Wisła Kraków – Nowa Wieża Babel

W Wiśle ostatni rok był pełen zawirowań. Stanowisko stracił trener, który mimo nieustannego osłabiania zespołu doprowadził go do dwóch mistrzostw kraju i zostawił go na pozycji lidera. Zmiany w takiej sytuacji rzadko wychodzą na plus i tym razem wyjątku nie było. Teraz Biała Gwiazda z mozołem stara się odbudować swój blask.

Krakowski zespół zaczął rundę z Henrykiem Kasperczakiem na ławce. Zatrudnienie szkoleniowca, który właściwie nijak nie dostosował swoich technik szkolenia do zmian, jakie miały miejsce w piłce nożnej na przestrzeni ostatnich lat, nie mogło się udać. Kasperczak przestawił zespół na 4-4-2, ustawienie, którego kiedyś był mistrzem, a teraz jest niewolnikiem. Był blisko dociągnięcia do mistrzostwa w ubiegłym sezonie, mimo marnej gry. Kiedy to się nie udało, w klubie nastała mała rewolucja. Niestety dla Wisły, Kasperczak nie był jej ofiarą.


Z nim na ławce, stadionem i zespołem w przebudowie, zespół przystąpił do eliminacji Ligi Europejskiej. Kasperczak podobnie jak w poprzednich rozgrywkach postawił na diamentowe 4-4-2, przechodzące w 4-1-3-2 lub 4-2-2-2. Rolę defensywnego pomocnika pełnił w tym wydaniu Sobolewski, przed nim w zależności od spotkania i wariantu operował Jirsak lub Garguła. Na flankach, z jednej strony Małecki lub Boguski, z drugiej Piotr Brożek lub Paljić. Niezależnie jednak od wykonawstwa za każdym razem gra wyglądała dość podobnie. Wisła starała się grać szybko, z częstymi przerzutami na skrzydła. Kasperczak zdecydował się na to, zdając się nie dostrzegać zupełnie, że zawodnicy obsadzający te pozycje (może poza Małeckim) znajdowali się w katastrofalnej dyspozycji. Trzymano spore odległości między poszczególnymi zawodnikami, konieczne stało się liczenie na indywidualne popisy, a kolektyw, który może i za Skorży grą nie porywał, ale swoje robił, został rozmontowany zupełnie.

Tymczasem Wisła miała po raz kolejny efektownymi szarżami na skrzydłach uruchamianych przez Jirsaka lub Gargułę podbić Europę. Niestety, zabrakło Uche i Kosowskiego, Boguski i Paljić starczyli tylko na podbicie Szawle. Wisła, zwłaszcza u siebie zagrała wtedy niezłe spotkanie, mimo 4-4-2 można było się cieszyć ze sporej ruchliwości poszczególnych zawodników i efektownych wymian prostopadłych podań. Problem jednak polegał na tym, że wszystko to działo się na tle beznadziejnego w tym dniu rywala, a pewne warianty ewidentnie się nie sprawdziły. Jak choćby Paljić na skrzydle czy dwójka napastników o podobnej charakterystyce i właściwie nierozróżnionych zadaniach na boisku.

Przed następnym spotkaniem Henry jednak nic nie zmienił. I przy odrobinie rozsądniej się broniącym zespole Wisła wypadła bardzo blado. Wystarczyło podwojenie jej rozgrywającego (z Karabachem padło na Jirsaka), by absolutnie uniemożliwić rozegranie i uzależnić grę od indywidualnych prób przedarcia się albo przypadku. W dodatku Kasperczak najwyraźniej zapomniał, że ma słabą defensywę, zaś jeden Sobolewski, w dodatku wobec bezradności partnerów w rozegraniu zaangażowany z przodu, do jej asekuracji nie wystarczy. W pierwszym meczu Karabach zagrał jeszcze nieśmiało, w drugim wyszedł jak po swoje, a Wisła nie wiedziała co się dzieje. Boczni obrońcy grali bardziej cofnięci niż środkowi, co walnie przyczyniło się do utraty trzech goli. Kasperczak zdecydował się na korekty, kiedy było już po wszystkim, przy stanie 0-3 wzmacniając nieco defensywę zmianą Jirsaka na Wilka. Wisła w katastrofalnym stylu odpadła z pucharów, w dodatku z kompletnie rozmontowaną organizacją gry. Zwolnienie Kasperczaka było jak najbardziej słuszne. Szkoda dla Wisły, że nikt nie pomyślał kilka miesięcy wcześniej, że szanse na taki koniec są wielce prawdopodobne.

Prawdopodobnie jednak nieuniknione nie docierało do włodarzy klubu z Reymonta aż do końca, bo nie mieli planu B na tę okoliczność. Zastępcą Henry’ego został Tomasz Kulawik. Podczas pierwszej przygody z Wisłą przed pięciu laty nie udało mu się narzucić drużynie odrobiny stylu. Trzeba mu jednak oddać, że na tyle opanował bałagan w zespole, że wystarczyło do zdobycia sześciu punktów w trzech meczach. Przede wszystkim przeorganizował środek, wycofując jednego z napastników. Nie bał się posadzić na ławce Brożka czy Żurawskiego, do których Kasperczak był (jak to ma często w zwyczaju) nadmiernie przywiązany. Ustawienie zmieniło formę na 4-4-1-1, choć trudno było zrozumieć, o co tak do końca Kulawikowi chodzi. Z Arką zaczął z Kirmem z prawej strony, co wypchnęło Małeckiego na cofniętego napastnika, w kolejnych spotkaniach w tej roli występował Rios. Tyle, że eksperymentom nie było końca, Paljić i Małecki wędrowali z pozycji na pozycję. Trudno w zasadzie powiedzieć, czy ta drużyna potrzebowała w tym momencie bardziej spokoju, czy bardziej szukania nowych rozwiązań. Kulawik uznał, że to drugie. W ten sposób drużyny nadal nie było, w tak zwanym międzyczasie dochodzili kolejni zawodnicy, a czas uciekał.

Nastał czas trenera, któremu powierzono misję zrobienia z tego chaosu zespołu. o tym, ze misja to będzie trudna i nie musi się udać doskonale przypominały mecze takie jak ze Śląskiem, gdzie wystarczyło wrocławianom (w bardzo głębokim kryzysie) zamurować bramkę, a Wiślacy nie byli w stanie rozprowadzić jakiegokolwiek ataku pozycyjnego. Tym niemniej Maaskantowi udało się z czasem rozwiązać największy problem, jaki trawił Wisłę, a mianowicie fatalną defensywę. W meczach z Koroną, Lechem i pierwszej połowie spotkania z Legią doprowadzała ona na skraj załamania nerwowego, by w końcu zaskakiwać regularnością, przestać popełniać proste błędy i w dwóch ostatnich spotkaniach nie stracić gola.

Zasługa to jednak także jeszcze jednej rzeczy. Maaskant bardziej zagęścił środek pola, przechodząc na 4-5-1, w zależności od tego, czy na boisku jest Jirsak czy Wilk w wariancie 4-1-4-1 lub 4-2-3-1. Niezależnie od tego, dużo lepiej wygląda asekuracja, dużo trudniej było się rywalom przedrzeć pod bramkę Wisły. Podobać się mogło zwłaszcza ustawienie z Wilkiem, gra lepiej od Jirsaka, jest od Czecha dużo aktywniejszy. Innym dobrym pomysłem Maaskanta jest wyraźne zwężenie skrzydeł. Momentami krakowianie sprawiają wrażenie, jakby grali w 4-3-3, gdy Małecki i Kirm zapuszczą się trochę bardziej do przodu przy rozegraniu. Błąd jednak dla odmiany Holender popełnił za często przechodząc w 4-1-4-1 w meczu z Lechem, kiedy asekuracja ze strony drugiego defensywnego pomocnika wydawała się wręcz konieczna.

W teorii Wisła wygląda coraz lepiej, w praktyce jednak pozostaje tu mnóstwo pracy. Jakkolwiek zostały wyeliminowane te najważniejsze błędy i wydaje się istnieć jasno określona organizacja gry, tak jednak nadal wykonawstwo pozostawia wiele do życzenia. Brakuje w grze powtarzalności, zaś momenty, w który graczom wychodzi wszystko, przeplatają się z koszmarnymi nieporozumieniami, tak jak momenty gry aktywnej z irytującą biernością. Maaskantowi sprzyja też nieco szczęście – wyrównanych meczów z Legią czy Cracovią wcale nie musiał rozstrzygnąć na swoją korzyść. Wydaje się jednak, że najgorsze już za nim, zespół staje się coraz bardziej poukładany i ma momenty, które przy powtarzalności rokują nadzieję na walkę o mistrzostwo. Teraz przed Holendrem okres przygotowawczy i szansa na spokojną kontynuację tego, co zaczął. I na udowodnienie, że jest trenerem więcej niż przyzwoitym. Choć już i to lepsze niż ktoś wyrwany z innej epoki. Ale to nie czas i miejsce na Kavaly.

  • Organizacja gry:

Wydaje się, że na rundę wiosenną Maaskant pozostanie przy dwóch wariantach 4-5-1, dostosowywanych w zależności od przeciwnika. Przy 4-2-3-1 w rolę drugiego defensywnego pomocnika będzie się wcielać Wilk, przy 4-1-4-1 możliwe, że będzie go zastępować Jirsak. Czech ma tendencję do spowalniania gry, co czasem bywa pożądane, jednak nie najlepiej wychodzi mu przyspieszanie tempa. Zbyt zachowawcza gra tego zawodnika czasem obraca się przeciwko Wiśle. Wprawdzie notuje on w ten sposób mało strat, ale też podejmowanie decyzji wychodzi mu nie najlepiej. Problem leży w tym, że gra ostrożna jest u niego nawykiem i na ryzyko nie decyduje się nawet w wielu sytuacjach, kiedy warto je podjąć. Z kolei Wilk nie ma inklinacji do bycia rozgrywającym, jest usposobiony bardziej defensywnie, mimo, że podłącza się pod akcje. Typem rozgrywającego nie jest też Sobolewski, w destrukcji jednakże bezcenny, świetnie czytający grę, a braki w przeglądzie pola w ofensywie nadrabiający nieustępliwością i walecznością. Tym niemniej Wiśle nie zaszkodziłby dodatkowy pomocnik, lepiej niż wskazana trójka regulujący tempo gry.

Ofensywna pomoc leżała w gestii Boukhariego lub Garguły. U obu problemem jest regularność, obaj nie są też w optymalnej dyspozycji. Trudno tez powiedzieć jak długo miałoby trwać jej odbudowywanie i czy kiedykolwiek to nastąpi. Marokańczyk ma spore problemy z dyscypliną taktyczną i długimi momentami snuje się po boisku bez pomysłu i celu. Garguła zaś nadal rzadko pokazuje, że dysponuje doskonałym przeglądem pola. Obu jednak mógłby posłużyć dobrze przepracowany okres przygotowawczy.

Współpraca w środku pomocy zaczyna układać się poprawniej, tym bardziej biorąc pod uwagę to, że zespół przeszedł długą drogę przy transformacji systemu gry. Nie ma teraz tak wielkiej dziury między ofensywnym a defensywnym pomocnikiem. Nawet jeśli brakuje łącznika między tymi pozycjami, Sobolewski lub Wilk starają się w tę dziurę wkroczyć, tak, by odległości między formacjami nie były za wielkie. To samo dotyczy skrzydłowych, którzy grają bliżej środka, zostawiając sporo miejsca na wejścia ofensywnie usposobionych bocznych obrońców. Taka gra pozwala Wiśle na ataki dużą liczbą graczy, utrzymanie relatywnie niedużych odległości pomiędzy poszczególnymi graczami a zapewnia przy tym sporą szerokość przy rozegraniu ataku.

Ciekawe jest zwłaszcza rozegranie piłki na skrzydle. Częstym schematem jest rozegranie do boku do skrzydłowego, który łamie do środka, by rozciągnąć ponownie na skrzydło do wybiegającego skrajnego defensora. Ten bądź stara się dośrodkować, bądź rozgrywa piłkę dalej ze skrzydłowym. Interesującym rozwiązaniem tego typu akcji jest prostopadła piłka od bocznego obrońcy do skrzydłowego, ten zaś ignorując znajdujących się w polu karnym napastnika, ofensywnego pomocnika i drugiego skrzydłowego, puszcza piłkę na nabiegającego środkowego lub defensywnego pomocnika, najczęściej słabo pilnowanego, co ułatwia finalizację akcji.

Ta mocno ofensywna gra ma jednak swoje negatywne odbicie z tyłu. Ponieważ często do ataku włączają się obaj skrajni defensorzy, do asekuracji pozostaje tylko dwójka stoperów i jeden defensywny pomocnik, któremu ciężko upilnować całą szerokość boiska. Dodatkowym problemem jest to, że użyteczni w ataku obrońcy nie radzą sobie już tak dobrze w defensywie. Pół biedy gdy jest to atak pozycyjny i pomoc nadąża z podwajaniem krycia, jednak przy szybkich szarżach minięcia w sytuacjach jeden na jeden zdarzają się często (vide mecz z Lechem). W tym elemencie, mimo ogólnej poprawy postawy Wiślackiej defensywy zostaje sporo do życzenia.

  • Konkluzje:

Wisła to obecnie jeden z ciekawszych zespołów w lidze, z relatywnie niezłym składem i dowodzony przez ambitnego trenera. Maaskantowi udało się przetrwać najgorsze i choć jego drużyna nadal pod względem organizacji gry na kolana nie rzuca, tak zrobiła spory krok do przodu. Z trudnego okresu udało mu się wyjść obronną ręką i teraz powinno być już tylko lepiej. Fundamenty krakowskiej Wieży Babel stoją, teraz trzeba ją budować, a nie po raz kolejny grzebać przy projekcie.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama