Arsenal – Fulham 2-1: odwrotność Barcelony

Arsenal to drużyna od której wymaga się więcej. Sukcesów od kilku lat brakuje, ale zawsze był to zespół, którego oglądanie sprawiało przyjemność. Na tle tych reprezentujących zimną, wyrachowaną taktykę, Londyńczycy pokazywali futbol radośniejszy, mniej zdyscyplinowany. Przynosiło to spektakularne zwycięstwa, ale w ogólnym rachunku ostatnimi czasy wygrywała chłodna kalkulacja. Właśnie dlatego, że Kanonierom obok meczów fantastycznych przytrafiały się takie jak ten.

Początek wskazywał na łatwe zwycięstwo gospodarzy. Fulham rozpoczęło cofnięte głęboko pod własne pole karne. Arsenalowi było to bardzo na rękę, szybko opanowali środek pola i długim rozgrywaniem piłki szukali luk w szeregach defensywnych przyjezdnych. Pierwsze 20 minut przyniosło Arsenalowi wyraźną przewagę w posiadaniu futbolówki (blisko 70 %), goście tylko sporadycznymi wypadami byli w stanie przekroczyć linię środkową.


W akcjach Kanonierów w wielu momentach brało udział 8 zawodników, jedynie dwójka stoperów pozostawała do asekuracji. Aktywnie pod ofensywę podłączała się dwójka skrajnych defensorów (Clichy i Sagna). Dla porównania- na dobrą sprawę próby kreowania gry w ataku były podejmowane tylko przez trzech zawodników Fulham. W ten sposób bardzo szybko Arsenal zapewnił sobie ogromną przewagę.

Przewagę tę próbowano wykorzystać rozmontowując defensywę gości kilkoma podaniami, tak, aby udało się minąć cofniętą środkową strefę, po czym prostopadłym podaniem próbowano minąć blok defensywny. Wariantu tego Gunners próbowali w pierwszej fazie gry wielokrotnie, słusznie licząc, że za którymś razem defensywa Fulham się pogubi. Pogubiła się kilkukrotnie, w końcu Nasri wykorzystał sytuację i wyprowadził Arsenal na prowadzenie. O przewadze Gunners może świadczyć fakt, że było to któreś z kolei tego typu podanie na wolne pole, które docierało do adresata, a była zaledwie 14 minuta.

Pokazało to też jednak pewien problem w grze Arsenalu. Obok Barcelony uchodzi(ł) on bowiem za najładniej grającą drużynę Europy. Kilka dni temu pisałem o Barcelonie jako o zespole, w którym niesamowita ruchliwość poszczególnych graczy pozwala na wypracowanie przewagi sytuacyjnej. Arsenal działa dokładnie tak samo, ale wdraża to odwrotnie. Barcelona gra mianowicie bardzo bezpiecznie – jej zawodnicy ruszają się przed podaniem, efektem czego są w stanie dojść pod bramkę rywala nie grając podań ryzykownych, większość dograń bez problemu dociera do przyjmującego, bo zanim piłka zostanie do niego zaadresowana, on uwolni się spod opieki rywala, ruch wymusza podanie. Kanonierzy – przeciwnie, tutaj więcej jest ryzykownych podań, takich, przy których ryzyko straty jest dość spore, bo odbiorca musi odczytać intencje podającego i do podania dotrzeć. W tym przypadku to podanie wymusza ruch. Trudno osądzać, który z tych wariantów jest lepszy (bo Barcelona ma nieporównanie lepszych wykonawców), ale Arsenal musi się liczyć z tym, że jeśli jego gracze mają gorszy dzień na boisku i gorzej się rozumieją, skuteczność podań będzie bez porównania mniejsza. Dodatkowo sposób gry Barcelony powoduje mniejszą liczbę strat w końcowej fazie spotkania. Bezpieczne podania, docierające do nogi przy większym poziomie zmęczenia rzadko spowodują stratę, tymczasem skuteczność podań dłuższych, kiedy ruch partnera jest już mniej pewny, w ostatnich minutach wyraźnie spada, co ilustrują Guardianowskie chalkboardy.

Po zdobyciu gola Arsenal nieco osłabił pressing, za to nieco wyżej zaczęła grać defensywa Cottagers. Liczbę niebezpiecznych zagrań Arsenalu udało się ograniczyć dzięki temu, że pomoc i obrona operowały niemal w liniach, w dodatku dość blisko siebie. Utrudniło to wyraźnie Kanonierom wypracowanie sytuacji do zagrania ostatniego podania, zaś sama gra przeniosła się nieco bardziej w okolice środka pola. Nadal jednak goście atakowali bardzo nieśmiało. Tym niemniej pomógł im jeden z wielu tego dnia błędów defensywy Arseanalu. Defensorzy Gunners nie załatali dziury powstałej po kontuzji Koscielnego, zaś Kamara dobrze wykorzystał tę lukę, wykańczając prostopadłe podanie. Kilka chwil później miał szansę na podwyższenie wyniku, jako, że chaos w szeregach gospodarzy trwał nadal. Tym niemniej Fabiański świetnie wybronił w sytuacji sam na sam, a po tej sytuacji (jeśli nie liczyć pomyłek w kryciu przy rogach), dyrygowana przez Djorou defensywa radziła sobie bardzo dobrze. Inna to rzecz, że nie była specjalnie nękana przez gości. Tych wyraźnie satysfakcjonował podział punktów, więc trzymali się pomysłu, który zapewnił im stabilizację gry – długo starali się przytrzymywać piłkę w środku przy jej posiadaniu, zaś w momencie kiedy miał ją rywal, możliwie mocno zacieśniać szeregi, tak, by Arsenal nie był w stanie zbyt swobodnie rozgrywać futbolówki.

Z biegiem jednak czasu nastąpił powrót do korzeni – goście mocno się cofnęli i czekali w okolicach pola karnego na kolejne ataki Kanonierów. Taktyka ta się nie opłaciła – wystarczyło po raz kolejny zostawić trochę miejsca Nasriemu, by ten po znów błysnął geniuszem i po inteligentnym rozegraniu van Persiego wpadł w pole karne i strzelił zwycięskiego gola. Trudno jednak mówić, że Arsenal na ten triumf w szczególny sposób zasłużył, na dobrą sprawę zachwycał tylko w pierwszych kilkunastu minutach. Później niewiele brakowało a pozbawiona pomysłu gra spowodowałaby stratę punktów. Nie można odmówić graczom gospodarzy zaangażowania (choćby nieprawdopodobnie częste zmiany pozycji zawodników ofensywnych), jednak system gry, który obrano jest trudny, wydaje się być przestarzały i ciężki do zastosowania w sytuacji, kiedy praktycznie każde miejsce na boisku jest kontrolowane przez przeciwnika. Dopóki szyki Cottagers były luźne, gra Arsenalu mogła się podobać. W momencie gdy mieli naprzeciwko siebie rywala, który mocno zawężał pole gry, to mimo, że Gunnersi grali swoje, efekt był niewielki. A jeśli Kanonierzy myślą o wielkich sukcesach, muszą się liczyć z tym, że rywale w drodze o laury zagrają tak jak Fulham z końcówki pierwszej połowy, ale znacznie lepiej.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama