Pentalog kontrowania

Po czterech minutach cieszenia się z prowadzenia we wczorajszym spotkaniu z Aston Villą, graczom z Tottenhamu przyszło grać w osłabieniu po tym, jak czerwoną kartkę obejrzał Defoe. Często podkreśla się, że w takiej sytuacji zespół cierpi głównie w ofensywie, gdyż zazwyczaj ustawia się tak, żeby braku zawodnika nie odczuwać w liniach obrony i pomocy. Taki wariant wymusza niejako szukanie gry z kontry. Ta po której goście podwyższyli prowadzenie nosiła znamiona perfekcyjności. Jakie są więc założenia rozegrania perfekcyjnej kontry?

Po pierwsze – szybkość. Kontrując, nie można sobie pozwolić na chwilę zawahania. Ile to razy zdarzyło nam się słyszeć głos Dariusza Szpakowskiego morowo obwieszczającego „ale rywale zdążyli już wrócić”. Przy kontrze nie ma miejsca na zbędną zwłokę, a (prawie, patrz punkt czwarty) każde zagranie powinno przybliżać do bramki.


Po drugie – nie podawać na siłę. Bardzo często jest tak, że przy kontrze zawodnik, który znajduje się najbliżej bramki szybko otrzymuje piłkę, po czym ma naprzeciwko siebie tych wszystkich, którzy jeszcze zostali. Wtedy kontra traci na dynamice. Tymczasem w sytuacji, gdy piłka przemieszcza się w równym tempie z biegnącymi, możliwości finalizacji takiej akcji jest więcej. Niejednokrotnie warto zamiast szukać od razu otwierającego drogę do bramki rozegrania, zacząć szybki sprint z piłką. Nawet jeśli ktoś jeszcze jest przed nami, komu można dograć, prawdopodobnie będzie on też pilnowany. W sytuacji, kiedy rozpoczynamy kontrę, zazwyczaj nie jesteśmy, często opłaca się więc z tego skorzystać.

Po trzecie – podania są najbardziej zaskakujące, kiedy zastępują strzał. Kiedy rywal ma w miarę dogodną pozycję do strzału, naturalnym odruchem jest mu ten strzał utrudnić. Jest to zachowanie tyleż rozsądne, co zazwyczaj w sytuacjach podbramkowych wdrażane w panikarski sposób. Spójrzmy na gola Kollera (1:39)

Barros zaczyna się w tym momencie wyraźnie gubić, nieco przekombinował i sytuacja powoli zaczyna być dla Czecha niewesoła. Tymczasem drugi z holenderskich obrońców zbiega by ratować sytuację, zupełnie odsłaniając Kollera, który finalizuje akcję. Podobnie zresztą rzecz się ma z wieloma innymi sytuacjami, kiedy to defensorzy robią co się da, by zablokować strzał, często biegnąc w kilku naraz bez ładu i składu i pozostawiając zawodników rywala niepilnowanych.

Po czwarte – najbardziej zaskakujące jest podanie do tyłu. W sytuacji, kiedy ktoś znajdzie się z piłką w polu karnym, oczywistym odruchem broniących jest ustawienie się między futbolówką a linią bramkową. W takiej sytuacji nie ma mowy o tym, żeby przejmować się możliwością spowolnienia akcji czy szukania lepiej ustawionego partnera. Cofający się obrońcy mają na celu tylko to, żeby utrudnić strzał zawodnikowi z piłką. Tymczasem, jak widzieliśmy wczoraj – wycofanie piłki do nadbiegającego gracza stworzyło mu sytuację wymagającą tylko i wyłącznie wysokiej precyzji, przy niemal idealnych warunkach do spokojnego przymierzenia.

I po piąte – zawodnik, który wziął udział w akcji, musi za nią iść do końca. Często wygląda to tak, że jeśli piłkarz odegra jakiś udział w rozegraniu (zazwyczaj, jeśli odegra do przodu), nie rusza dalej za akcją, tymczasem o tym, że jest to kluczowe przekonuje przykład Rooneya (na filmie akcja u góry),

a także i wczoraj van der Vaarta, który w początkowym etapie brał udział w bramkowej akcji, odgrywając piłkę do Bale’a, a potem na granicy pola karnego otrzymując asystę od Lennona:

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama