BiH – Polska 2-2: wiemy, że nic nie wiemy

Jeśli ktoś przed tym meczem zastanawiał się, po co tworzyć domniemaną reprezentację z zawodników, z których większość kariery w międzynarodowym futbolu nie zrobi, z rywalem, który reprezentuje poziom średniaka rodzimej ligi, to to spotkanie niestety nie dostarczyło mu satysfakcjonującej odpowiedzi.

W oczy rzucał się przede wszystkim chaos w organizacji gry obu drużyn. Pierwsze minuty nijak nie różniły się od podwórkowej kopaniny z mnóstwem niecelnych podań, ruszaniem się zawodników tylko w pobliżu piłki i ogromem miejsca na rozegranie piłki, wynikłego z mało agresywnego skracania pola gry. Niestety, z biegiem czasu problemy te wcale nie zanikały. Mało tego, pojawiały się nowe.


Po pierwsze – Smuda po raz kolejny obrał dziwne ustawienie. W zamyśle była to chyba choinka, w praktyce wyszła piramida wieku w krajach rozwiniętych: na samym dole czwórka defensorów, nomen omen dających się momentami ograć jak dzieci, potem wąsko operujący bardziej destrukcyjni pomocnicy, szeroko umiejscowieni gracze ofensywy i w na samym szczycie, jak na nestora przystało – Paweł Brożek. Trudno określić po tym jednym meczu czy to ustawienie jest dobre, czy złe. Zły jest za to fakt, że to kolejny system gry próbowany przez Franciszka Smudę. Nadal więc można mieć wątpliwości, czy wiemy, jak chcemy grać na Euro.

Po drugie – Zawodnicy ponownie grali na dziwnych pozycjach. Obrona gra słabo, ale Franz uparcie wydaje się twierdzić, że nauczy Sadloka gry na flance a z Wojtkowiaka zrobi świetnego stopera. Na tym tle wystawianie na prawej stronie defensywy dużo lepiej radzącego sobie w środku Celebana nie dziwi. Perełką dnia był zaś Kikut w roli półprawego defensywnego pomocnika. Absolutnie żaden pomysł nie przychodzi do głowy, czemu miało to służyć. Robienie z zawodnika Lecha kogoś, kto miałby decydować o ryglowaniu bramki, tudzież kreowaniu akcji wydaje się kolejnym chybionym pomysłem.

Po trzecie – Liczba schematów rozegrania piłki przez Polaków oscylowała wokół wartości 1. Wprawdzie przy biernej postawie obrony Bośni wejścia ze skrzydła Grosickiego do środka powodowały duże zagrożenie (które niestety nie przekładało się na gole), ale kiedy widziało się jak nasi zawodnicy po raz kolejny próbują tego samego, ze skutkiem coraz gorszym, otwierał się nóż w kieszeni.

Po czwarte – Promyczkami nadziei była w tym spotkaniu gra Mierzejewskiego i Brożka. Ten pierwszy pracował na całej długości i szerokości boiska i w wielu momentach to on ciągnął grę polskiego zespołu do przodu. Urastało to momentami do granic absurdu, gdy np atakujący Polacy zatrzymywali się na flance, nie mogąc się przemieścić dalej pod naporem rywala, zaś zazwyczaj tym, który dochodził do rozegrania był właśnie Mierzejewski. Dopiero nieciekawie to wyglądało w sytuacjach, gdy na odsiecz ze strony zawodnika Polonii trzeba było czekać kilkanaście sekund, bo znajdował się on w innym sektorze boiska. Brożkowi zaś ukłony należą się za zdolność stwarzania sobie sytuacji i umiejętność znalezienia się w polu karnym tam, gdzie piłka może się znaleźć. Tak padły dwa gole, a była szansa na hattricka.

Po piąte – Na swój sposób mogła się podobać gra Grosickiego i Borysiuka. Problemem jest jednak bardzo nierówna ich dyspozycja. I tak z jednej strony Borysiuk potrafi ładnie się rozejrzeć i utrzymać przy piłce, po czym przytomnie ją dograć, zaś po chwili zanotować najprostszą ze strat. Problemem „Grosika” zaś jest awersja do gry przy nieposiadaniu wolnego pola. Sprowadza się to do tego, że jeśli drogę do strzału/podania zagradza mu trzech rywali, zamiast spróbować jakiegoś bezpiecznego wariantu – będzie mijać. Być może wyjdzie z tego co jakiś czas coś spektakularnego (umiejętności ma), ale częściej kończy się to zupełną klapą.

Po szóste – Najczęściej nasi zawodnicy się mylą blisko naszej bramki. Stare futbolowe porzekadło zakłada, że powinno być całkiem odwrotnie. Obrona powinna grać na bardzo wysokim poziomie zrozumienia między sobą. Tymczasem jest w zupełnej rozsypce, mijają kolejne miesiące, a koncepcji na nią brak. Zamiast budować stabilny blok defensywy, przekwalifikowuje się pozycje poszczególnym zawodnikom, zaś jedyny, który zdawał się mieć pewne miejsce, prawdopodobnie już w kadrze nie zagra.

I po siódme – Tak naprawdę nie wiemy, co ma grać kadra Smudy. Jego zdaniem mamy grać szybko, na jeden kontakt, ofensywnie. Czy tak gra? Nie. I grać nie będzie. Nie dopóki środki jakimi ten cel ma być osiągnięty, będą zmieniane praktycznie co mecz, podobnie jak skład. Franz narzekał, że żeby wypracować właściwe schematy w grze Lecha potrzebował lat, a teraz ma mało czasu. Tymczasem testując dziesiątki zawodników i próbując co chwila różnych wariantów rozegrania, sam sobie ten czas ogranicza. Początek jego kadencji wydawał się być bardziej merytoryczny, mówił konkretnie co chce osiągnąć i jak. Teraz coraz częściej zajmuje się kolejnymi kwiecistymi porównaniami, a ostatecznej koncepcji chyba nadal nie ma.

Trudno cokolwiek powiedzieć o taktyce w spotkaniu z Bośnią. Ustawienie przypominało 4-4-1-1 z kwadratem w środku (rzadkość, jeśli nie debiut w Polsce), przy czym środek cechowała ogromna wymienność pozycji. I tak Kikut czasem grywał w środku, czasem bardziej na skrzydle, Mierzejewski praktycznie wszędzie, Borysiuk i Rybus notowali wyjścia ofensywne, Grosicki i Brożek wycofywali się bardziej do środka. Brakowało chociaż jednego pomocnika, który zabezpieczałby tyły. W ten sposób, kiedy piłka mijała środkową strefę było nieciekawie. Tymczasem Smuda narzekając na obronę (słusznie), nie szuka środków, którymi można ten problem obejść. Nawet gdy kadra gra w pełnym składzie, brakuje w niej zwykle zawodnika ubezpieczającego defensywę.

Do postrzegania reprezentacji ten mecz nic nie wniósł. Najlepiej zaprezentowali się ci, po których można się było tego spodziewać, mający już miejsce w kadrze. Pozostali raczej się w niej nie zadomowią, ale za to kilku kolejnych będzie mogło się pochwalić wnukom, że grało w reprezentacji. Choć jak tak dalej pójdzie, to przed wnukami będą się wstydzić ci, którzy w niej nie grali.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama