Kolonia – Werder 3-0: dno Wezery

W rozgrywkach Bundesligi w tym sezonie nie ma rzeczy niemożliwych. Grająca tylko przyzwoicie Borussia dystansuje konkurencję, wiceliderem w sobotę był zespół z zerowym bilansem bramkowym, a drużyny, które miały liczyć się w walce o najwyższe laury, znajdują się w dole stawki. Do tych ostatnich należy Werder Brema.



Na początku sezonu wydawało się, że Thomasowi Schaafowi po raz kolejny uda się przebudować zespól po utracie kluczowego zawodnika w miarę bezawaryjnie. Wskazywał na to pierwszy mecz z Sampdorią. Drugi zasiał już jednak niepokój, tym niemniej kiedy bremeńczycy łapali właściwy rytm, piłka krążyła jak po sznurku, a za szybkimi wymianami obrońcy rywala nie nadążali.

Mechanizm jednak zatarł się. Wpływ na to mają z całą pewnością osłabienia drużyny, spowodowane tak transferami z klubu, jak i kontuzjami. Z całą pewnością zastąpienie Oezila nie okazuje się zadaniem łatwym, podobnie jest z Hugo Almeidą. W tym spotkaniu dodatkowo zabrakło również Proedla, Borowskiego, od dawna nie grają Boenisch i Naldo. Wszystko to sprawia, że defensywa Werderu w kształcie w jakim wystąpiła w Kolonii nie wyglądała najlepiej tak na papierze, jak i na murawie miejscowego stadionu.

Bremeńczycy rozpoczęli w swoim tradycyjnym 4-1-2-1-2, utrzymującymi piłkę mieli być Bargfrede i Kroos, wspierać miał ich w tym cofnięty nieco Frings. Ciężar kreowania gry położono na Hunta. Wszyscy ci panowie srodze zawiedli. Przy rozegraniu akcji niewiele było z tego, czy Brema słynie – szybkości i kreatywności i to zarówno w sytuacji, kiedy Kolonia grała bardziej otwartą piłkę (przed pierwszym golem), jak i będąc skrajnie cofniętą (po wyjściu na prowadzenie). W grze gości brakowało ruchu, poszczególni piłkarze przy rozprowadzaniu futbolówki stali nieomal nieruchomo, zaś w obliczu intensywnego pressingu gospodarzy, nie mieli szans na spokojne wchodzenie w mecz.

Właśnie to umiejętne dawkowanie pressingu pozwoliło gospodarzom na wygranie spotkania. Po zdobyciu pierwszej bramki cofnęli się bardzo wyraźnie, czekając na intensywny napór rywala. Ci jednak tego dnia poczynali sobie bardzo rachitycznie, więc miejscowi przenieśli środek ciężkości krycia nieco dalej od własnej bramki. Kiedy i tu wygrywali rywalizację z rywalem, ostatecznie ustabilizowali swoją defensywną linię głęboko w środku pola, spokojnie kontrolując grę.

Defensywa Werderu dla odmiany poczynała sobie bardzo źle. Najlepsze wrażenie robił grający z konieczności na skrzydle Pasanen, ale nie był on w stanie łatać dziur, które powstawały głównie na skrzydłach. Tam Andrezinho i Ehret dublowali pozycje pomocników, co pozwalało na więcej skrzydłowym. Peszko i Clemens skrzętnie to wykorzystywali, pozwalając sobie na długie rajdy, podczas których często przez kilka metrów biegu z piłką pozostawali bez opieki, co wystarczało na rozpędzenie się. Nie reagował na taki stan rzeczy Thomas Schaaf – w początkowej fazie wprowadził na boisko Marina, próbując wzmocnić rozegranie ataku. Dyspozycja ofensywniej usposobionego od Kroosa gracza pozostawia jednak wiele do życzenie. Kolejna zmiana do taktyki wnosiła już niewiele, za napastnika, do którego nie docierały piłki, wszedł zawodnik o identycznej funkcji na boisku. Prosiło się o wzmocnienie nieco bardziej defensywnej części środka, tak, aby chociaż móc spokojniej utrzymywać piłkę w centralnej strefie boiska. Tymczasem Frings, który zagrał najgorszy mecz od bardzo dawna, został na boisku do 90. minuty. Po prostu Schaaf w obliczu absencji, nie miał alternatywy.

Wydaje się, że Werder sięgnął dna i wkrótce, gdy powrócą istotni dla tego zespołu zawodnicy, sytuacja powinna się nieco ustabilizować. Może nie na poziomie czołówki Bundesligi, ale do bezpiecznego utrzymania wystarczy. Schaaf zaś zacznie wcielać w życie swój kolejny, czwarty już co najmniej pomysł na Werder. Jeśli choć zbliży się wykonaniem do poprzednich, w przyszłym sezonie bremeńczycy znów będą się liczyć. W sobotę jednak zaprezentowali się tak słabo, że nie wygrać z nimi było grzechem. Kolonia zagrała na tyle konsekwentnie, że tego grzechu nie popełniła.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama