Wisła- Legia 4-0: liga niezwykłych możliwości

W polskiej lidze wszystko się może zdarzyć, a że Wisła i Legia to kwintesencja polskiej ligi, należało oczekiwać wszystkiego. I oczekiwania nie zawiodły.


Oba zespoły przystępowały do tego spotkania w bardzo odmiennych nastrojach. Legia po świetnej serii dogoniła czołówkę, Wisła poniosła klęskę w Poznaniu i wymęczyła zwycięstwo w derbach z Cracovią. Bohater z tego spotkania, Boukhari, usiadł na ławce, w roli wysuniętego pomocnika operował Garguła, jako środkowy zagrał dość nieoczekiwanie Jirsak, defensywą tradycyjnie zajmował się Sobolewski. W Legii te zadania przejęli odpowiednio Radović (wespół z Szałachowskim), Borysiuk i Vrdoljak.

Pierwsza faza meczu polegała na szybkich atakach Wisły. Co dziwne, Maaskant podjął próbę zrobienia playmakera z Jirsaka, ze skutkiem zaskakująco jak na Czecha dobrym, choć nadal na kolana nierzucającym. Nadal jest to przeplatanie podań bardzo udanych i mało przemyślanych. Pomocnikowi Wisły słabo wychodzi regulowanie płynności gry- spowalnianie i przyspieszanie nie jest dopasowane do sytuacji na boisku. Słabo jednak poczynał sobie też Garguła- zaskakująco mało jak na siebie kreatywny.

Choć początkiem udawało się Wiślakom stworzyć pewne zagrożenia, Legia broniła się umiejętnie. Gospodarze grali swoje, ale w destrukcji przyjezdni radzili sobie coraz lepiej, zaczynając operować piłką. Początkowa przewaga Wisły w jej posiadaniu (60-40) zaczęła szybko topnieć. Gra się dość mocno wyrównała, z lekkim jednak wskazaniem na Legię, która sprawiała wrażenie solidniejszej w defensywie.

Było to jednak nietrwałe zjawisko. Przede wszystkim bardzo dobre zawody rozgrywali Małecki, Kirm i Sobolewski. Ci dwaj pierwsi byli bardzo ruchliwi na skrzydłach, a kapitan Wisły skutecznie utrudniał gościom wyprowadzenie rozegrania. Z tej samej roli nie mógł się wywiązać Vrdoljak. O ile przy akcjach środkiem jeszcze sobie radził, miał duże problemy z przenoszeniem krycia w sytuacji, kiedy gra toczyła się skrzydłami. Prowadziło to do pojedynków 1 na 1 lub 2 na 2 (aktywny Cikosz) na flankach, generujących niemałe zagrożenie wobec dynamiki skrajnie grających zawodników Wisły.

Gola przyniosło jednak coś zupełnie niespodziewanego- na skrzydło zawędrował Jirsak i mimo poprawnej reakcji defensywy Legii idealna wrzutka Czecha i niecodziennej urody strzał Brożka przyniosły Wiśle bramkę przewagi. Trudno mówić o zasłużonym prowadzeniu, mecz do tego momentu był raczej wyrównany, a piłka dość szybko przenosiła się z okolic jednego pola karnego pod drugie. Poza błędami w początkowej fazie gry, obie defensywy radziły sobie dobrze.

Wisła rozpoczęła drugą połowę z wielkim animuszem i wykorzystując błędy rywali (i chyba jednak sędziego) powiększyli prowadzenie do trzech goli. Wcześniej Skorża próbował nieco usprawnić rozegranie piłki zastępując Szałachowskiego Iwańskim, ale przejęcie inicjatywy ze strony Wisły sprawiło, że ta personalna roszada nie odcisnęła swojego piętna na grze Legii. Ten los podzieliło też wprowadzenie Mezengi i Rybusa. Owszem, goście zaczęli sobie stwarzać więcej sytuacji w końcówce, ale wynikało to ze znacznego rozluźnienia szyków prowadzącej 4-0 Wisły. Klarownych sytuacji do odrobienia strat jednak brakło, zadziwiająco dobrze radziła sobie krakowska defensywa. W niej najbardziej widać postępy, ofensywą nadal w sporej mierze rządził przypadek i indywidualne umiejętności.

O ile Wisła zaskoczyła pod pewnymi względami in plus, tak Legia zawiodła. Wiadomo, że atak, podobnie jak w Wiśle jest sprawą indywidualnych szarpnięć, tak w ostatnich spotkaniach do defensywy ciężko było mieć zastrzeżenia (2 gole stracone w 4 meczach). Tym razem jednak zawiodła asekuracja ze strony pomocy, nie brakło indywidualnych błędów, a Wisła atakowała większą liczbą graczy. I choć 4-0 to najwyższy wymiar kary, krakowianie triumfowali zasłużenie.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama