Polska- Wybrzeże Kości Słoniowej 3-1: triumf bez chwały

Wypełniony stadion w Poznaniu był świadkiem przełamania fatalnej passy podopiecznych Franciszka Smudy i zapewnienia mu pierwszego od paru miesięcy zwycięstwa. Mało tego, jak skrupulatnie wyliczył Tygodnik Kibica, przełamaliśmy niemoc w starciach z drużynami z Czarnego Lądu, których nie pokonaliśmy od 30 lat! Wynik zawsze cieszy (a przełamania niechlubnych serii są zapewne fascynujące), ale spójrzmy na to, co na chwilę obecną wiemy o tym, jak polska kadra grać zamierza. Okazuje się, że nadal wiemy niewiele.



Polska defensywa to zbiór piłkarzy na swój sposób przypadkowych, którzy miejsce w kadrze (w dodatku w miarę pewne) zawdzięczają temu, że na tej pozycji panuje trudna do opisania posucha. Analizując składy drużyn Ekstraklasy dostrzegamy, że defensywy większości z nich składają się głównie z obcokrajowców. Za granicą defensorzy z polskim paszportem furory również nie robią. W ich grze widać mnóstwo braków technicznych, niewiele lepiej jest z ustawianiem się i przesuwaniem krycia. Do tego dochodzi trudny do wytłumaczenia paradoks, polegający na tym, że zawodnika kryjącego średnio interesuje to, czego nie widzi. A że ludzkie pole widzenia to jeno kilkadziesiąt stopni, sporo im umyka.

Dla tej defensywy na dobrą sprawę nie ma asekuracji. Polska gra teraz coś pomiędzy 4-3-2-1, 4-5-1, 4-2-3-1 i 4-0-5-1. Bynajmniej w żadnym z tych ustawień nie ma zawodnika, którego podstawowym zadaniem byłaby asekuracja poczynań defensywnego kwartetu. Teoretycznie robi to Mierzejewski, czasem wspomoże Matuszczyk, w destrukcji podziała Murawski, tym niemniej żaden z nich nie ma cech destruktora poczynań rywala. Oczywiście, potrafią oni przerwać akcję, ale każdy z nich ma głownie cechy pomocnika kreacyjnego. Owszem, dziś w piłce ważne jest to, aby środkowi angażowali się zarówno w ofensywę jak i defensywę i byli w stanie poradzić sobie z zadaniami i w obronie i w ataku. Tym niemniej każda drużyna ma w pomocy gracza, który skupia się głównie na odbiorze i nawet w sytuacji, kiedy piłka jest w posiadaniu jego drużyny ustawia się on tak, by w razie jej straty znaleźć się za jej linią i być gotowym do odbioru. W polskiej reprezentacji tymczasem cała trójka środkowych potrafi ochoczo ruszyć do ataku bez martwienia się o konsekwencje. Ten krok można zrozumieć w sytuacji gdy defensywa radzi sobie bez asekuracji. W tych okolicznościach, o asekurację się wręcz prosi.

Trudno też zrozumieć dlaczego Smuda żongluje pozycjami w defensywie. Nie dość, że poszczególni zawodnicy są co najwyżej solidnymi graczami, tak przypisywanie im pozycji dla nich mało naturalnych (Sadlok, Wojtkowiak) do niczego dobrego prowadzić nie będzie. Wyrabianie automatyzmu dla danej pozycji podczas kilku dni zgrupowań jest praktycznie niemożliwe, zaś brak wykształconych nawyków będzie powodować proste błędy. Jaskrawym przykładem tego jest gra Śląska Wrocław za Ryszarda Tarasiewicza, gdzie pozycje obrońców zmieniały się praktycznie co mecz, a gole nie chciały przestać padać.

Jak na Polskę przystało, nadal motorem napędowym jest dynamika na skrzydłach. Gra biało-czerwonych nie znosi koncepcyjnego rozpracowywania obrony rywala, ona musi być szybka, zwięzła i jak najszybciej zakończona. Dziś, przy biernej postawie graczy z Afryki to się udawało. Polskiej pomocy nie można odmówić kreatywności, ale ona się będzie sprawdzać tylko przy rywalach ze słabo zorganizowaną defensywą. W innym przypadku udać się może jakiś przebłysk, ale szansa na to, że zrównoważy on niedostatki przy grze piłką podczas spotkań z poukładanymi drużynami jest niewielka.

Nadal bowiem istnieje to, co jakiś czas temu ochrzciłem „Syndromem dziesięciu sekund”. Chodzi o to, że w 95 procentach przypadków rozegrań, Polacy tracą futbolówkę nieomal natychmiast. Utrzymanie jej przez 10 sekund przekracza możliwości naszych reprezentantów. Nadal nie umiemy grać piłką, czerpać korzyści z jej posiadania. Szukamy szybkiego rozwiązania sytuacji, nawet za cenę straty. Pomijamy beztrosko fakt, że straconą piłkę trzeba znowu odzyskać. Żeby ją odzyskać trzeba się nabiegać, a co gorsza przeciwnik może ją wpakować do bramki. Tymczasem na potęgę lansujemy zagrania do obstawionych partnerów, podania do których nie sposób dojść czy zagrożone przejęciem lub niecelnością.

Wreszcie przyszedł wynik, ale gra nadal nie rozwiewa wątpliwości. Do klęski z Hiszpanią wydawało się, że Smuda będzie próbować czegoś w Polsce niespotykanego- gry rozsądnej, płynnej, opartej na posiadaniu piłki. Potem, idąc niejako na łatwiznę, wrócił do tego, co Polacy grali zawsze. Przy pomyślnych warunkach może to przynieść kilka zwycięstw, trochę ładnych akcji, może nawet pozwoli na chwile małej radości na Mistrzostwach Europy. Ale szansa na to, że w reprezentacyjnej piłce pojawi się coś nowego, ponownie przepadła. Choć miejsce w rankingu FIFA nie oddaje naszej pozycji w piłkarskim świecie, kroku naprzód w grze Polacy nie robią. A czołówka jakoś kroku w tył zrobić nie chce.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama