Hamburg – Werder 4-0: tyłów ciągle brak

HSV Hamburg pogłębił problemy walczącej o utrzymanie w Bundeslidze ekipy z Bremy. Gospodarze chcieli odkupić winy za porażkę z lokalnym rywalem St. Pauli i chyba nie mogli wymarzyć sobie lepszego rywala niż pogrążony w kryzysie i dotknięty plagą kontuzji Werder. W przypadku porażki, gościom groziło nawet osunięcie się do strefy spadkowej.


Bremeńczycy przyjęli więc nastawienie typowe dla ekip walczących o przetrwanie, grających na wyjeździe. Pozwolili rywalom posiadać piłkę, trzymali się kompaktowego ustawienia, prezentując dość mocno zagęszczone 4-1-4-1. Tym, który próbował nieco rozciągnąć te szyki był początkowo głównie Mladen Petrić, sporo biegający wśród defensywy gości. Ekipa Hamburga była jednak przy posiadaniu piłki cierpliwa, nie spieszyła się z rozegraniem, jedyne momenty prób szybkiego przerzutu to zagrania dłuższych piłek przez Kacara i ofensywne wypady Sona z drugiej linii.

Goście, kiedy już posiadali piłkę, starali się wykorzystywać luki pozostawianie przez bocznych obrońców Hamburga. Ograniczało się to jednak do zwykłych, indywidualnych dryblingów, bez wsparcia ze strony skrajnych defensorów przyjezdnych. Ci trzymali się blisko stoperów, poza sytuacjami w których Silvestre podchodził nieco wyżej, by powstrzymać Jonathana Pitroipę.

Na drugiej flance odważnie poczynał sobie Aogo, któremu na więcej pozwalała duża aktywność grającego bardziej w środku Guerrero. Także Son wchodził głębiej w szyki Werderu. Mimo tego goście twardo trzymali swoje szyki, starając się mieć jak najwięcej graczy za linią piłki oraz dodatkowo jednego gracza cały czas wywierającego presje na zaowdnika w posiadaniu futbolówki. Wraz jednak z rosnącym naporem gospodarzy, Schaaf przemodelował nieco swój system, przechodząc na 4-4-1-1, z Marinem podczepionym pod Arnautovicia i poszukującym miejsca, które swoimi ofensywnymi wejściami zwalniał Aogo.

Z biegiem mieczu wyjścia na prostopadłe piłki Guerrero były coraz groźniejsze, co zmusiło Schaafa do wycofania Hunta, by ten mógł asekurować mało pewnego Schmidta. To dość skutecznie ryglowało poczynania Hamburga, zaś w ich grę zaczął wkradać się coraz większy chaos. Werder wrócił do wyjściowego 4-1-4-1 i choć nie był w stanie zbliżyć się do bramki Rosta, profitował z faktu, że gospodarze musieli dopuszczać się fauli w okolicy pola karnego. posiadając w defensywie relatywnie niewielu graczy, gdyż spora część znajdowała się w ciągłym ataku. Uzyskane w ten sposób rzuty wolne goście bardzo długo celebrowali, albo wręcz rozgrywali do tyłu, oszczędzając kolejne kilkadziesiąt sekund. Mało tego, momentami wręcz ewidentnie szukali upływu czasu, przenosząc grę w okolice narożników boiska i tam utrzymując ją ja najdłużej, a potem wycofując. To zmuszało Hamburg do wycofywania się głębiej do tyłu, ale chaotyczny sposób, w jakim to następowało, nie przynosił wcale większego pożytku.

Są jednak jakieś powody, dla których Werder dołuje w tabeli. Otwierający wynik gol padł po prostym błędzie bremeńskiej defensywy tuż przed przerwą. Trenerzy nie decydowali się na zmiany personalne, ale Brema zaczęła przechodzić na 4-3-2-1 (Hunt i Marin bliżej środka, za Arnautoviciem), starając się stworzyć sobie miejsce w środku pola do odbioru podań z własnej połowy. Tyle, że z ostrzejszym pressingiem ruszył Hamburg, zmuszając defensywę gości do gry krótkiej, zaś próby dalszych dograń były skazane na stratę.

Gospodarze bez piłki przechodzili na wąskie 4-4-2, z napastnikami naciskającymi na rozgrywającą obronę gości i pomocą trzymającą się bliżej defensywy. Niejako zachęcało to do szukania gry, jednak szybki przechwyt mógł skończyć się zabójczo z uwagi na dużą liczbę graczy rywala w obrębie piłki. Tym niemniej Werder powoli zaczął odzyskiwać inicjatywę i przechodzić z piłką linię środkową.

Wszystko jednak wzięło w łeb w 63 minucie kolejny błąd defensywy (Mertesacker) wyprowadził gości na dwubramkowe prowadzenie. Schaaf wrócił do 4-4-1-1, za Arnautovicia i Hunta wpuszczając Wagnera i Borowskiego. To już jednak nic zmienić nie mogło, bezcelowe piłki posyłane na osamotnionego snajpera gości nie przyniosły efektu. Dodatkowo nerwowo grająca obrona nie pozwalała na uspokojenie sytuacji, a jej kolejne błędy (jeszcze raz Mertesacker i Schmitz) pozwoliły gospodarzom na jeszcze dwukrotne pokonanie skądinąd mało pewnego zmiennika Wiese – Mielitza.

Analizował: Martyn Fisher (http://defensivemidfielder.wordpress.com/)

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama