Premier League do tablicy III

Dawno tablicy na Taktycznie nie było, czas więc wrócić do dobrych zwyczajów. Będzie o trzech czołowych zespołach Premier League, które, delikatnie mówiąc, w ostatniej kolejce nie zachwyciły. Dzisiaj także bawię się porównaniami i na ich podstawie wyciągam pewne wnioski – do Waszej oceny pozostawiam to czy są ciekawe i trafne.


Dr Wayne & Mr Rooney

Łatwo krytykować napastnika gdy całej drużynie nie idzie, ale też trzeba przyznać, że żarty dziennikarzy w trakcie meczu z Liverpoolem (w stylu: „Może w przerwie Ferguson wprowadzi Rooneya do gry”) miały sporo racji – snajper United był anonimowy i niewiele było z niego pożytku. Wręcz przeciwnie na Stamford Bridge, gdzie nie tylko zdobył gola, ale też był najlepszym graczem MU, mimo porażki. Porównanie jest więc tego dobrego Rooneya z meczu przeciwko Chelsea oraz tego złego z niedzielnej potyczki z Liverpoolem. Pierwsza różnica? Jak wysoko gra Anglik w Londynie i jak głęboko jest zmuszony cofać się po piłkę na Anfield – co też pokazuje indolencję jego kolegów w linii pomocy. Drugą cechą charakterystyczną są nieudane dośrodkowania z niedzieli – większość do Berbatowa, a z Chelsea grał w ataku z Hernandezem, który raczej mniej skory jest do walki w powietrzu. To także niejako wynikało z frustracji – brak opcji do gry z przodu więc desperackie i nieudane podania w szesnastkę rywali, gdzie Bułgar był bardzo dobrze kryty.

Martineza nauki obronne

Na sfrustrowaniu rywala polegał także sposób Wigan w wyjazdowym meczu z Manchesterem City. Przypadkowa porażka z dużo bogatszym i silniejszym przeciwnikiem wynikała tylko i wyłącznie z błędu bramkarza gości, ale to jak zagrali oni w obronie mnie osobiście zaskoczyło. Ich plan był oczywisty – wyłączyć z meczu najbardziej kreatywnych graczy Citizens – Davida Silvę i Carlosa Teveza. Udało się? Jak pokazuje załączony obrazek, owszem. Hiszpański ofensywny pomocnik szybko musiał się pozbywać piłki, podania były krótkie, a te kreatywne (z których Silva słynie!) można policzyć na palcach jednej ręki. Z kolei Tevez został wypchnięty daleko przed pole karne, wręcz w ogóle w nim piłką nie operował. Miotał się od lewej do prawej, szukał zagrań prostopadłych, ale dobrze przesuwająca się linia obrony Wigan nie pozwoliła na więcej niż jedno takie podanie we własne pole karne. Naprawdę szkoda, że nie udało się podopiecznym Roberto Martineza (dotąd raczej z defensywny nie słynącym) podkreślić tej bardzo dobrej postawy choć jednym trafieniem – sytuacji pod bramką Joe Harta im nie zabrakło.

Boczne limity Arsenalu

Kibice Kanonierów pewnie swojego zawodnika będą bronić, ale Gael Clichy do najlepszych lewych obrońców na świecie nie należy i należeć nie będzie. Jego gra w ofensywie często jest podsumowywana kompletnie niecelnymi dośrodkowaniami, a jak pokazał mecz z Barceloną, nie potrafi utrzymywać dyscypliny i często niepotrzebnie wyrywa się do rywala gdy trzeba utrzymać linię. Skupmy się jednak na ofensywnej grze Francuza z meczu przeciwko Sunderlandowi, gdzie walczyć musiał z Hendersonem i Ferdinandem. Rywale to trudni, szybcy i silni, ale przecież Arsenal cały mecz okupował połówkę przyjezdnych – jakim więc cudem nie udało mu się ani razu przebić bliżej niż do szesnastego metra po swojej lewej flance? Trzy niecelne dośrodkowania z niezłych pozycji, kilka krótkich zagrań, w pobliżu, ale generalnie bardzo ostrożna postawa Clichy’ego. Wystarczy porównać jego postawę z prawym obrońcą Arsenalu, Sagną, by zobaczyć, że to właśnie udziału bocznych defensorów w grze ofensywnej mogło zabraknąć do udokumentowania przewagi Kanonierów w sobotę. Nie mówiąc już o dokładności zagrań, które są posyłane na odległość dłuższą niż pięć-dziesięć metrów. Do poprawy!

Reklama