Real Madryt – Barcelona 1-1: 11 < 10

Po klęsce na Camp Nou Mourinho musiał poszukać zmian. I te oczywiście były, zaskoczyły niejedną osobę, ale efekt zaskoczył chyba i samego Mourinho.


Duża część problemów Realu w pierwszym meczu brała się z tego, że w początkowych 45 minutach spotkania pozwolono na zbyt wiele w środku pola. Mourinho chciał nie zmieniać swojej tradycyjnej strategii i narzucić Barcelonie własny styl gry. Musiało skończyć się katastrofą. Zreflektował się dopiero po 45 minutach i wzmocnił środek pola zmieniając bezproduktywnego i zagubionego przy niesamowitym pressingu Oezila na Diarrę. W tym meczu Francuz nie mógł zagrać, ale szkoleniowiec Królewskich postawił na ten sam wariant, do pomocy desygnując Pepe.

Ten rozegrał znakomite spotkanie. Doskonale przesuwał się za akcją, w wielu momentach potrafił się bardzo dobrze ustawić i przerwać (lub przynajmniej spowolnić) akcję Barcelony. Nawet i tiki-taka wymaga odrobiny miejsca, którego dzięki akcjom Portugalczyka często brakowało. W wielu momentach wyglądało, jakby był on zwolniony z działań taktycznych, zaś jemu samemu pozostawiono decydowanie, gdzie konkretnie ma się ustawić. Stąd też bywały sytuacje, że operował tuż przed obronnym kwartetem, a zdarzały się i momenty, że Xavi czy Iniesta, otrzymujący piłkę w środkowym kole, mieli byłego gracza Porto na plecach. Co ciekawe – rzadko zawodnik Realu schodził na boki – tam podwajaniem zajmowali się głównie Khedira i Alonso.

Skoro mowa o kryciu na bokach, trzeba wspomnieć o przechodzeniu przez Królewskich na grę piątką z tyłu dla poszerzenia linii na wejścia Alvesa na skrzydle. Jeden z zawodników Realu (zwykle Alonso, rzadziej Marcelo) schodził bardzo szeroko pod linię, by zablokować ofensywne zapędy obrońcy Katalończyków. Cała zabawa polegała na tym, że nawet wtedy, kiedy pod linię zbiegał skrajny defensor gospodarzy, czwórka obrońców pozostawała na pozostałym obszarze w niezmienionym ustawieniu – o formację do tyłu wycofywał się Alonso. Podkreślało to rolę Pepe, jako typowego falochronu. Nawet w sytuacji, kiedy rywale naciskali i przyszło się bronić dwiema liniami, znajdował się on powyżej ostatniej linii.

Na nic to by się zdało jednak, gdyby Barcelona zagrała tak, jak kilka miesięcy temu na Camp Nou. Wtedy było to futbol nie z tej ziemi, teraz Blaugrana zagrała spokojniej, ostrożniej, a przy tym już nie aż tak dokładnie, bez swojego tradycyjnego polotu i zostawienia mnóstwa zdrowia na boisku, a przy tym, można by powiedzieć, trochę nonszalancko i niechlujnie. Rzadko pokazywali swoją zegarmistrzowską precyzję dograń, rzadko rzucali się do swojego tradycyjnego pressingu, niespecjalnie spieszyli się do przejecia piłki i wyprowadzenia akcji. Grali swoje na zwolnionych obrotach. Nadal przewaga w posiadaniu futbolówki była ogromna, ale nie przekładała się na szybkie akcje. Tradycyjnie szukali szybkich piłek przełamujących defensywę rywala jednym podaniem (co się tradycyjnie udało), ale biegający wszędzie Pepe znacznie tego typu grę utrudniał.

Ciekawostką w grze Barcy było rzadko stosowane przez nich w wielu momentach klasyczne 4-3-3. Zwykle u Katalończyków w tym schemacie środkowy napastnik nie jest wykańczającym akcje, a tym bardziej cofniętym, Wczoraj w Mardycie w bardzo wielu momentach Messi był na szpicy. Tym niemniej największe efekty przynosiły tradycyjne metody – Villa który znikąd wyskakuje zza linii obrony i wypracowuje karnego i przewagę liczebną. Inna to sprawa, że Real wiele razy gubił linię spalonego. To oczywiste, że grając z Barceloną trudno się ustawić właściwie, ale gospodarze w ten sposób sprawy sobie nie ułatwiali.

Wesoło zaczęło się robić, kiedy gospodarze zaczęli grać w dziesiątkę. Mourinho sam nie mógł się za bardzo zdecydować, czy będzie grać trójką czy czwórką w defensywie. Początkowo wyglądało na ten pierwszy wariant, ale szybko się okazało, że nie będzie to dobry pomysł. Pepe na moment został cofnięty do obrony, co też nie było ostatecznym rozwiązaniem. Końcem końców na stoperze znalazł się Ramos, a po festiwalu zmian obronę uzupełnił Arbeloa. Ronaldo zmienił flankę, a drugą stronę pomocy zajął Oezil. Real zaczął grać bardziej wąsko w ofensywie i liczyć na kreatywność Niemca i Portugalczyka, resztą graczy skupiając się bardziej na defensywie. Pod koniec meczu Real zaatakował większą liczbą graczy. Na całej długości biegał Khedira, do przodu włączali się boczni obrońcy, którzy mieli miejsce po zejściach do środka bocznych pomocników.

Dużo dobrego wniósł Oezil. W pierwszym meczu był jedną z głównych przyczyn klęski Realu, wczoraj biegał za dwóch i z całą pewnością przyczynił się do zniwelowania przewagi liczebnej Barcelony. Inna sprawa, że Katalończycy wcale nie gonili za rezultatem. Ten mecz w wielu miejscach przypominał pierwszą rundę bokserskiego starcia. Każdy chciał wybadać rywala, a kto wygra, nie miało jeszcze znaczenia. Tytuł był rozstrzygnięty już wcześniej, nawet zwycięstwo Realu nic by nie zmieniło. Co najwyżej Mourinho doszedł dodatkowy problem. Na finał krajowego pucharu ze składu wypadnie Albiol. Naturalnie byłoby zastąpić go Pepe, ale jak się na to zdecydować po takim meczu Portugalczyka w pomocy?

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama