Legia Warszawa – Lech Poznań: Puchar Mobilności

Maciej Skorża może przyznać, że Lech Poznań mu leży – w każdym z meczów przeciwko tej drużynie jego zespół prezentował się naprawdę dobrze i, jeśli nie wygrywał, to i tak prezentował się dużo lepiej od tego co zwykle gra. Nie inaczej było i tym razem, a i sam szkoleniowiec udowodnił, że mimo wielu wad, potrafi zarobić na swoją wysoką pensję w ciągu tych krótkich przerw jakie ma w tak długim meczu.


Jednak trzeba oddać Lechowi to co… mistrzowskie. Pierwsza połowa całkowicie należała do nich, całkowicie zdominowali swojego rywala i, używając języka potocznego, nie pozwolili Legii na zrobienie ‘sztycha’. Skąd to się wzięło? Zadziwił trochę Bakero zostawiając na ławce Stilicia, najprawdopodobniej licząc, że będzie miał do dyspozycji dodatkową siłę, którą przy niekorzystnym obrocie spraw będzie mógł puścić w bój. Prawda jest jednak taka, że zastępujący go na pozycji za napastnikiem Kriwiec zaprezentował się bardzo dobrze – był mobliny, schodził po piłkę, pomagał, a w razie potrzeby asekurował wysoko grającego Murawskiego. Ta ruchliwość Białorusina pozwoliła przyzwyczajonemu do stateczności Stilicia Rudnevsowi na wiele więcej w ataku Lecha – efektem czego częste, szybkie wymiany podań ze skrzydłowymi pozwalającymi na rozwinięcie ataku Kolejorza.

Mobilność Rudnevsa, Kriwca i Murawskiego zdezorganizowała grę Legii w środku pola, czego efektem było przegranie przysłowiowej batalii o ten skrawek murawy w pierwszej połowie. Efektem była także dziura przed czwórką obrońców, a zauważalne było jak grają środkowi pomocnicy Legii bez piłki – Borysiuk biegający zwykle pomiędzy zawodnikami Lecha, nie kryjąc żadnego z nich, Vrdoljak jakby obok akcji, spóźniony do rywala oraz Radović, zawsze odłączony od akcji przez Injaca. Dziurę tą wykorzystał właśnie defensywny pomocnik Lecha, który swietnym uderzeniem wyprowadził swoją drużynę na zasłużone prowadzenie. Żaden z rywali nie zdążył go zablokować – przez pierwsze czterdzieści pięć minut było to symptomatyczne dla zawodników Legii.

W pierwszej połowie Lecha ustawienie było na boisku kompaktowe, a Legia była rozciągnięta na całej długości boiska. Jedynym sposobem Skorży zdawały się być długie przerzuty od Borysiuka lub bocznych obrońców do Hubnika (na pojedynek główkowy) lub Manu (na pojedynek biegowy). Większość piłek Czeski snajper jednak przegrywał, ale już portugalskiemu skrzydłowemu zdarzało się wygrać na dystansie z Wawrzyniakiem i stworzyć jakiekolwiek zagrożenie pod bramką Kotorowskiego. Rybus, na lewej stronie Legii, kompletnie niewidoczny nie mógł liczyć na podanie – jest graczem innego typu, potrzebuje piłki do stopy by dopiero pokonać rywala.

Chwaliłem Skorżę za zmiany w przerwie, ale w zasadzie nie miał innego wyjscia – zmusił swoich zawodników do bliższego i ostrzejszego krycia, zwłaszcza w srodkowej strefie. I choć Legia nie zagrażała w pierwszych minutach po zmianie stron to jednak było widać różnicę w ich grze, a także brak komfortu w grze rywali, brak przewagi, która była w pierwszej połowie. Widząc to Skorża poszedł jeszcze dalej – odpowiedział Lechowi tym, czym zaskoczył ich Kolejorz w pierwszej połowie.

Jak wiele dała zmiana Kucharczyka Legii nie trzeba długo tłumaczyć, warto się skupić nad konkretami. Rybus i Manu byli w pierwszej połowie przywiązani do linii, rzadko schodzili do środka, a już nawet po piłkę do swoich kolegów. Osamotniony Radović niewiele im pomagał – musiał wracać często pod własną obronę. Kucharczyk, ciężko go przypisać do jednej pozycji w tym spotkaniu, dał Legii wspomnianą mobilność, dał swobodę ruchu Radoviciowi i Manu – w jednej akcji po zdobytej bramce, w okresie najlepszej gry warszawskiego klubu, cała ta trójka znalazła się na lewej stronie i wymieniała podania. Warto podkreślić, że na swobodę nie pozwalali sobie w defensywie, całkiem nieźle i szybko się ustawiając, gdy piłkę przejmował Lech.

Ciekawie wyglądały obie drużyny po zmianach. Pierwszy zareagował Bakero wprowadzając Stilicia za Injaca, słabnącego z każdą chwilą. Lech, szukając więcej gry, przeszedł na ustawienie 4-1-4-1, znów przejął inicjatywę. Zwłaszcza, że po niecałych dziesięciu minutach Vrdoljak, odrodzony po przerwie, musiał wejść na stopera, a zastąpił go Cabral, który, zanim wszedł w grę, potrzebował kilkunastu minut – obudził się dopiero na dogrywkę. Legia wtedy również przeszła na 4-1-4-1, a najlepiej w tym ustawieniu czuł się Manu. Szybki skrzydłowy miał wiele swobody, dodatkowo wzmocniony strzelonym golem raz po raz mijał swoich rywali – jak zwykle problemem było podanie…

Legia jednak łatwo na nowe ustawienie nie przeszła i mogło ją to kosztować puchar, końcówka bowiem należała do Lecha, a szyki drużyny Skorży były zdezorganizowane. Wprowadzenie przez Bakero na boisko Jacka Kiełba okazało się dobrym wyborem, ale zdecydowanie spóźnionym. W kilku akcjach zaprezentował się niczym Manu (sic!), był bliski zdobycia gola. O dziwo, po przejściu kapitana Legii na pozycję stopera, coraz słabiej prezentował się Rudnevs – agresywna gra Vrdoljaka, wychodzenie za napastnikiem w głąb pola i uniemożliwianie mu rozgrywania piłki nie pomogło Lechowi. To z kolei tłumaczy wprowadzenie Mikołajczaka, który grając równie wysoko miał ściągnąć w drugiej połowie dogrywki choć część uwagi z najlepszego napastnika Kolejorza.

Czy Legia wygrała Puchar Polski zasłużenie? Na pewno można powiedzieć, że Legia sprawniej dostosowywała się po pierwszej połowie do zmieniającej się sytuacji, nawet jeśli kosztowało ich to dużo więcej sił. Lech za to zawiódł, wydawałoby się, że powinien częściej nękać niepewnego przy dośrodkowaniach Skabę, a tymczasem polegał na Rudnevsie, który zamiast czekać na piłki w polu karnym, raczej do gry wychodził. Nie dziwi także to, że jedyne bramki padły po uderzeniach z dystansu – obie defensywy były bardzo skupione i nawet mimo kilku sytuacji nie pozwalały rywalom na łatwe wjeżdżanie we własną szesnastkę.

Finał Pucharu Polski był ciekawym pojedynkiem, który na pewno przesądził o przyszłości jednego ze szkoleniowców. Choć muszę się przyznać, że do tej pory byłem w grupie nielicznej doceniającej to co Bakero robi z Lechem to jednak zasłużenie straci on pracę, może przed końcem sezonu. Nie potrafił wpłynąć pozytywnie na swój zespół, gdy tego potrzebowała, nie zadziałały nawet zmiany, które do tej pory były jego silną stroną. Maciej Skorża z kolei to potrafił, nawet jeśli jego ekipa miała i ma swoje niedoskonałości – sztuką jest jednak je zatuszować w takim momencie. Legii to się udało i Legia wygrała. Legia potrzebuje jednak zmian i jeden mecz tego nie zmieni.

Reklama