Braga – Lech 2-0: determinacja 90+

Kolejne dramatycznie słabe 90 minut gry Lecha okazało się ostatnimi dla tej ekipy w Lidze Europejskiej. Kolejorz okazał się gorszy od kiepsko dysponowanego rywala i w kolejnych miesiącach będzie mógł skupić się już tylko na rozgrywkach ligowych. Z takimi pomysłami Jose Marii Bakero nie jest wcale powiedziane, że teraz poznaniaków czeka marsz w górę tabeli.


Lechitom wystarczał remis, więc hiszpański szkoleniowiec zdecydował się na… Trudno powiedzieć na co. Lech wyszedł w 4-2-3-1 z środkowym pomocnikiem na szpicy, wysuniętym napastnikiem na lewym skrzydle i skrajnym obrońcą na prawym. W ten sposób Bakero próbował zachować ten sam system, który przynosił efekty jesienią, nie posiadając do niego wykonawców. Przyniosło to zatrważające efekty – jedyne do czego Lech był zdolny to długie piłki na Stilicia. Przykro było patrzeć jak kolejne wysokie zagrania wędrują wprost na głowy portugalskich defensorów. Innego pomysły na rozegranie poznaniacy po prostu nie mieli. Ofensywna trójka grała bardzo daleko od siebie i nawet w sytuacji, kiedy do któregoś z nich docierała piłka, nie miał on większych szans na poradzenie sobie z podwajającymi go rywalami.

Braga odpowiedziała prosto i efektywnie. Rozpoczęli w bardzo wysokim 4-3-2-1, gdzie trójka pomocników skutecznie odcinała od podań ofensywny kwartet Lecha i bardzo dobrze absorbowała uwagę Injaca i Djurdjevicia. W ten oto sposób zapewnili sobie niemal absolutny spokój z tyłu i zepchnęli Lecha na własną połowę. Defensywni pomocnicy Lecha byli bezużyteczni w ofensywie, ale poprawnie radzili sobie w destrukcji. Z tego też powodu Braga atakowała głównie skrzydłami. Lewa zaś flanka była szczególnie narażona na ataki. Z asekuracją nie spieszył Rudnevs (co u napastnika nie dziwi), słabo również radził sobie Gancarczyk. Z tego też powodu cierpiała druga flanka. Linia defensywna Lecha musiała przesuwać się bardziej w lewą stronę, by asekurować osłabioną flankę, zaś z asekuracją powstałej w ten sposób luki nie zawsze nadążał Kikut. Kombinacja tych wszystkich czynników, połączona z błędami indywidualnymi wyprowadziła Bragę na dające awans prowadzenie. Sytuacja Lecha stała się o tyle ciężka, że próbował on gry zupełnie mu obcej, była ona totalnie nieefektywna, a w dodatku trzeba ją było zmienić.

Pierwsze, czego Bakero spróbował to zmiany poszczególnych zawodników miejscami. Na szpicę powędrował Rudnevs, z środka na lewą flankę Kriwiec, zaś Sztilić chwilowo przeszedł do środka. To rozwiązanie, wdrażane aż do przerwy, nie przyniosło zupełnie żadnych efektów. Braga dalej trzymała swoją linię środka wysoko, co nadal skutecznie rozbijało jakiekolwiek próby rozegrania. Do szatni Lech schodził tylko o bramkę od awansu, ale z gry nic nie wskazywało na to, by mógł tego gola zdobyć.

Bakero zmienił po przerwie ustawienie na 4-4-2 z dwójką defensywnych pomocników i szeroko rozstawionych skrzydłowych. Za Injaca wszedł Wilk i zajął miejsce na lewej flance, prawą obsadził Kikut, środek pomocy w postaci Djurdjevicia i Kriwca przesunął się zaś nieco wyżej. Do ataku ponownie zawędrował Stilić, zaś operujący na prawym skrzydle boczny obrońca grał bardzo wysoko z przodu. Zmusiło to Bragę to dość wyraźnego cofnięcia się, ale i pozwoliło na grę z kontry. Ponownie udawało się wyeksponować słabości skrajnych obrońców Lecha i kreować groźne sytuacje, bez jednak efektu bramkowego.

Bakero zdjął zupełnie nieporadnego w ataku Stilicia i w końcu zastąpił go nominalnym napastnikiem – Ubiparipem. Tyle że po raz kolejny Hiszpan nakazał swoim zawodnikom grać schematem, do którego nie są przyzwyczajeni. W dodatku Braga rozmyła nieco granice między obroną i pomocą, defensywni pomocnicy zeszli bardzo głęboko i tworząc przewagę liczebną rozbijali ataki Lecha. Tyle, że słabość portugalskiej drużyny można było stwierdzić w końcówce. Nawet mimo przewagi liczebnej zostali zepchnięci do rozpaczliwej defensywy, zaś Kolejorz był blisko strzelenia upragnionej bramki. Widać było, że poznaniacy nie dysponują zespołem słabszym. Ten mecz przegrali kilkoma taktycznymi zbrodniami ich trenera. Bo gdyby przez cały czas grali tak, jak w czasie doliczonym, któryś z tych chaotycznych ataków prawdopodobnie zakończyłby się decydującym trafieniem.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama