłka ładnie wędruje od nogi do nogi, niby możliwości pozbycia się piłki nie brakuje, jednak zbyt duża liczba podań ułatwia ustawienie szyków obronnych przez rywala. Z kolei próba rozegrania bardzo szybkiego kończyła się przez straty i niedokładność. Ćwiczenie tego typu schematów jest z całą pewnością opłacalne, ale wymaga cierpliwości i od piłkarzy i od trenerów i od działaczy. Tym z Bełchatowa już jej zabrakło.

Byle gęsto

Zespoły, które nie mogły liczyć na indywidualne szarże, musiały skupiać się bardziej na uprzykrzaniu życia rywalom. Były takie, które nijak nie mogły wyjść poza to (Polonia Bytom), były takie, które do zwartych szeregów w defensywie starały się dorzucać szybkie przerzuty na ofensywne indywidualności (Zagłębie, Ruch). Standardem było zawężanie pola w defensywie i rozprowadzanie akcji możliwie szybko. Stąd też duża liczba niespodzianek w rozgrywkach. W każdym spotkaniu zespół teoretycznie słabszy się bronił, ten silniejszy nacierał. Przy trzymaniu twardych szyków z tyłu, łatwo było zaskoczyć atakującego rywala z kontry. W ten sposób grającemu poprawnie Górnikowi udało się skończyć rozgrywki w górnej połówce tabeli, zaś Lechii długo walczyć o podium. Ucierpiała na tym z kolei Polonia, która z uwagi na chaos i brak ciągłości na ławce trenerskiej miała ogromne problemy z wykreowaniem własnego stylu gry. Te same problemy miała Cracovia, ale z powodu braku indywidualności miast bić się o puchary, do końca uciekała przed spadkiem.

Nie takie dno słabe

Frantiszek Straka za spadek Arki winy nie ponosi. Trudno też ciskać gromy w stronę Dariusza Pasieki. Obaj próbowali wykrzesać z marnego składu co się dało, stawiali na możliwie wysoki pressing i zablokowanie rywala na wysokości środka boiska. Wszystko to jednak na próżno, gdy każdy z zawodników miał na sumieniu mnóstwo błędów indywidualnych. Arka sprawiła bardzo dobre wrażenie choćby w meczach z Legią, Lechem i Śląskiem. Rezultaty to kolejno 0:3, 0:3 i 2:2. Jak to możliwe? Każdemu zdarzają się błędy, przy czym niektórym znacznie więcej niż innym. Na tym poziomie organizacji taktycznej, jaką prezentują polskie zespoły, bardzo trudno zniwelować deficyty i proste pomyłki poszczególnych zawodników. Przekonał się o tym Pasieka, przekonał Michniewicz, vide tylko remis ze Śląskiem po dwóch prostych błędach w końcówce, przekonał się nawet i Maaskant, który przez brak koncentracji podopiecznych uległ w dwumeczu Pucharu Polski Podbeskidziu.

Idzie idzie

O beniaminku z Bielska – Białej warto wspomnieć w kontekście ciekawego zespołu, który stworzył Robert Kasperczyk. Bardzo wąskie 4-4-2 z poszerzającymi akcję bocznymi defensorami wniosło nową jakość do tego, wydawać by się mogło, skostniałego ustawienia. Tymczasem wykonanie było momentami porywające. Doskonała asekuracja w defensywie plus niewielkie odległości przy rozegraniu i sprawne formowanie „trójkątów” przy ataku pozycyjnym sprawiają, że w nowym sezonie w Ekstraklasie możemy wypatrywać taktycznej ciekawostki, która także i w najwyższej klasie rozgrywkowej może sporo zamieszać.

Tak grały zespoły Ekstraklasy w tym sezonie:
Wisła: 4-1-4-1, 4-2-3-1
Śląsk: 4-2-3-1, 4-4-2, 4-3-1-2
Legia: 4-2-3-1
Jagiellonia: 4-4-1-1
Lech: 4-2-3-1, 4-3-3
Górnik: 4-2-3-1, 4-5-1, 4-4-1-1
Polonia: 4-2-3-1
Lechia: 4-3-3
Widzew: 4-4-2, 4-4-1-1
Bełchatów: 4-2-3-1
Zagłębie: 4-5-1, 4-3-3
Ruch: 4-2-3-1, 4-2-2-2
Korona: 4-2-3-1, 4-4-1-1
Cracovia: 4-2-3-1
Arka: 4-5-1
Polonia Bytom: 4-5-1

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama