Real Madryt – FC Barcelona 0-2: Wyrwane serce

Najlepsza drużyna XXI wieku podejmując w półfinale Ligi Mistrzów swojego odwiecznego rywala, nastawiła się na zabezpieczenie swojej bramki i gdyby nie decyzja sędziego najprawdopodobniej osiągnęłaby cel. I nawet statystyka posiadania piłki na poziomie 28% zostałaby wybaczona, gdyby udało się dowieźć korzystny wynik.


Jose Mourinho powiedział kiedyś „w meczach pucharowych kluczowe jest, aby w pierwszym meczu osiągnąć wynik, który nie stawia nas w konieczności zwycięstwa w rewanżu”. Jest to typowe dla Mou. Obce jest mu podjęcie ryzyka. Po zeszłorocznym rewanżu FC Barcelona – Inter Mediolan przyznał: „kiedy posiadamy piłkę, narażamy się na pressing Barcelony. kiedy Barcelona odbierze nam piłkę, okazuje się, że nasi zawodnicy zgubili pozycje. Nie chciałem tego i dlatego wcale nie zależało nam na posiadaniu piłki. Po prostu ja im oddawaliśmy”. We wczorajszym meczu widzieliśmy po trochu i z tego i z tego.

Ustalając przedmeczowe składy oszczędzili nam niespodzianek. Pauzującego Carvalho zastąpił Albiol, za Khedirę wszedł Lass, Pepe znów był kluczowym zawodnikiem środka pola dla Realu, a bardzo dobry występ ligowy nie pomógł ani Higuainowi, ani Benzemie, ani Kace. W Barcelonie do bramki wrócił Valdes, Puyol znalazł miejsce na lewej obronie, a Keita zastąpił kontuzjowanego Iniestę.

Z takich składów mogliśmy wywnioskować, że Mourino chciał takiej samej gry jak w finałowym spotkaniu o Puchar Króla. Real miał zagęścić środek pola na własnej połowie i szukać kontry na szybkich Ronaldo i Di Marię. Guardiola, widząc, że jego piłkarze maja marne wsparcie w grze ofensywnej od bocznych obrońców, nakazał im trzymanie się swojej połowy. Stąd tez obecność Puyola, który sprawdził się w walce z Ronaldo m. in. w Finale Ligi Mistrzów w 2009. Jednak po kontuzji był również zachowawczy jeśli chodzi o grę do przodu. Gra defensywna Barcelony, poza linia obrony wspierana była Keitą, pilnującym przedpole, oraz Busquetsem, który w razie konieczności wzmacniał linię defensorów.

Gra ofensywna Barcy,opierała się, co nie dziwne, o Xaviego, wyprowadzającego piłkę z własnej połowy. Problemy Barcelony w tym obszarze wiązały się także z pasywną, jak na standardy Barcelony, gra bez piłki. Jedynie Messi szukał stale przestrzeni w której mógłby dostać podanie. Odniosłem wrażenie, że mecz przerósł trochę Villę i Pedro, obaj statyczni i często schowani za swoimi obrońcami. Więcej uwagi poświęcali na szukanie odwetu na piłkarzach Realu i szukaniu sprawiedliwości u sędziego (punkt dla Mourinho). W wyprowadzaniu piłki spod własnego pola karnego pomagał też oczywiście Pique, w tej sytuacji zostawał Mascherano (rzadko oddalał się od własnej bramki, prawie zawsze najbliżej Valdesa spośród piłkarzy blaugrany).

Real w grze bez piłki starał się grać tak, jak w poprzednim spotkaniu. Zabezpieczenie środka własnej połowy. Barcelona grę ofensywna opierała na Xavim i 3 zawodników z przodu naturalnie zbiegających do przodu. Dodatkowo brakowało wsparcia bocznych obrońców, o co zadbali szeroko ustawieni, piekielnie szybcy Di Maria i Ronaldo, czekający na długie piłki przy kontratakach. Mniej więcej tak padła bramka w Copa del Rey. Piłka odzyskana po podwojeniu w środku pola, zagranie na skrzydło i wygrany pojedynek biegowy Di Marii, z nie najwolniejszym przecież Alvesem. Wracając do tamtej bramki, nachodzi kolejna refleksja. Real kompletnie nie wykorzystał swej przewagi w grze powietrznej. Bodaj tylko jeden w miarę groźny strzał Ronaldo z główki, natomiast kompletnie bezsensowne próby uderzenia z ok 35m spod linii bocznej, zakończone zresztą strzałami w mur.

Tutaj dochodzimy do tematu czerwonej kartki. Oczywiście Mourinho może powtarzać o kolejnych wykluczeniach dla jego piłkarzy w starciach z Barcą, możemy mówić o „skandalach na Bernabeu i Stamford Bridge”, może deprecjonować trofea Guardioli, ale nie jest to wytłumaczenie satysfakcjonujące. Jeśli Mourinho w każdym spotkaniu nakazuję agresywny pressing, prowokowanie rywala i wywieranie presji na sędziego, to oczywistym jest, że jest to broń obusieczna. Odwracanie uwagi od taktyki wybitnie reaktywnej, a wręcz negatywnej i przerzucanie winy na sędziego, nie powinno uchodzić jednemu z najwybitniejszych trenerów na sucho. Kartka która kompletnie zmieniła obraz gry, jest karą, którą sędzia może bez problemu wyjaśnić, a więc jak najbardziej zasłużoną. Mourinho podjął ryzyko (szkoda, że nie gry w piłkę) i sparzył się. Wykluczenie Pepe było dla Realu jak 'wyrwanie serca drużynie'. Pozbawienie jej 'mięśni'. Pepe, który wraz z Lassem i Xabim skupiali się na wyłączeniu z gry Xaviego i Messiego, był kluczowy w rozbijaniu akcji Barcy w zarodku. Był falochronem przed polem karnym Realu.

Dlatego niedziwne, że obie bramki dla drużyny gości, która po tej kartce grała ze zdecydowanie większą swobodą, padły dzięki tej dwójce. Przy pierwszej, Xavi przejął piłkę przed polem karnym, zrobił kółeczko, odpierając atak rywali, i zagrał na skrzydło do Affelaya, który dał drużynie 'szerokość', zmusił obronę Realu do zwiększenia odległości między sobą i siał popłoch swoją szybkością, wykorzystał poślizgnięcie Marcelo (zroszona murawa?), wyprzedził go i dograł do Messiego. O drugiej nic chyba pisać nie trzeba. Co to za problem strzelić bramkę, jak się gra w przewadze, tak przynajmniej twierdzi Ronaldo.

Negatywna taktyka Mourinho najprawdopodobniej przyniosłaby skutek, gdyby nie (wg mnie zasłużona) kartka dla Pepe. Dało to Barcelonie więcej miejsca na rozgrywanie piłki w środku pola, akurat Barcelona potrafi to wykorzystać. Nawet gdyby Real dotrwał w pełnym składzie, to najpewniej skończyło by się bezbramkowo (w niedawnym finale królewskiego pucharu Real, gdzie grał wybitne spotkanie, potrzebował dogrywki) i musiałby szukać goli na Camp Nou. Jak dotąd, po trzech meczach wiemy, że Barcelonę można zatrzymać, ale pokonać ją jest niemal niemożliwe i właśnie taki mecz, z drużyną najlepiej przygotowaną taktycznie z jaką jak dotąd przyszło im grać (wg mnie nawet bardziej niż Inter Mourinho) potwierdza, że to być może najwspanialsza drużyna w historii.

Reklama