Sampdoria – Juventus 0-0: Stara Dama jest naga

Po fatalnym poprzednim sezonie Juventus obecnie mierzy w mistrzostwo – taka jest przynajmniej oficjalna linia postępowania zarządu. Mecze takie jak ten z Sampdorią każą jednak wątpić, czy turyński zespół powinien w ogóle zająć miejsce premiowane udziałem w europejskich pucharach. Dość archaiczny i siłowy styl gry przywodził momentami na myśl Niemców z połowy lat 90. – z tą różnicą, że oni wygrywali. Luigi del Neri może się tłumaczyć ogromną ilością kontuzji w zespole, ale jest jeden szczegół, który przeważa na jego niekorzyść.



Od samego początku można było się domyślić, że będzie to mecz walki. Zwłaszcza gdy po 10 minutach gry trenerzy obydwu zespołów mieli już jedną zmianę za sobą. Domenico di Carlo przygotował się na taki obrót spraw wystawiając na prawej flance Daniele Manniniego, typowego pracusia, użytecznego zarówno w defensywie jak i w ataku. Po lewej stronie znalazł się obdarzony większą fantazją Guberti. Podobnie było w środku pomocy – obok niezawodnego kapitana Palombo znalazł się młody rozgrywający, Andrea Poli. W ataku zagrało dwóch dość podobnych do siebie zawodników, Pazzini i Macheda. Luigi del Neri zaprezentował zbliżone ustawienie, z tą różnicą, że umieścił w wyjściowym składzie tylko jednego typowego napastnika, Amauriego. Za jego plecami znalazł się tercet graczy ofensywnych, Krasić-Pepe-Marchisio. Co ciekawe, Marchisio rozpoczął mecz na lewej flance, natomiast Pepe próbował znaleźć sobie pozycję w środku pola.

Plan del Neriego był prawdopodobnie następujący: Krasić miał próbować indywidualnych akcji wzdłuż bocznej linii, a Pepe miał się wymieniać pozycjami z Marchisio i w ten sposób próbować otworzyć drogę do bramki Amauriego. Wszystkim sterował z tylnego siedzenia Aquilani wspomagany przez walecznego Sissoko. Początki były obiecujące, Krasić przedarł się raz czy dwa prawym skrzydłem wykorzystując swoją szybkość, ale zabrakło dobrego podania. Natomiast im dalej w las, tym było gorzej – w środku pola panował chaos, którego nie umiał opanować ani Aquilani, ani fatalnie podający Sissoko. Gdyby Sampdoria miała w składzie Cassano, prawdopodobnie wygrywałaby po pierwszej połowie.

Można zaryzykować stwierdzenie, że największym wygranym tego spotkania (o ile można tak o kimkolwiek powiedzieć) była kolektywnie druga linia Sampdorii. Znakomicie reagowała na poczynania przeciwnika, a najlepszym przykładem była wymiana pozycji, jaką wykonali Guberti z Manninim. Krasić osaczony przez tego drugiego oraz Reto Zieglera gasł w oczach i został zmieniony w 56. minucie. Środek boiska był polem nieustannej walki i choć duet Sissoko-Aquilani często wspomagał Pepe, to jednak minimalną przewagę posiadała w tym obszarze Sampdoria. Cóż z tego, skoro w zasadzie bezużyteczni byli dwaj atakujący. Zarówno Macheda, jak i Pazzini toczyli twardy bój z defensorami bianconerich, zwłaszcza ten drugi imponował zaangażowaniem (co okupił kontuzją kostki), ale żaden z nich nie był w stanie opanować na dłużej piłki tak, aby stworzyć pomocnikom szansę podejście bliżej bramki rywali. Co istotniejsze, żaden z nich nie schodził na skrzydła – co przy bardzo rzadkich wypadach z własnej połowy Zauriego i Zieglera oznaczało, że Guberti i Mannini zdani są tylko na siebie. Większość akcji przy linii kończyła się stratą. W całej pierwszej połowie zawodnicy oddali tylko jeden strzał.

Druga odsłona spotkania była już znacznie żywsza, a jej początek to zryw Sampdorii, która kilkukrotnie zagroziła bramce Buffona. Stuprocentową sytuację zmarnował Pazzini, a nienajlepiej w tym momencie zachował się Chiellini, który grał poniżej swoich możliwości. Gdyby nie dobry występ Bonucciego, Juventus mógłby zakończyć mecz bez zdobyczy punktowej. Del Neri próbował tego uniknąć posyłając w bój Alessandro del Piero, weterana boisk Serie A, który zastąpił coraz bardziej nieudolnego Krasicia. Nie odniosło to jednak spodziewanego efektu, a najgroźniejszym zawodnikiem Juve był Simone Pepe, który teoretycznie ustawiony po zejściu Serba na prawej pomocy szalał po całym boisku. Przeprowadził też jeden znakomity rajd środkiem, po którym zabrakło jednak dobrego strzału na bramkę. Pod koniec meczu wskutek kolejnej kontuzji Sampdoria zmieniła ustawienie na 4-5-1, a za pozostającym na szpicy Machedą ustawił się Fernando Tissone, który zastąpił kontuzjowanego Pozziego. Najlepszą zmianą okazał się jednak kto inny, mianowicie Jorge Martinez, który atakując z prawego skrzydła (kolejne już przesunięcie Pepe, tym razem na lewą stronę) kilkukrotnie stworzył zagrożenie pod bramką Curciego. Zabrakło jednak precyzji w wykończeniu akcji. Wspomniany na początku szczegół to jedno pytanie do Luigiego del Neriego: dlaczego Urugwajczyk został wprowadzony na boisko tak późno?

Typowa dla boisk Serie A agresywna gra w środku i mocne zawężanie pola gry (zwłaszcza przez Sampdorię) to wyznaczniki tego meczu. Genueńczycy pokazali, że zatrzymanie Krasicia to tak naprawdę nie aż tak wielki problem, natomiast sami mogli się przekonać, że odejście Cassano to spory kłopot dla ich szkoleniowca. Przy tak grającej linii ataku Sampdoria może mieć spore problemy ze zdobywaniem bramek. Dla odmiany, dla Juventusu ten mecz być może oznacza stratę punktów, ale również dał do myślenia del Neriemu, który w razie powrotów kluczowych zawodników może mieć spore pole manewru. Będzie jednak musiał postawić na zawodników najskuteczniejszych, a przy tym pracowitych – w przeciwnym razie może liczyć tylko na rzuty wolne del Piero. Marchisio i Aquilani są zawodnikami bardzo użytecznymi, ale gdyby del Neri zdjął któregoś z nich wcześniej i dał szansę Martinezowi, być może cieszyłby się teraz trzema punktami. Zwyciężyła jednak ostrożność.

Reklama