Milan- Real 2-2: piękny trzydziestosiedmioletni

Czarodzieje w tym spotkaniu zawiedli. Cristiano Ronaldo zanotował sporo zagrań tyleż efektownych, co mało efektywnych. Oezil, odpowiadający za rozegranie w środku, miał ogromne problemy z kreowaniem gry. Ibrahimović w stworzonych sobie sytuacjach zawiódł, kiksując w dogodnych sytuacjach. Bohaterem zaś okazał się człowiek, który poza strefą 20 metrów od bramki rywala praktycznie nie istnieje. Ale w okolicach szesnastki rywala czuje się jak ryba w wodzie.

Milan zaczął w dość rozstrzelonym 4-3-3, z mocno widocznym podziałem między trójką graczy ofensywnych a środkiem i defensywą. Najczęściej w roli łącznika między tymi strefami występował Boateng. Obrona była ustawiona bardzo wąsko, zostawiając wiele miejsca na skrzydłach graczom Realu (4-2-3-1).


Tam szczególnie odważnie poczynał sobie Ronaldo, próbując przedzierać się lewą stroną. Często wspomagał do Marcelo, jednakże w obliczu wąskiej gry zespołu Milanu po dotarciu do granicy pola karnego, możliwości ataku się wyczerpywały. Abate na boku obrony mocno asekurowali Nesta i Gattuso, co wydatnie utrudniało Portugalczykowi rozegranie indywidualnych akcji.

Defensywa Milanu popełniała jednak błędy, ciężko jej było wypośrodkować umiejscowienie własnej linii. Co do zasady starali się być głęboko (linia pola karnego), momentami jednak przesuwali się nieco do przodu, co ułatwiało obejście włoskiej defensywy. W innych sytuacjach zaś cofali się w głąb własnego pola karnego, pozwalając na oddawanie strzałów z niewielkiej odległości. Gola jednak stracili po indywidualnym błędzie w ustawieniu i prostopadłym podaniu do Higuaina.

Jak na ironię, było to chyba pierwsze zagranie tego typu, rozegranie to zaś było wcześniej do bólu forsowane przez Milan. Z umiarkowanym skutkiem, w postaci niewykorzystanej sytuacji Ibrahimovicia. Tego typu gra była jednak koniecznością ze strony Włochów. Jako, że atakowali małą liczbą graczy musieli rozgrywać piłkę szybko i przenosić się jak najbliżej bramki Realu jednym- dwoma podaniami. Defensorzy z Madrytu niespecjalnie im w tym przeszkadzali. Real grał w defensywie znacznie szerzej, choć początkowo obrońcy wzajemnie dobrze się asekurowali, od pewnego momentu zaczęli popełniać spore błędy. Mała liczba atakujących Milanu jednak nie była w stanie tego wykorzystać.

Po przerwie liczba atakujących się nie zwiększyła. Nie zmieniło się też ustawienie, Inzaghi wszedł za Ronaldinho i operował głównie na prawym skrzydle. Tym niemniej ten zawodnik w pojedynkę był już w stanie wykorzystać i błędy obrony Realu i sędziego. Ogromna ruchliwość sprawia, że bardzo trudno go upilnować. Dodając do tego świetną antycypację, niebywały spryt i wykorzystywanie przepisu o spalonym do celów ofensywnych otrzymujemy doskonałego napastnika na szeroko grające w defensywie zespoły, kiedy bardzo szybka asekuracja jest niemożliwa.

Nie brakło wiele, a starczyłoby to do zwycięstwa. Real jako zespół raził nieporadnością. Mało miejsca na rozegranie miał Oezil, który w niemieckiej kadrze zwykle ma do dyspozycji krążących wokół niego czterech ofensywnie usposobionych kolegów. Tu i Ronaldo i Di Maria dość często zbiegali szeroko na skrzydła, zaś ani Khedira (znacznie bardziej defensywny niż w kadrze) ani Alonso nie spieszyli się z odciążeniem go w rozegraniu piłki. Nieco więcej pożytku było dopiero ze zmian skrzydłowych stronami, co powodowało ich węższą grę. Gol wyrównujący zaś padł w niemal identycznych okolicznościach co w pierwszej połowie- odpuszczenie krycia przy prostopadłym podaniu.

Wszczepianie mentalności Mourinho nie przychodzi w Realu łatwo. Są momenty gry widowiskowej i naprawdę cieszącej oczy, z solidnie zabezpieczonym środkiem pola. Milan pokazywał jednak momentami, że grając odpowiednio uważnie z tyłu i trzymając małe odległości, można niwelować umiejętności techniczne graczy z Madrytu. Nie ustrzegli się jednak prostych błędów, co przekreśliło ich szanse na zwycięstwo. Real jednak musi się bardziej angażować w grę ofensywną w środku. Czteroosobowa asekuracja (zwykle tylko jeden boczny obrońca podłącza się pod akcję) powinna wystarczać w prawie każdej sytuacji. Bo Inzaghi jest tylko jeden.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama