Przed finałem LM: jak pokonać Barcelonę

Dwa lata temu te same drużyny spotkały się w finale tych samych rozgrywek. W Rzymie wygrała Barcelona, która dziś – co nieprawdopodobne – wydaje się dysponować jeszcze lepszą drużyną niż wówczas. Wzmocnieniu uległa linia defensywna, rozwinął się Busquets. Z kolei Manchester stracił swoją największą gwiazdę w osobie Christiano Ronaldo i… również stał się zespołem lepszym niż w 2009 roku. Pytanie, czy Czerwone Diabły są w stanie wziąć na Hiszpanach rewanż.

Złe miłego początki i środki


Obecny sezon nie był dla obu trenerów łatwy. Co prawda drużynie Guardioli udało się obronić tytuł w lidze, to jednak zyskała konkurenta, który potrafił jej wyrwać triumf w Pucharze Króla. Real pod wodzą Jose Mourinho stał się skazą na idealnym do tej pory wizerunku Katalończyków. O ile wcześniej świat zachwycał się popisami Xaviego, Iniesty i Messiego, o tyle po starciach z Królewskimi przy wypowiedziach i tekstach na temat Barcelony coraz częściej zaczęły pojawiać się pejoratywnie nacechowane przymiotniki, jak „symulanci” czy wręcz „oszuści”. I chociaż w niczym nie zmienia to faktu, że Barca jak na razie może zaliczyć sezon do udanych, to nie da się ukryć, że w jego drugiej części różowo nie wyglądały ani forma drużyny, ani atmosfera wokół niej.

Z kolei problemy świeżo koronowanych mistrzów Anglii rozpoczęły się jeszcze przed sezonem, kiedy okazało się, że w kasie brak pieniędzy na wielkie transfery i chwilę później, gdy z pełną mocą wybuchł skandal z udziałem Wayne’a Rooney’a. Wtedy jednak do akcji wkroczył Ferguson. Szkot na progu rozgrywek osiągnął dwa ogromne sukcesy, można powiedzieć, że założycielskie dla późniejszych triumfów. Po pierwsze w wielkiej tajemnicy ściągnął do klubu pierwszego w historii Meksykanina, Javiera Hernandeza. Nie zapłacił zbyt wiele, a były gracz Chivas de Guadalajara odwdzięczył się trzynastoma golami w lidze (w zespole ustępuje tylko Berbatovowi) i czterema trafieniami w Lidze Mistrzów (najskuteczniejszy w ManU). Po drugie zaś Fergusonowi udało się zażegnać konflikt z Rooney’em, dzięki czemu uniknął utraty kolejnej gwiazdy.

Faworyt jest jeden

Pytaniem, jakie często stawiają sobie w ostatnim czasie fani futbolu, dotyczy tego, czy Manchester da radę przeciwstawić się Barcelonie, a może nawet z nią wygrać. Już sam sposób sformułowania powyższego dużo mówi o tym, kogo piłkarski świat widzi w roli faworyta finału. Bukmacherzy i bezstronni kibice z reguły są zgodni – wygrają Katalończycy. Wskazuje na to zarówno naszpikowany gwiazdami skład, jak i statystka – w poprzednich pięciu latach Barcelona grała w finale dwa razy, dwa razy po puchar sięgając. W tym samym czasie Manchester również docierał do finału dwukrotnie – wygrał po rzutach karnych z Chelsea, by rok później uznać wyższość Barcy. W sobotę na Wembley walka będzie toczyła się nie tylko o pojedynczy sukces, ale i o wyprzedzenie rywala w liczbie trofeów. Oba zespoły wygrały elitarne rozgrywki trzykrotnie i wprawdzie daleko im jeszcze do dziewięciokrotnego laureata z Madrytu, ale już za kilka dni rozstrzygną między sobą, kto ma pierwszeństwo w pisaniu współczesnej historii największej klubowej bitwy futbolowej świata.

…ale pretendentów dwóch

Zasadniczo wszyscy kibice wiedzą, jak gra Barcelona. Porywająco. Równie zasadniczo ci sami kibice wiedzą, jaką drużyną dysponuje Manchester. Bardzo dobrą. Czy „bardzo dobry” ma szansę wygrać z „porywającym”? Odpowiedź jest oczywista: jak to w futbolu – aż do końcowego gwizdka zawsze ma. Nie tylko przed końcowym, ale i przed pierwszym spróbujemy sobie odpowiedzieć nie na pytanie „czy?”, ale „jak?”.

Sposób 1: być jak Inter Mediolan w 1. meczu półfinałowym LM ubiegłego sezonu

W sezonie 2009/2010 Inter wygrał u siebie 3-1 mimo, że pierwszy stracił bramkę. Kluczy do sukcesu w tym spotkaniu było kilka, a Mourinho udało się włożyć wszystkie do właściwych zamków. Przede wszystkim niesamowicie grał Maicon – podłączał się do akcji ofensywnych, urządzając sobie to rajdy boczną strefą boiska, to znowu brał się za rozgrywanie w środku pola bądź wykańczał akcje (strzelił drugą bramkę dla swojego zespołu). Kolejnym atutem Interu był grający świetne piłki za plecy obrońców Sneijder. Holender zdobył też wyrównującego gola, świetnie zamykając akcję, której nie zamknęli obrońcy Barcelony. Ostatnią z kluczowych kwestii był w tym meczu odbiór piłki. Gospodarze próbowali odzyskiwać futbolówkę w każdym momencie akcji Barcelony i to przyniosło wymierne efekty bramkowe.

Choć dzisiaj strzelenie Katalończykom trzech goli wydaje się nieprawdopodobne, to rok temu okazało się jak najbardziej wykonalne. Manchester, jeśli chce skorzystać z tej lekcji, powinien uaktywnić swoich bocznych obrońców, ale przede wszystkim zmusić do biegania od pola karnego do pola karnego środkowych pomocników. Charakterystyczne dla akcji tamtego Interu było to, że uczestniczyła w nich większa liczba piłkarzy – Mourinho wpoił swoim zawodnikom, że po stracie muszą po pierwsze od razu wracać, po drugie – o ile to tylko możliwe – doskakiwać do rywala i próbować przejąć piłkę. Tamto spotkanie obnażyło słabą stronę Barcelony, mianowicie kiepskie ustawianie się defensywy po stracie. I choć nie jest zbyt odkrywcze stwierdzenie, że tracący piłkę zespół może nadziać się na szybką i groźną kontrę, to w przypadku nadchodzącego finału ma ten truizm dodatkowe uprawomocnienie – Katalończycy są przyzwyczajeni do długiego posiadania piłki i rzadko zdarza im się ją tracić, przez co nie mieli zbyt wielu okazji na przećwiczenie zachowania się w takiej sytuacji.

Sposób 2: być jak Real Madryt w finale Pucharu Króla

Dewizą Królewskich było w tym spotkaniu „utrudnić i ustrzelić”. Utrudnianie polegało na wystawieniu defensywnego składu z piątką nominalnych obrońców, dwójką defensywnych pomocników, dwójką pomocników ofensywnych, ale odpowiedzialnych również za obronę i jednym napastnikiem. Ogromną rolę odegrał wtedy Pepe – Mourinho znalazł dla niego na boisku nową rolę, przenosząc z defensywy do środka pomocy. Postawiłbym nawet tezę, że Portugalski obrońca jest w tym sezonie dla Realu tym, czym w poprzednim dla Interu był Maicon. W spotkaniach z Barcą Pepe znajdywał się na boisku zawsze tam, gdzie był akurat potrzebny, choć na nieszczęście Królewskich również tam, gdzie udawało mu się łapać czerwone kartki. W ramach „ustrzelenia” Mourinho nie zaaplikował swoim podopiecznym tak odważnej taktyki, jak wówczas, gdy trenował Inter. Stało się tak zapewne dlatego, że tym razem dysponował zawodnikami o znacznie większych umiejętnościach technicznych, co pozwalało na przeprowadzanie skutecznych ataków mniejszą liczbą zawodników. Dość powiedzieć, że w bramkowej akcji brało udział czterech piłkarzy, z czego ledwie trzech znalazło się przynajmniej na wysokości pola karnego.

Dużym znakiem zapytania jest to, czy w Manchesterze da się z dnia na dzień znaleźć odpowiednika Pepe. United mają piłkarzy solidnych, ale by skutecznie rywalizować z Barceloną, solidność musi albo wzbić się na wyżyny swoich umiejętności, albo mieć swój dzień i rozegrać zawody takie, jakie rozegrał w finale Pucharu Króla Portugalczyk. Otwarte pozostaje również pytanie, czy Fergusonowi uda się zmusić swoich ofensywnych graczy do harowania również w defensywie. Choćby z tych względów wydaje się, że bliższy Szkotowi powinien być pierwszy z przedstawionych tu sposobów. W tym drugim United mogą się zwyczajnie nie odnaleźć, chociaż z drugiej strony całkiem niedawno, bo w półfinale Ligi Mistrzów, zagrali z dość podobnymi założeniami…

Sposób 3: być jak Manchester w rewanżowym meczu z Schalke

W tym spotkaniu United wystąpili w ultrarezerwowym składzie, a mimo to zdołali zwyciężyć aż 4-1. Pisałem wtedy, że ustawienie byłoby w zasadzie wymarzonym ćwiczeniem przed finałem z Barceloną, gdyby nie udział dublerów. Ale kto wie, czy Ferguson nie sięgnie po tę właśnie taktykę? Przypomnę więc charakterystykę ustawienia Diabłów z tamtego meczu: wąsko grający blok defensywny z bardzo blisko niego grającą trójką defensywnych pomocników. Tę siódemkę w razie potrzeby wspierali dodatkowo skrzydłowi, w tym wypadku Nani i Valencia. W ataku biegał osamotniony Berbatov.

Takie ustawienie daje Manchesterowi podwójną korzyść. Po pierwsze – zabezpiecza środek pola, gdzie najprawdopodobniej Barcelona osiągnie zdecydowaną przewagę. Nawet jednak utrzymując się przy piłce Katalończycy będą mieli ogromne problemy ze sforsowaniem podwójnych zasieków, jakie Ferguson ustawił w meczu z Schalke. Dodatkowo zawężająca pole gry defensywa nie powinna obawiać się dośrodkowań ze skrzydeł, jako że Barca zwyczajnie nie lubi grać w ten sposób, a po odejściu Ibrahimovicia nie ma nawet do kogo takich dośrodkowań adresować. Druga korzyść ManU wynika z możliwości wyprowadzania szybkich kontr przez skrzydłowych, za którymi podąży blok środkowych pomocników. Przy umiejętnym pokazywaniu się i wychodzeniu na pozycje mogą oni stworzyć w danym kwadracie boiska przewagę, umożliwiając oddanie strzału bądź podanie do wbiegającego napastnika/pomocnika.

Kto się pomylił?

Powyższe dywagacje mogą okazać się zupełnie nieuprawnione, jeśli okaże się, że jedna z drużyn przystąpi do finału w wyraźnie słabszej od rywala formie, bądź, co może nawet ważniejsze, będzie dużo słabiej przygotowana kondycyjnie. Jeśli idzie o formę bardziej martwić powinien się Guardiola. Jego najlepsi zawodnicy najpewniej zdążyli już bowiem zapomnieć, co to znaczy rytm meczowy. Ostatni naprawdę ważny mecz rozegrali 3. maja, remisując z Realem w Lidze Mistrzów. Pięć dni później Katalończycy zagrali mecz ligowy z Espanyolem, wygrywając 2-0. Chociaż od pierwszych minut wystąpili wtedy Fontas i Pedro, to skład pozostawał jeszcze niemal podstawowy. Tamto spotkania od finału na Wembley dzieli dokładnie 20 dni. Przez ten czas Barcelona nie wychodziła już na boisku w zestawieniu ani równie silnym, ani zmotywowanym. Wprawdzie 11. maja podstawowa jedenastka była jeszcze w miarę zbliżona do tej, jaką mamy szansę zobaczyć w spotkaniu z Manchesterem, to remis 1-1 z Levante osiągnęła po popisie antyfutbolu, gdy piłkę rozgrywała głównie na własnej połowie. Ostatnie dwa spotkania, z Deportivo i Malagą, to już wybitnie rezerwowe składy, których efektem – trochę pewnie ubocznym – było najwyraźniej lepsze zgranie się rezerwowych. Dublerzy pierwszy mecz bezbramkowo zremisowali, a w drugim okazali się już lepsi stosunkiem bramek 3-1.

Jeśli prześledzić majowe spotkania Manchesteru United, jasne stanie się, że Ferguson postanowił nie ingerować zbytnio w coś, co dobrze funkcjonuje. 1. i 8. maja Diabły zagrały odpowiednio z Arsenalem i Chelsea. Walka toczyła się o tytuł, więc jedenastki Szkot wystawiał najmocniejsze, po drodze ogrywając jeszcze rezerwami Schalke w Lidze Mistrzów. Kolejne dwa spotkania United rozegrali 14. maja z Blackburn (1-1) i 22. maja z Blackpool (4-2). W pierwszym z nich Manchester wyszedł w ustawieniu zbliżonym do najmocniejszego, drugie rozpoczął nieco bardziej rezerwowym składem, choć po boisku biegali Van der Sar, Vidić, Evra, Anderson, Nani, Park czy Berbatov.

Rzut oka na niedawne spotkania obu finalistów pokazuje, że obaj trenerzy wybrali zupełnie inną taktykę przygotowań. Guardiola dał swoim kluczowym zawodnikom sporo wolnego od regularnych rozgrywek, z kolei Ferguson konsekwentnie (z niewielkimi odstępstwami w ostatnim meczu) wystawiał swoich najlepszych ludzi do boju. W przypadku Szkota było to rzecz jasna częściowo wymuszone tym, że w pierwszej połowie maja jego zespół ciągle jeszcze musiał walczyć o tytuł, który w przypadku Barcelony stał się oczywisty o wiele wcześniej. Nie zmienia to jednak faktu, że obaj trenerzy podjęli jakieś ryzyko – Guardiola postawił na szali wypadnięcie z rytmu meczowego, Ferguson – kumulację zmęczenia u swoich zawodników.

Historia wskazuje, że większym ryzykantem może okazać się trener Barcelony. Szybkie spojrzenie wstecz – na EURO 2008 cztery pewne awansu drużyny wystawiły w ostatnim meczu grupowym rezerwowy skład. Efekt? Trzy z nich zgodnie przegrały. A porażki poniosły nie byle jakie zespoły – Chorwacja, Portugalia i Holandia. Co ciekawe jedyną drużyną, która po meczu rozegranym dublerami zwyciężyła w ćwierćfinale, była… Hiszpania. Czy historia się powtórzy? Zobaczymy za kilka dni. W sobotni wieczór przedmeczowe dywagacje stracą sens, ustępując miejsca futbolowi w – miejmy nadzieję – jak najbardziej czystej i pięknej postaci.

Reklama