Tottenham – Man Utd 0-0: dwaj panowie z pomysłem

Przed Manchesterem stało zadanie powstrzymania w tym spotkaniu Bale’a i van der Vaarta. A skoro tak, celem Tottenhamu było sforsowanie defensywy Czerwonych Diabłów innymi sposobami. Obie te rzeczy udały się połowicznie, zaś mecz zakończył się bezbramkowym remisem.

Teoretycznie najciekawsze rzeczy w tym spotkaniu miały się dziać na lewym skrzydle Tottenhamu. Tam szybkimi podaniami miał być uruchamiany Bale i skupiając na sobie uwagę Rafaela i dowolnego innego zawodnika spieszącego z asekuracją, odciążać nieco środek, gdzie na więcej mogliby sobie pozwolić Modrić i van der Vaart. Założenie to jednak nie miało odzwierciedlenia na boisku. Bale zanotował w tym spotkaniu przeciętny występ, zaś odpowiadający za pilnowanie go Brazyliczyk miał na tyle ułatwione zadanie (abstrahując od głupich fauli), że śmielej poczynał sobie w ofensywie.


Przyczyny takiego stanu rzeczy były dwie. Po pierwsze – Bale miał małe wsparcie ze strony Assou-Ekoto, więc w swoich akcjach ofensywnych był zdany niemal tylko i wyłącznie na siebie. Nie idzie tu o częstotliwość akcji ofensywnych skrajnego obrońcy, co raczej o odległość między nim, a skrzydłowym. Ten bowiem najczęściej znajdował się w bezpośredniej okolicy bramki.

To, że takie było zamierzenie, pokazywało dobitnie ustawienie Walijczyka na boisku – tuż przy końcowej linii, bez szans na zostawienie korytarza na wejścia skrajnego defensora. Po drugie zaś – Harry Redknapp musiał mieć świadomość, że Alex Ferguson skupi swoją uwagę na pilnowaniu tamtego sektora boiska, musiał więc szukać innego rozwiązania.

Znalazł najprostsze z możliwych – ciężar gry w dużej mierze przeniósł na drugą flankę. Tam pod akcje bardzo często podpinał się Hutton, zaś Lennon grał znacznie głębiej niż jego kolega na przeciwległym skrzydle. Efektem tego była sytuacja, w której Bale był zmuszony czekać na piłkę, podczas gdy Lennon bardziej starał się o nią sam.

Sytuacja ta uległa jednak lekkiemu odwróceniu w drugiej części spotkania. Być może Redknapp liczył, że wystarczająco uśpił czujność defensywy Man Utd i może znowu próbować tego, co Tottenhamowi idzie najlepiej.

Tym razem jednak oba te warianty zawodziły. Defensywa Czerwonych Diabłów spisywała się bez zarzutu. W przekroju całego meczu Koguty oddały tylko dwa celne strzały na bramkę van der Sara (przy czterech gości), mimo posiadania przez większość spotkania optycznej przewagi.
Problem w kreowaniu sytuacji brał się z zawodności dwóch najistotniejszych elementów gry Tottenhamu. Celność długich podań (w tym i dośrodkowań) była bardzo niska, ciężko więc było wykorzystać chociażby warunki fizyczne Croucha. Z drugiej zaś strony przeciętne zawody zaliczył van der Vaart, którego przebłysków kreatywności w tym spotkaniu było jak na lekarstwo. Z tego też brał się fakt niewielkiej aktywności Bale’a, którego za bardzo nie miał kto uruchomić. Lepiej radzili sobie Palacios i Modrić. Pierwszy wnosił nieco ożywienia do dość jednak ślamazarnych poczynań Kogutów, drugi zaś regulował tempo gry, zaś o jego pracowitości niech świadczy fakt, że miał blisko tyle samo podań, co odpowiedzialni za to w Man Utd Carrick i Fletcher razem wzięci.

W Manchesterze przyjemność sprawiało oglądanie, jak do współczesnego futbolu przystosował się Ryan Giggs. Przy 37 latach na karku ten zawodnik na dobre odstąpił od wymierającego zawodu klasycznego skrzydłowego. Teraz zamiast hasać na skrzydle, minąć szybkim biegiem i dryblingiem kilku rywali, pracuje na całej szerokości boiska, tak w ofensywie jak i defensywie. Lata i przyzwyczajenia wprawdzie trudno oszukać, nie ma co ukrywać, że są zawodnicy lepsi od niego w tej roli (nawet i w Man Utd), ale nie zmieni to fakty, że nadal jest to użyteczny zawodnik.

Ten mecz pokazał jeszcze jedną ciekawą rzecz – ataktyczne elementy w podejściu Fergusona. Chodzi oczywiście o Rooneya, który zdaje się być zwolniony ze schematowej dyscypliny. Wydaje się to jednak mieć logiczne uzasadnienie. Przy tej wydolności i szybkości kilka przebiegnięć się pod całej długości boiska nie robi dla tego zawodnika różnicy, a jak widać w 15 ostatnich minutach nieźle sobie radził nawet jako wypełniacz na prawej obronie.

Co rzadkie, przez zdecydowaną większą część spotkania oba zespoły sprawiały wrażenie, że wiedzą co robią na boisku. Być może część zawodników w tym spotkaniu zawiodła, ale pod względem taktycznym to spotkanie mogło się podobać. Oba zespoły cele strategiczne osiągnęły. A że żaden z nich nie wygrał? Cóż, kibic może być zawiedziony, oko bezstronnego obserwatora taki mecz cieszył.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama