Polska – Norwegia 1-0: gramy swoje

W futbolu zdarzają się sensacje. Taką jest zwycięstwo nisko notowanej reprezentacji Polski nad rewelacją eliminacji do Euro 2012 w postaci Norwegii. Zwykle w takich sytuacjach faworyt ma nie najlepszy dzień, zaś słabsza drużyna wznosi się na wyżyny swoich możliwości. Obawy co do tego, że to szczyt możliwości naszej kadry, rosną.


Przed meczem trudno było stwierdzić w jakim zagramy ustawieniu. Zapowiadany skład sugerował 4-4-2, ale Smuda w czasie ostatnich miesięcy próbował już chyba wszystkiego, więc do momentu rozpoczęcia spotkania była to zagadka. Niestety, pozostała nią także po pierwszym gwizdku. Najbliżej temu było do asymetrycznego 4-2-3-1, z dużą zmiennością pozycji. Brzmi bardzo ambitnie, ale nie tyle jest to efekt wyszukania tej taktyki, co raczej wielkiego chaosu w środku pola. Pewnym można być tego, że za destrukcję odpowiadali Matuszczyk i Murawski, do tego wspomagał ich wracający Błaszczykowski. W praktyce jednak harujący na całym boisku gracz Borussii nie zawsze zdążał do asekuracji, efektem czego ciężar pilnowania środka pola spoczywał na dwóch graczach. Skutkiem była spora dziura między obroną i środkiem, w którą z biegiem meczu coraz częściej zapuszczali się zawodnicy Norwegii. A tam było już niezbyt trudno. Pod każdym względem słaby Glik, niezbyt pewny Dudka i często nieobecny, bo podłączający się pod ofensywę Piszczek nie stanowiliby dla poprawnie grającego ataku kłopotu. Tyle, że Norwegia grała w ofensywie bardzo powoli, ospale i bardziej siłowo niż szukając składności w poczynaniach. Głównie dlatego zakończyliśmy to spotkanie bez straconej bramki.

W defensywie brakowało jakichkolwiek śladów asekuracji. Abstrahując od piłkarskiej słabości Glika, momentami sprawiał on wrażenie, jakby nie znał przepisu o spalonym. Kiedy Głowacki wychodził wyżej, on skazywał się na kolejne kłopoty kryjąc indywidualnie Carewa, wydłużając o kolejne metry pole gry. Obaj z „Głową” w dodatku operowali bardzo daleko od siebie. Defensywa też powinna mieć charakter raczej kompaktowy, tymczasem nierzadko się zdarzało, że nasi skrajni obrońcy na rywala czekali tuż przy końcowej linii. Na swój sposób miało to sens, z uwagi na wzrost Norwegów, ale zważywszy na to, że dośrodkowań na skrzydle i tak nie byliśmy w stanie zablokować, zwężenie defensywy było wskazane.

Co zaś się tyczy organizacji akcji zaczepnych… Bardzo dobrze wypadło pod tym względem pierwszych 170 sekund. Szybko zamknęliśmy rywala pod jego polem karnym i rozsądnie oraz dość szybko wymienialiśmy piłkę, nie tracąc jej bezsensownie. Tego elementu zabrakło przez pozostałe 5350 sekund spotkania. Mieliśmy tylko jedno skrzydło (prawe, Błaszczykowski i Piszczek) oraz niedobór jednego zawodnika (zupełnie bezproduktywny Jeleń). Wymienność pozycji była duża. Wszystko jednak odbywało się skrajnie chaotycznie i wszystkie rozegrania nie były efektami wypracowanych schematów a działaniem doraźnym. Brakowało jakiejkolwiek powtarzalności w poczynaniach. Owszem, Lewandowski schodził do środka boiska, ale to dlatego, że był zupełnie odcięty od podań. Komentujący Tomasz Jasina pod niebiosa wychwalał zejścia ze skrzydła Błaszczykowskiego. Tymczasem jest to naturalne zachowanie, bo gdyby nie zrobił miejsca na skrzydle, wchodzący z defensywy Piszczek staranowałby stojącego przy linii Smudę. Boczni obrońcy wpływ na grę mieli jednak znikomy. W pierwszej połowie byli bardzo mocno wypychani przez piątkę norweskich pomocników, w drugiej dopasowali się do obrazu ogólnej rachityczności polskiego zespołu. Zupełnie nietrafionym pomysłem jest Dariusz Dudka na flance – za wolny, za mało zwrotny, rozgrywający tylko do najbliższego partnera.

Tragicznie wyglądała próba przejścia rozegraniem środka pola. Słabo grał Murawski, teoretycznie biorący na siebie ciężar gry, notujący jednak mnóstwo strat, niemający pomysłu na rozegranie piłki. Może to też kwestia braku zrozumienia z partnerami…? Ruchliwość jest niewielka, ale jeśli już jest, jest przypadkowa, piłki nie zagrywa się tam gdzie na treningach nauczono, że partner pobiegnie, tylko tam, gdzie dostrzeże się, że akurat się przemieszcza. A z zupełnie innej beczki, Polacy byli ustawieni tak, jakby nie przewidzieli w ogóle, że Norwegia będzie się bronić w dwóch liniach, pięcio- i czteroosobowej. Tymczasem zagraliśmy wąskim środkiem, z jednym tylko włączającym się obrońcą na rozszerzenie. Wszyscy oni gubili się gdzieś w tej dziewięcioosobowej defensywie, zaś potrojenie krycia na tak małym obszarze przy takiej przewadze liczebnej nie było problemem. Wygląda jakby zawiódł przedmeczowy scouting. O ile takowy był.

Bo gdyby był, Dudka na lewej obronie zagrać by nie mógł. Może i by się sprawdził jako klasyczny lewy obrońca, ale w tej sytuacji trzeba było od niego wymagać ciągłego niemal podłączania się pod akcję. Nie ma on jednak do takiej gry żadnych predyspozycji. Smuda powinien posiadać jakiś plan podstawowy na grę, który powinien dostosowywać w zależności od okoliczności i stylu gry rywala. Wygląda na to, że nie ma nawet podstawy, a co tu mówić o dopasowywaniu. Na chwilę obecną wygląda to tak, że Pan Franciszek chciałby grać swoje. Tylko że ani on jeszcze nie wie, co to jest to swoje, a także ani myśli patrzeć na to pod kątem tego, z kim przyjdzie nam grać.

Słowo jeszcze o zmianach. Za kadencji byłego szkoleniowca Lecha przetestowano kilkudziesięciu już piłkarzy. Teraz w obliczu katastrofalnej gry Glika nagle się okazało, że dogra mecz do końca, bo na ławce nie ma obrońców. Przy beznadziejnej grze Jelenia, ten wytrwał na boisku zastanawiająco długo. Szansy nie dostali zatrzymani na zgrupowaniu Gol i Sandomierski, śmiesznie krótko zagrał Krychowiak. Przyznaję, sam zarzucałem wcześniej zbytnie żonglowanie składem. Ale teraz chyba uderzono w jeszcze większą skrajność.

Można się cieszyć, że pokonaliśmy ekipę z czołówki rankingu FIFA. Taki pewnie będzie ton wypowiedzi po tym meczu. Nikt nie będzie miał nic przeciwko, jeśli każdy mecz będziemy wygrywać 1-0. Ale tak grając, za wiele ich nie wygramy.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama