Lech – Juventus 1-1: opowieść zimowa

Oglądanie gry Lecha w eliminacjach bolało, a okoliczności, w których poznaniacy dostali się do Ligi Europy można wymazać z pamięci. W fazie grupowej poznaniacy też na kolana nie rzucili. Nie mieli jednak wielu momentów gry słabej. W miarę równa, ambitna postawa, połączona z kilkoma przebłyskami wystarczyła, by na kolejkę przed końcem rozgrywek zapewnić sobie awans do wiosennej części pucharów.

Skład Lecha awizowano jako 4-4-2, w rzeczywistości było to 4-2-3-1. Rola skrzydłowych przypadła Peszce i Kriwcowi, ofensywnym pomocnikiem został Stilić, na szpicy zagrał Rudnevs. Poznaniacy zostali ustawieni dość ciasno, nie było dużej przerwy między poszczególnymi formacjami. Umożliwiło to w początkowej fazie względne opanowanie środka pola. Umiejętnie przesuwała się defensywa do spółki z cofniętą częścią pomocy, co pozwalało na większe pole manewru przy odbiorze i na grę krótkimi podaniami przy rozegraniu.


Ten ostatni element był kluczowy w grze Lecha. Praktycznie każde rozegranie przy długiej piłce musiało równać się stracie. Przyczyny? Celność takich zagrań, trudność w ich opanowaniu i czas poświęcony na ich dotarcie. Dużo lepiej poznaniacy wychodzili grając krótko, zwłaszcza do momentu, w którym udało im się zachowywać dużą ruchliwość. Trwało to około dwóch kwadransów. Po tym czasie dotarł się Juventus, Włochom udało się przejąć inicjatywę i zmusić Lecha do rozpaczliwej obrony we własnym polu karnym. Na tym etapie gry Kolejorz praktycznie zaprzestał prowadzenia akcji ofensywnych, zadowalając się pojedynczymi próbami kontr w wypadku, gdy piłka po wybiciu przypadkiem docierała do ofensywnych zawodników gospodarzy.

Wydawało się, że Lech straci gola dość szybko. Duet Injac – Djurdjević grał coraz głębiej, a obrona Lecha nosiła mnóstwo znamion przypadkowości. Indywidualne umiejętności defensywnych pomocników wespół ze świetną grą Arboledy, połączone z chaotycznymi atakami Juve, pozwoliły utrzymać Kolejorzowi jednobramkowe prowadzenie do przerwy. Stało się jednak jasne, że przy tym układzie Lech z punktami nie dotrwa do końca.

Bakero poszukał więc zmian. Na pierwszy ogień poszedł mało widoczny od kilkunastu minut Kriwiec, którego zastąpił Kikut. Wydawać by się mogło, że to zmiana taktyczna, ale po zmianie stron z Peszką nie grał wcale głębiej, asekurując defensywę, a podobnie jak Białorusin wcielał się w rolę skrzydłowego.

Im więcej śniegu spadało na murawę poznańskiego stadionu, tym bardziej gra stawała się szarpana i chaotyczna. Lech miał coraz większe problemy z przemieszczaniem się pod bramkę rywala i wymianą podań, jednak i ataki Juve stawały się coraz rachityczniejsze. Tym niemniej bardzo często stosowano schemat polegający na uruchamianiu prostopadłymi podaniami Krasicia. Ten regularnie ogrywał Henriqueza, co było zalążkiem najgroźniejszych akcji Starej Damy. Lewemu obrońcy Kolejorza bardzo brakowało wsparcia, mimo, że Lech był w tym czasie już bardzo cofnięty. Po raz pierwszy chyba polska drużyna wystąpiła w ustawieniu 4-6-0, po tym jak Możdżeń zmienił Rudnevsa. Powróciła gra z końcówki pierwszej połowy – Lech głównie przeszkadzał, piłkę wybijał, by zaraz potem ją tracić i musieć znowu się bronić. Brakowało zawodnika, który byłby w stanie choć trochę przetrzymać piłkę.

Bakero poszedł więc o krok dalej. Za najbardziej wysuniętego z środkowej szóstki Stilicia wprowadził kolejnego defensywnie usposobionego gracza- Kamińskiego. Stało się jasne, że Lech gra o przetrwanie. Juventus próbował przebić się przez gąszcz nóg w okolicach poznańskiego pola karnego, ale i siła ognia Juventusu okazywała się być niewystarczająca i Lech bronił się przyzwoicie i pogoda nie sprzyjała zapędom ofensywnym. W końcu jednak goście wyrównali- Krasić do spółki z Iaquintą wykorzystali jeden z mnożących się błędów w kryciu. Były i kolejne, drugi gol był blisko, ale nie padł.

Dzisiejszy sukces to mieszanka szczęścia, warunków atmosferycznych, własnych umiejętności, słabości rywala, ale i też niezłych pomysłów Bakero. Bo rozliczając go z wyniku – stopniowe wycofywanie się do tyłu coraz większą liczbą graczy przyniosło efekt – Lech stracił tylko jednego gola. Prawdopodobnie gdyby skończył w tym samym ustawieniu co zaczął, nie dociągnąłby tego wyniku do końca. Juventus zaś bardzo zawiódł, dobrą piłkę pokazał tylko w końcowych fragmentach pierwszej połowy, kiedy to odrobinę więcej ruchu przy rozegraniu zapewniało niezłe sytuacje pod bramką Kolejorza. W pozostałych zaś momentach nie pozostawił dobrego wrażenia. Jeden motor napędowy w postaci Krasicia to za mało, gwiazdy ataku zostały dość umiejętnie wyłączone z gry (choć i one miały swoje szanse). Summa summarum- może i Juventus z przekroju całego spotkania był nieco lepszy, ale remis jest sprawiedliwym wynikiem. A skoro Lech był w stanie zagrać tak, by zasłużyć na remis z teoretycznie dużo silniejszym przeciwnikiem, zasłużył też na awans do fazy pucharowej.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama