Milan – Lazio 0-0: mediolański manipuł kontra rzymska falanga

Wtorkowy mecz pierwszego w tabeli Milanu z zajmującym trzecie miejsce Lazio stanowił doskonały przykład na to, jak istotnym elementem włoskiego futbolu jest taktyka, a zarazem wskazywał na wciąż bardzo duże znaczenie fantasistów. Ale gdy mają oni problem z przystosowaniem się do wymogów Serie A, zaczyna brakować czynnika decydującego o wyniku meczu i zaczyna rządzić przypadek.


Obydwa zespoły wyszły na boisko w dość podobnych ustawieniach – czwórka obrońców, trójka pomocników skupionych na odbiorze piłki, dwójka napastników i ustawiony za ich plecami rozgrywający. Szczegóły mogły jednak przesądzić na korzyść jednej z dwóch drużyn. Obrona Lazio od początku meczu grała bardzo wysoko. Gdy dodać do tego agresywnych i grających blisko linii defensywnej Brocchiego, Ledesmę i Alvaro Gonzaleza, to nie można się dziwić, że w pierwszej fazie spotkania najwięcej swobody, jeśli chodzi o zawodników Milanu, mieli Antonini oraz Flamini. Wspomniani Brocchi i Gonzalez mieli wspomagać zarówno obronę jak i atak, ale to drugie wychodziło im nieco gorzej – osamotniony Hernanes miał spore kłopoty z rozegraniem jakiejkolwiek sensownej akcji. Przychodziło mu to tym trudniej, że ustawiony na szpicy Libor Kozak nie umiał przytrzymać piłki. Grający teoretycznie obok niego Sculli długimi okresami snuł się bez celu po boisku, raz próbując wspomóc Czecha, a raz Brazylijczyka, ale brakowało w tym jakiejś myśli przewodniej.

W Milanie ofensywny trójkąt funkcjonował znacznie lepiej, do tego nieocenione było wsparcie Flaminiego i Emanuelsona, jednak bardzo kiepska gra Pato i Robinho sabotowała większość poczynań ofensywnych. Często brakowało też wyczucia Thiago Silvie, który, co oczywiste, nie dysponuje taką kreatywnością jak Andrea Pirlo. Ustawiony teoretycznie po prawej i schodzący również do lewej strony Pato próbował dynamicznych akcji w swoim stylu, ale gęste zasieki obronne Lazio prawie za każdym razem udaremniały jego próby.

Wbrew pozorom w tym spotkaniu działo się dość sporo, ale głównie w strefie środkowej. Interesujące były pojedynki Robinho z Ledesmą i Hernanesa z Thiago Silvą, częściej przegrywane przez zawodników ofensywnych. Ale o ile Hernanes często po prostu nie miał komu podać, o tyle Robinho brakowało zdecydowania, a chwila zawahania oznaczała stratę piłki, co było głównie efektem mizernych warunków fizycznych Brazylijczyka. Wobec takiego obrotu spraw nieco częściej sporo miejsca miał Emanuelson, zwłaszcza gdy schodził bliżej lewej strony i dostawał wsparcie od Antoniniego. Gdyby ich dośrodkowania były bardziej udane, być może Ibrahimović wpisałby się w tym meczu na listę strzelców. Parokrotnie brakowało też celności albo silnego strzału, szczególnie gdy po przerzucie na prawą stronę w dobrej sytuacji byli Flamini albo Robinho. W jednym przypadku po strzale tego drugiego piłkę z linii wybijał Biava, z kolei w innej sytuacji po akcji Pato Ibrahimović zaliczył w jednym uderzeniu obydwa słupki.

Interesujące są jeszcze trzy inne aspekty tego spotkania. Serie A to chyba liga, gdzie najczęściej można znaleźć linię pomocy z dwoma tzw. box-to-box midfielders. Bez wątpienia tak można określić ustawienie Lazio, gdzie wspomniane role pełnili Brocchi i A. Gonzalez. Ale i w Milanie identycznie poruszał się po boisku Flamini, natomiast Emanuelson nieco rzadziej wspomagał defensywę i raczej próbował wspomagać Robinho w rozgrywaniu niż wchodzić w pole karne, niemniej gdy był potrzebny, pojawiał się w pobliżu obydwu bramek. W Anglii najczęściej takie role pełnią boczni pomocnicy, we Włoszech, gdzie zawężanie pola gry jest na porządku dziennym, do boju powoływani są właśnie tacy zawodnicy jak Flamini czy Brocchi. A często bardziej ofensywnej gry wymaga się od bocznych obrońców, którzy do tego pozwalają na rozciągnięcie gry do linii.

Kolejna sprawa to bardzo słaba gra cofniętych napastników. Zarówno Pato, jak i Sculli nie zdołali wykazać się ani jako łącznicy, ani jako strzelcy. Ale nie do końca jest to ich winą – nie brakowało ruchu bez piłki, problemem było natomiast to, że praktycznie nigdy nie otrzymali podania w sytuacji, gdy mieli więcej miejsca. Obydwie defensywy pilnowały napastników skrupulatnie, a rozciągnąć grę udało się tylko kilka razy, głównie drużynie z Mediolanu. Jednak w tych sytuacjach Pato albo znajdował się w innym miejscu albo zabrakło mu zdecydowania.

Ostatni element to bardzo agresywna gra Libora Kozaka, która w dodatku spowodowała poważne kontuzje u Bonery i Leggrotaglie. Nie ma wątpliwości, że dokładnie tego wymagał od niego Edoardo Reja, choć zapewne nie kazał mu atakować kolanami głowy Leggrotaglie. To już czysta bezmyślność. Niemniej absorbowanie w taki sposób środkowych obrońców jest jednym z głównych zadań silnych środkowych napastników, zwłaszcza w Serie A. Gdyby Kozak oprócz tego umiał jeszcze przetrzymać piłkę i uruchomić podaniem kolegów, jego grę można by ocenić wysoko. Tego jednak zabrakło, a Czech powinien zrozumieć, że agresywna gra niekoniecznie oznacza grę brutalną.

Lazio w tym meczu wykonało zadanie, które postawił przed zawodnikami Edoardo Reja – ciężko mieć pretensje o to, że grali o punkt. Milan w pewnym stopniu zawiódł, ale wynikało to bardziej z formy kilku zawodników, niż z błędów Allegriego. Gdyby nie dwie kontuzje obrońców, być może trener Milanu spróbowałby zmiany taktyki na bardziej ofensywną, miał jednak bardzo ograniczone pole manewru. Jak się okazało, Boateng i Emanuelson dają zespołowi z Mediolanu nowe możliwości – pozostaje natomiast pytanie, czy zamiana Ronaldinho na Cassano faktycznie była słuszna. Tym razem Włoch nie pokazał niczego ciekawego, a ustępujący mu miejsca na boisku Robinho zupełnie nie radził sobie z rozgrywaniem. Brazylijczyk pokazał się z dobrej strony tylko w kilku momentach, gdy defensywa Lazio zostawiła mu trochę miejsca. W Mediolanie na pewno długo będą wierzyć w Cassano, ale czy również w Robinho? Łaska Berlusconiego na pstrym koniu jeździ.

Reklama